poniedziałek, 27 lipca 2015

11


Zlecenie Jedenaste 

Cały zespół siedział na kanapach, patrząc na szefa wytwórni z lekkim niedowierzaniem. Jeszcze nie całkiem dotarło do nich to, co mężczyzna powiedział i nie mogli zrozumieć dlaczego właściwie tu ich wezwano. Pierwszy roześmiał się Dragon, klepnął dłońmi o uda i zgiął się w pół, nie mogąc przestać się śmiać. Reszta nie reagowała aż tak gwałtownie. Henry zachował kamienną twarz i tylko spoglądał po pozostałych, jakby chcąc wyczytać z wyrazu ich twarzy, co myślą o tym całym pomyśle. Joon siedział niewzruszony, chociaż było widać, że cała ta sprawa wcale mu się nie podoba, a KiBum przechodził duży proces myślowy raz uśmiechając się, a zaraz potem marszcząc brwi. Jedynym, który od razu wyraził swoje zdanie, był JongHyun, który walnął dłonią w stół, prychając.
-To chyba jakiś dowcip. Pan sobie żartuje? Ja mam poczucie humoru, ale … - spojrzał wściekły na pozostałych, bo nie wiedział, który parsknął na te słowa- Ale to nie wchodzi w rachubę. Nie ma takiej opcji. Nie jesteśmy jakimś podrzędnym boysbandem, żeby kicać po scenie ku uciesze małolat.
-Ja lubię tańczyć – wyszeptał Key – Ale fakt, przyznaję, że to chyba nie bardzo nam odpowiada – dodał, widząc groźny wzrok swojego lidera.
- Ja was nie proszę ani nie rzucam propozycji. To jest decyzja, która nie podlega dyskusji. Od dłuższego czasu wasze notowania spadają. Nie byliście nominowani do żadnych nagród także już dawno, sprzedaż waszych płyt spadła i nikt nie stara się o wasze występy. Dwa ostatnie koncerty przyniosły niewielkie dochody. Firma nie zarabia na was, a w tym biznesie o to chodzi.
-Firma zarobiła na nas już chyba dostatecznie dużo – Jjong zacisnął pięści – Teraz jest gorzej, ale dobrze wszyscy wiemy, ile na nas zarobiliście. Zresztą ostatnio odbijamy się od dna.
- Ty chyba czegoś nie rozumiesz – mężczyzna za biurkiem poprawił czarną oprawkę okularów- Nie jesteśmy instytucją charytatywną. Albo przynosicie zyski albo…. Sami rozumiecie. Odbijacie się zbyt wolno, a badania rynku mówią jasno. Nie każę wam chodzić w cukierkowych ciuszkach, a jedynie wymagam niewielkiego nakładu pracy w kierunku ruchu scenicznego. Pytanie tylko, czy jesteście w stanie zrobić coś z tym sami, czy mam wam zatrudnić choreografa. Macie tydzień, by się nad tym zastanowić. To wszystko. A nie, jednak nie, zapomniałem jeszcze o tym – podał kartkę papieru Henry'emu, który stał najbliżej – To lista świątecznych piosenek. Jest 15 września, więc macie dość czasu na zrobienie własnych aranżacji tak, by w grudniu wydać świąteczną płytę. Dwa i pół miesiąca do wejścia do studia nagrań. Tyle samo na opracowanie nowego wizerunki. A teraz żegnam.
Wyszli, chociaż lider grupy miał ochotę rozwalić całe to biuro. Nie miał pojęcia, kto wpadł na ten pomysł, że mają opracować sobie jakieś ruchy taneczne do swoich utworów.
- I teraz będziemy grać na gitarach i dreptać dwa w prawo, dwa w lewo, obrocik i wymach nóżką z jednoczesnym odchyłem do tyłu – JongHyun wściekał się – Dragon jeszcze pół biedy, bo nikt mu tańczyć nie każe.
-Ale słyszałeś – wspomniany chłopak przeczesał palcami i tak potargane włosy – Mam znaleźć miejsce na jakiś wymach rękoma. .. „wymach zsynchronizowany z pozostałymi członkami zespołu” – zacytował szefa.
-Jak te małpy na pokazie. Cholera jasna. Czy myślą że my serio będziemy tańczyć?
-A mamy inne wyjście? – Key w końcu postanowił się wtrącić, był jedynym w tej grupie, który potrafił i nawet lubił tańczyć. No, nie jakoś przesadnie, ale nie odrzucało go od tej czynności – Jeśli odmówimy, uprzykrzą nam życie, które i tak za wesołe już nie jest. W tamtym tygodniu powiedzieli mi, że mam schudnąć 4-5 kilo, i że nie powinienem pokazywać się publicznie w tym fioletowym płaszczu, bo to niszczy mój wizerunek.
-Ale płaszcz czy nadwaga? – Dragon nie mógł się powstrzymać i oberwał w ramię
- Nie mam nadwagi!!! Niby gdzie ją mam? Jestem idealny i moja waga jest odpowiednia. Nie moja wina, że te ubrania od sponsora ostatnio przyszły takie a nie inne. Pomylili rozmiar i zamiast wymienić na większy, uznali za słuszne kazać mi schudnąć do tych spodni, bo tak będzie prościej. Ignoranci.
- Dlaczego gadacie o takich pierdołach? Mamy chyba poważniejszy problem. Chcą nas zamienić w pląsającą grupę, żeby zadowolić fanki, które tak naprawdę mają nas gdzieś.
-Nie tak całkiem gdzieś, piszą dość dużo fanficków z nami – KiBum zamilkł, gryząc się w język i robiąc unik przed ręką JongHyun'a, która minęła jego głowę o centymetr. – Przepraszam.
- Ja wam powiem, że mnie ten pomysł też nie bardzo się podoba, ale chyba nie mamy wyboru. –  Joon wzruszył ramionami – Może na razie nie sprzeciwiajmy się i nauczmy się jakiegoś synchronicznego tanga solo, a potem szefowie sami zobaczą, że to wygląda idiotycznie i odpuszczą.- reszta pokiwała głowami, mając nadzieję, że właśnie tak będzie.
Pod budynkiem gdzie mieszkali, na ławce siedziały dwie osoby, rozmawiając ze sobą jak gdyby nigdy nic. Jedną z nich była Puff, a drugą TaeMin. Dziewczyna zdążyła już poznać prawie całą historię życia chłopaka oraz wiele jego dziwnych przemyśleń, i teraz jeszcze bardziej nie mogła zrozumieć, jakim sposobem ten dzieciak stał się przyjacielem zespołu. No, może nie całego, ale trzech członków najwyraźniej go lubiło, Joon traktował obojętnie, a co do JongHyuna nie mogła sobie wyrobić zdania. Ta rozmowa niewiele jej wyjaśniła, bo w chwili gdy miała usłyszeć mrożącą krew w żyłach (podobno) historię pt. „Kiedy to poznałem hyungów”, oni sami pojawili się u wylotu ulicy.
JongHyun miał już dość, a tych dwoje na ławce jeszcze bardziej podniosło mu ciśnienie. Nie miał ochoty nawet na wymianę pozdrowienia z którymkolwiek, dlatego też nagle odwrócił się i rzucając krótkie „spadam”, odszedł, nic nie wyjaśniając . Musiał przemyśleć kilka spraw, chociaż na to też nie miał chęci. Jedyne co przychodziło mu teraz do głowy, to napić się, nie piwo czy dwa, chciał pić tak, by przestać myśleć, czuć, a nawet widzieć. Skręcił w pierwszą przecznicę, mając nadzieję, że bar koło skweru będzie otwarty.
Pierwszy kieliszek sprawił, że otrząsnął się i skrzywił. Dawno nie pił, chociaż sam nie rozumiał, dlaczego porzucił tę rozrywkę. Drugi przełknął już spokojniej i od razu sobie dolał, przymykając oczy. Jego życie zaczynało wymykać mu się z rąk, czuł to i ta myśl nie była zbyt przyjemna. Tak na serio zaczął tracić nad nim kontrolę już dość dawno temu, ale chyba jeszcze nigdy nie uświadomił sobie tego tak dobitnie. Miało być pięknie, cudownie. Miały być koncerty, zabawa, fani, imprezy i całe to szaleństwo sławy. I to wszystko było, przez chwilę było. Niestety z jakiś przyczyn, tak mozolnie budowany domek z kart, zawalił się.
-Twoje zdrowie Puff - z ironicznym uśmiechem wypił kolejną porcję alkoholu. Wiedział, że nie może mieć do niej o nic żalu, ale mimo to wolał całą irytację przelać na kogoś innego. Kiedyś w chwili gdy naszło go na zwierzenia, pojawiła się w odpowiednim miejscu i wysłuchała cierpliwie, dając nadzieję, że nie został sam. Nie wyśmiała go wtedy, nie szturchnęła boleśnie, ani nie wykpiła. Ujęła jego dłoń i kazała wierzyć, że będzie dobrze. Mówiła o sukcesie, jaki odniósł zespół i o tych wszystkich osobach, które podziwiały jego determinację w dążeniu do celu. Było to pół roku temu, a zapamiętał nawet zapach jej perfum oraz ton głosu. Była starsza, ale nie tak wiele, więc Jjong zaczął szukać jej towarzystwa.  Tak bardzo potrzebował kogoś bliskiego, że nie docierało do niego, iż z jej strony to tylko zwykła przyjaźń. Jakiś czas trwało nim do dziewczyny dotarło, że on chciałby czegoś więcej. Ktoś jeszcze chciał tego samego. W tym samym czasie Joon często wpadał na nią w różnych miejscach, często miewał do niej jakąś sprawę.  Aż nadszedł ten dzień, gdy wszystko się skończyło. JongHyun kupił ulubione kwiat Puff i chciał zabrać ją na oficjalną randkę, chciał powiedzieć, jak bardzo ją lubi. Nie pomyślał, by zapukać do drzwi garderoby gdzie właśnie szykowała ich ubrania na występ. Dwójka w środku nie od razu go zauważyła. Stali patrząc na siebie, ona zaczerwieniona i poważna, co prawie jej się nigdy nie przytrafiało, a Joon lekko ściskający jej dłoń i mówiący to samo, co miał w planach Jjong. Zobaczyli go, stojącego w drzwiach i wszystko stało się jasne. Potem były dziwne rozmowy, gdzie ona tłumaczyła, że lubi ich obu, ale żaden nie jest jej bliższy, Joon starał się przekonać ją, że jednak może się mylić, a JongHyun poszedł się upić. Po trzech tygodniach Puff poleciała do Europy, bo podobno w Paryżu mogła się wiele nauczyć. Kolejne  tygodnie zajęły Jjongowi, by dojść do wniosku, iż wcale się nie zakochał. Zrozumiał, że miał po prostu chwilę słabości i dlatego szukał na siłę jakiś uczuć. Mimo, że zrozumiał to wszystko, jakiś niesmak został. Męska duma nie pozwalała mu się przyznać do błędu i niemal z lubością winił za wszystko innych, a nie siebie. Joon przez ponad miesiąc był jego wrogiem numer jeden, który podle chciał odbić mu ukochaną, która zaś z pozycji „ukochanej” spadła do roli „wrednej, wyrachowanej dziewuchy bawiącej się uczuciami innych”. Jedynym przyjacielem stał się dla niego wtedy alkohol. Nawet nie była to nowa przyjaźń, lecz powrót do tego, co już dobrze znał. Teraz mimo, że nie czuł już wrogości do tamtej dwójki, jego stan był taki, że chciał być na nich wściekły. W końcu mieli być tylko kolejnym powodem, by się upić. Kiedy przy piątym czy szóstym kieliszku dołączył do niego Joon nawet się ucieszył że ma towarzystwo do picia. Nie musieliby nawet rozmawiać, ważne było poczucie, że obok siedzi ktoś kto równie mocno nie jest w tej chwili zadowolony z życia. Nie myślał o tym, że chłopak siedzący obok jest jednym z powodów, przez które wlewał w siebie kolejne kieliszki alkoholu, alkoholu, który sprawia, że człowiek zaczyna być za bardzo otwarty i wylewny. W tym przypadku zajęło to niecałą godzinę i jeszcze dwie butelki soju.
- Ty jesteś sukinsyn. Joon sukinsyn. – Jjong wymamrotał, klepiąc towarzysza po ramieniu – Sukinsyn, ale taki porządny. Nie lubię Cię, draniu – tym razem klepnął chłopaka w policzek – Nie lubię cię, ale ci powiem, że ….. że….. że….. że co ja chciałem powiedzieć?
-Nie mam pojęcia – Joon, który dość szybko nadrobił opóźnienie w piciu, miał w głębokim poważaniu obraźliwe teksty lidera – Pewnie miałeś znów marudzić na swoje życie, albo na …
-Życie… moje życie. Czy ty wiesz, jakie jest moje życie? Nie wiesz, ale ja ci powiem, powiem ci zaraz, dokładnie ci powiem – wypił kolejny kieliszek, krzywiąc usta – Miałem plany, zawsze miałem plany i zawsze te plany się pierdoliły. Chciałem grać rocka, a teraz będę pląsał po scenie jak jakieś niedorobiona boysband.
-Chyba niedorobiony.
-Co niedorobiony?
-„Niedorobiony boysband” a nie „niedorobiona boysband” – Joon wyjaśnił, wpatrując się w drugiego chłopaka.
-Ej Ty… Grozisz mi ? Niedorobione nie doroby. Niedorobiona…. O czym to ja…
-Ja tylko zwróciłem uwagę, że powiedziałeś…
-Wiem, co mówię!!! Ty mnie nie poprawiaj, co ty Key jesteś? Ten też ciągle mnie poprawiał. Cholerny znawca. Po co był ze mną, skoro twierdził, że mam same wady? No po co ten idiota zawracał mi głowę?
-KIBum… KiBum…. I Ty?
-Co ja?
-No powiedziałeś, że był z Tobą.
-No wiem, że był. Nie musisz mi mówić. – Machnął dłonią, jakby temat nie był warty kontynuacji – Kiedyś w szkole… W szkole? No w szkole – Podparł głowę na dłoni, patrząc w dal – Dziwak…
-Kto?
-KiBum to dziwak. Krzyczałem, a ten nie uciekał. Wyżywałem się na nim, a on łaziła… łaził za mną. Łaził… I łaził, i wyszło na to, że … że ja i on… W sumie pasowało mi to. Był dziwakiem, ale mnie to nie przeszkadzało.
-On nadal jest dziwakiem – Joon dolał sobie i JongHyun'owi, po czym obaj wypili alkohol jednym haustem.
-Zamknij się !!! Nie waż się go obrażać. Nigdy nie pozwalaj sobie na mówienie czegoś takiego!!! Rozumiesz? Ja mogę, ale Ty nie masz prawa. Masz go szanować ty..ty…ty… sztywniaku!
-No dobra, dobra. Nie unoś się. Wypijmy za KiBuma.- Uniósł kolejny kieliszek do ust- Zdrowie
-Zdrowie KiBuma, tej zakazanej mordki w makijażu wypaćkanej. Lisa farbowanego, który ubzdurał sobie, że będziemy parą. – Parsknął śmiechem i ściszył głos – TY nie mów nikomu, bo to wielkaaaaa tajemnica, wielka. To było wtedy, jak kupiłem sobie buty, zajebiste buty. Drogie były i takieee zajebiste. Noooo takie były… były… za małe były. Specjalnie były za małe. Krew leciała z mojej stopy… z mojej. – Jjong rozkręcał się w monologu – I KiBum plastrem, rozumiesz? Plastrem mi te buty. Znaczy na stopach plastry. I taki był miły, szczery i taki słodki. Nie bał się mnie. Ja się darłem, a on się nie bał. Dlaczego? – Wbił palec wskazujący w pierś kolegi – No, dlaczego się nie bał?
-Bo jest idio… jest wyjątkowy – Joon poprawił, się nie chcąc irytować lidera
-Wyjątkowy? Lecisz na niego? – prychnął, czując, że świat zaczyna się robić jakiś piękniejszy. Zazwyczaj jak pił, czuł narastającą irytacje i złość, ale bywało też tak, jak teraz. Humor poprawiał się, każdy wydawał się być przyjacielski i bliski. – Lecisz to leć. Chociaż myślałem, że ty to tak sobie z Henry'm kręcicie na boczku.
- JongHyun, teraz przesadzasz. Ja nie. Ja nigdy, ja jestem taki ten… normalny – Chłopak wypił już wystarczająco dużo, by przestać myśleć racjonalnie. – Tylko w przedszkolu, tylko wtedy miałem romans. Dałem mu jabłko, a on mi batonika. Kokosowego. Lubię kokosowe. Tydzień później dał batonika jakiejś dziewczynce, a ja cierpiałem.
- No, to wiesz, co czuję. Złamane serce tak boli. Jak miał na imię ten, co cię porzucił?
-Miał… Jak on miał? Dawno to było.
- Nieważne – Jjong machnął ręką – Napijmy się za wszystkich drani, którzy nas zranili i za wszystkie dziewczyny niegodne naszych serc…
- I za psy, które sikają nam do butów
-Za psy też – Obaj wznieśli toast, po czym zamówili kolejną butelkę.


***

   Key postanowił odwiedzić tego dnia matkę, która od pewnego czasu narzekała, że całkiem o niej zapomniał. Owszem, w ostatnich miesiącach jakoś całkiem mu wyleciały z głowy rodzinne wizyty i czuł się nawet winny z tego powodu. Pomyślał też, że to dobry pomysł z wielu powodów. Po pierwsze i najważniejsze, przestanie myśleć o Jjongu oraz jego humorach, które zaczynały doprowadzać go do szału, po drugie, mama nie pozwoli, by wyszedł od niej głodny, a po trzecie jego pupilek Sushi. Będzie mógł spędzić trochę czasu ze swoim kotem, którego nie mógł trzymać u siebie, bo podobno uczulał lidera. Chłopak odnalazł jeszcze adres firmy, która zajmowała się skupem starych pianin, chciał tam wjechać po drodze na prośbę Henry'ego. Szybko spakował  kilka najpotrzebniejszych  rzeczy, po czym wsiadł do samochodu z zamiarem zrelaksowania się i zapomnienia o problemach przez najbliższe 48 godzin. Chłopak był pełen dobrych chęci, by załatwić sprawę dla Henry'ego i odwiedzić rodzinę. Niestety los chyba miał inne plany, bo po kilku minutach jazdy, jego samochód nagle wydał dziwny dźwięk, szarpnął, po czym zgasł, odmówiwszy dalszej współpracy. Pierwsze co zrobił, to sprawdził, czy bak z paliwem nie jest pusty, ale okazało się, że nie brak paliwa jest powodem tej awarii. Otworzył maskę i kilka minut patrzył na te wszystkie kable, dziwne urządzenia, o których nie miał pojęcia. Mimo, iż wiedział, że od patrzenia nic się nie naprawi, to jednak liczył na jakiś cud. Może jakaś śruba przestraszy się jego wzroku albo przeciwnie, zlituje się i zadziała. Niestety, siła wzrokowej perswazji nic nie dała i dlatego kilka minut później Henry odebrał telefon i został poinformowany o zaistniałej sytuacji, oraz o tym, że sprawę pianina musi załatwić sobie sam. Key zamknął auto niepocieszony, stał jeszcze chwilę, starając się wymyślić jakiś opcjonalny plan działania, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Jakoś wizja podróży autobusem niezbyt mu się uśmiechała, a na spacer było zdecydowanie za daleko. W końcu zniechęcony podjął jedyną, w swoim mniemaniu, słuszną decyzję, by napić się kawy. Zapach i smak tego napoju zawsze działał na niego kojąco, a dodatkowym atutem był fakt, że może trafi tam na barmana, którego obdarzył uczuciem sympatii. W knajpce znalazł się po około 20 minutach spaceru, stwierdzając z radością, że ten dzień nie będzie taki całkiem stracony. Zamówił latte i dla odmiany krem waniliowo-truskawkowy. Maczał w nim kawałki krakersa i przyglądał się ludziom przy stolikach. Dziś był średni ruch i miał nadzieję, że gdy MinHo upora się z zamówieniami, znajdzie chwilę, by porozmawiać.

TaeMin:

Gdybym nie zdecydował się wyjść do sklepu i czekał, aż sprawunki załatwi JinKi hyung, nie spotkałoby mnie tyle dobrego. Spotkałem stylistkę noonę i pomogłem jej nieść pakunki. Co prawda twierdziła, że te dwa pudełka da radę unieść sama, ale przecież jestem mężczyzną i wyszedłbym na ostatniego bubla, gdybym nie pomógł kobiecie. Dzięki temu dowiedziałem się wielu ciekawych historii o zespole. Noona bardzo lubi opowiadać i nawet wydaje mi się, że mówi więcej niż ja, gdy się rozkręcę. Opowiadała mi o Paryżu, o swojej pracy, o tym jak zaczęła współpracę z chłopakami oraz kilka historii z nimi. Dowiedziałem się, np. że KiBum hyung jest przewrażliwiony na punkcie swojego wyglądu bardziej, niż mi się wydawało. Podobno kiedyś o trzeciej w nocy pojechał do szpitala, robiąc panikę, bo „coś mi wyskoczyło na czole”, a okazało się, że to znamię, które wcale nie „wyskoczyło”, tylko było tam od zawsze, a zaspany Key chyba zapomniał o tym małym fakcie. Podobała mi się też historia, gdy pomylono garderoby dwóch zespołów i było zamieszanie, gdy zamiast spodni na wieszakach, Jjong i reszta zastali skąpe sukienki. Ogólnie dużo się dowiedziałem i zastanawiam się teraz, co z tego mógłbym wykorzystać do swojego planu naprawienia tego nadętego bubka. Kilka ostatnich dni unikałem go, aby dać mu fałszywe poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Takie zagranie taktyczne sobie wymyśliłem, nazwałem je „cisza przed burzą”. Z „ciszą” nie ma problemu, ale muszę opracować plan „burzy”, bo jak na razie cokolwiek mi wpadnie do głowy, okazuje się za mało efektowne, a ja jestem bardzo wymagający i muszę mieć coś, od czego polecą wióry. Może ten wyjazd mi pomoże? Ach, o wyjeździe jeszcze nie myślałem za dużo, a przecież to ważny element najbliższych dni. Jak już zaniosłem pakunki noony Puff do mieszkania JongHyun'a i KiBum'a, to przyszli tam ich dawni opiekunowie. Mam do nich szacunek, ale przyznam, że dziwni są trochę. Cieszy mnie jednak to, iż mnie polubili, a nawet hyung JaeJoong spytał, kiedy dołączyłem do zespołu. Czy to nie miłe? No, a dziś, po tym jak już hyung Max pokazał swoje nowe skarpetki, tym razem w stylu romantycznym, białe w delikatne wrzosowe kwiatki, okazało się, że przyszli, by przypomnieć o corocznym wyjeździe jesiennym. W taki sposób nie tylko dowiedziałem się, że obie grupy od kilku lat spędzają tydzień albo dwa każdej jesieni w domku, który hyung JaeJoong odziedziczył po jakimś dziadku czy wujku, a który stoi za miastem w lesie, ale też zostałem zaproszony na ten wyjazd. Ucieszyłem się bardzo, od razu spytałem, czy mogę zabrać przyjaciela. W końcu Jinki'emu też dobrze zrobi, jeśli pooddycha jakiś czas świeżym, leśnym powietrzem, wolnym od spalin i takich tam innych śmieci latających w przestrzeni. Chciałem, by jechał także z powodu Luny. Bo ona też pojedzie!. Ha… Max zaprosił Tiffany, a ona nie chcąc jechać sama, zdecydowała się zabrać jeszcze kogoś z agencji. Czuję, że to będzie zabawna wyprawa. Najzabawniejsze jest to, że JongHyun jeszcze nie wie o tym, że ja pojadę z nimi. Sądzę, że nie ucieszy się za bardzo, ale nie mam zamiaru się nim przejmować, bo jak zacząłem i rozmyślałem nad tym to …. Och, wiem teraz, że nie należy zamyślać się podczas prasowania. Mam nadzieję, że Onew nie lubił za bardzo tej koszuli, albo, że nie ma nic przeciwko takiej dziurze na plecach. Żeby nic nie popsuć więcej, lepiej poleżę i zacznę obmyślać plan działania. Plan…. Jak tylko poleżę chwilę z zamkniętymi oczami. Wszystko zaplanuje… Za chwileczkę……


Taemin zamknął oczy, czując, że jeszcze chwila i zaśnie. Błogi stan przerwał natarczywy dźwięk telefonu, który odezwał się tuż obok ucha chłopaka i radosną melodyjką dał znać, że ktoś bardzo pilnie chce z nim rozmawiać. Niemal w tej samej chwili cichym dźwiękiem odezwał się telefon innego chłopaka, który kończył robić kawę, jednocześnie prowadząc lekką rozmowę z relaksującym się właśnie muzykiem.
-Ren, o czym ty mówisz? - MinHo ramieniem przytrzymując telefon, starał się zrozumieć rozmówcę.- Jakie porwanie? Gdzie mam jechać? Ale teraz? – Postawił w końcu kubek kawy przed klientem i chwycił telefon w dłoń – Powiedz jeszcze raz od początku, tylko bez krzyku i paniki. – słuchał, a jego twarz wyrażała tak wielką mieszankę uczuć, że wpatrzony w niego Key, poczuł się niemal onieśmielony tą fantastyczną grą mięśni, subtelną mimiką oraz tak wielkim przekazem wiadomości w oczach barmana. Niezrozumiałym przekazem, ale musiało być to coś nietuzinkowego, czuł to całym sobą i niecierpliwie czekał, by dowiedzieć się, jakie wiadomości sprawiły ten niesamowity taniec mimiczny. Jednak zamiast jakichkolwiek wiadomości, został chwycony za dłoń i siłą wyciągnięty zza stolika, na który wylała się jego ukochana, niedopita kawa.
-Aleś ty porywczy. – Postanowił zignorować stratę ukochanego napoju – To jest to porwanie, o którym wspominałeś ?
-Co? Nieee. Musimy jechać, ja muszę, ale może się też przydasz. Im więcej osób, tym lepiej, Chyba lepiej.
-Powiesz mi, co się stało- Key wyczuł w głosie obiektu swego uwielbienia powagę oraz obawę – Co się dzieje?
-O Lunę chodzi, dziewczynę z agencji. Została porwana. Nie wiem wszystkiego dokładnie, ale ktoś dzwonił do szefowej z informacją, gdzie Luna jest i jedziemy po nią.
-Odbić niewiastę z opresji ? – KiBum szedł posłusznie w stronę zaparkowanego niedaleko samochodu MinHo – Przepraszam za moje przejęcie, ale to takie ekscytujące.
-Myśleliśmy, że Luna wyjechała na kilka dni do przyjaciółki, bo taką wiadomość dostała Tiffany, a teraz okazuje się, że to nie ona tę wiadomość wysłała, tylko ktoś, by nie budzić niepokoju. Ona miała takiego noooo „narzeczonego”, którego wybrali jej rodzice i chociaż ona go nie chce, on nie odpuszczał. Z tego co się dowiedziałem, to właśnie on ją porwał i chyba chce zmusić do ślubu .
-A to drań. Nikogo nie można zmusić do miłości – Key zapiął pas, a w sobie czuł oburzenie. Był osobą, dla którego uczucia były czymś ważnym, mimo, że nieco się ich bał. Z zasady też był przeciwnikiem przemocy, chociaż często miał ochotę użyć jej w stosunku do co niektórych członków zespołu. Jednak porwanie kobiety w celu zmuszenia jej do ślubu, wydało mu się czymś niegodnym, oburzającym i wstrętnym. Nie mógł jednak poradzić nic na to, iż ta sytuacja dawała mu też wiele radości. Oto właśnie jego ulubiony barman, chłopak, którego lubił od pierwszej chwili, siedział obok. Cieszył go fakt, iż MinHo uznał, że On, KiBum, może być pomocny i zabrał go ze sobą. Właśnie zaciągnął się zapachem wnętrza samochodu, stwierdzając, że nie pachnie w nim „jego żabusiem”, tylko przepoconymi ciuchami, butami do biegania oraz z niewiadomych przyczyn kapustą. Skręcili w kolejną przecznicę, gdy Key uderzył kierowcę w łokieć tak mocno, że tamten syknął.
-Zatrzymaj się !!! Zatrzymaj. Mam tam jeszcze dwóch do pomocy, jeden cham, a drugi sztywniak, ale nie odmówią pomocy. – zawołał w chwili, gdy dostrzegł za szybą baru dwóch członków zespołu. – Nie gaś silnika, a ja ich przyprowadzę – krzyknął, wypadając z samochodu i lekkim truchtem przecinając chodnik.
Dwaj panowie „J” byli właśnie na etapie wspólnych śpiewów i radosnego kiwania się na boki. Z potoku słów przybyłego kolegi, wyłowili jedynie poszczególne słowa, nie rozumiejąc za nic całości. Do obu dotarło jedynie, że ktoś kogoś porwał, i że trzeba tę osobę odbić.
- Panowie!!! Do boju! Uwolnić uciemiężonych – zakrzyknął Jjong, podnosząc się chwiejnie- Na barykady!!!!
- Do broni, przyjaciele!!! –drugi z pijanych chłopaków poszedł w ślady pierwszego i z okrzykami na ustach, ruszył ku wyjściu, prowadzony przez KiBuma.  – Uwolnić uciemiężonych, obić mordy draniom.
-Taaaak, obić mordy!!! – JongHyun zrobił ruch ręką, jakby chciał bić niewidzialnego przeciwnika, po czym został wepchnięty na tył samochodu. Sekundę po nim na tylną kanapę trafił Joon, a MInHo za kierownicą spojrzał przerażony na Key'a.
-Jesteś pewien, że zabieranie ich to dobry pomysł? – Nie zdążył uzyskać odpowiedzi, bo w maskę samochodu coś głośno uderzyło. Przez szybę Minho i Key zobaczyli zdyszaną twarz i szopę czerwono-rudych włosów. – TaeMin? – Chłopak za kierownicą przez sekundę był przekonany, że potrącił kogoś mimo, że jeszcze nie ruszył.
-Chłopaki, zabierzcie mnie. Jinki dzwonił i mówił, że Lunę uprowadzili. Ja chcę ją ratować.!!! – Tae wcisnął się z tyłu jako trzeci i nieco zdziwił się, że znajdujący się tam osobnicy potraktowali go z dziwną życzliwością oraz okrzykami wyrażali chęć wzięcia udziału w akcji – Wiem, gdzie jechać – dodał ciszej, spoglądając na, Joon'a który, właśnie zdarł z siebie koszulkę i walił się w pierś, krzycząc, że nikt mu nie podskoczy
-My właśnie jedziemy w tej sprawie – Key wyjaśnił – Jedzmy, nie przejmuj się tymi pijakami. Oni będą robić wrażenie na miejscu.
-Oby – MinHo ruszył pełen złych przeczuć. Przez chwilę nawet pożałował, że zabrał muzyka ze sobą z baru – Mam nadzieję, że inni dojadą szybko. – Pokręcił zdegustowany głową, bo właśnie w tej chwili przez otwarte okno odleciała koszulka Joon'a, którą wymachiwał jak sztandarem.


***

Dom stał na uboczu i teraz wypełniony był sporą grupą ludzi. W tle grała cicho muzyka, a zaproszeni goście przechadzali się, rozmawiając ze sobą. Nieco byli zaskoczeni tak nagłym zaproszeniem, bo zazwyczaj na śluby zapraszano z dużym wyprzedzeniem. Teraz w większych i mniejszych grupach zaczęli spacerem przechodzić do kościoła, który znajdował się w zasadzie w sąsiedztwie. Nikt nie zwrócił uwagi na zaparkowany samochód, w którym siedziała rozwścieczona młoda kobieta oraz kilkoro innych osób czekających na pozostałych wezwanych do pomocy. Nie wysiadali, bo chcieli mieć pewność, iż wiadomość, która otrzymali, nie była głupim żartem. Chwilę potem chodnik wyludnił się, a na parkingu zatrzymały się jeszcze dwa samochody. Z jednego wysiadł zdenerwowany chłopak, zaciskający dłonie w pięści, jego twarz zazwyczaj pogodna i ozdobiona uśmiechem, teraz była zacięta i radości trudno byłoby się dopatrzeć. Tuż za Jinki'm pojawiła się Amber z kijem od szczotki w dłoni, oraz Ren z niewielką gaśnicą zabraną z biura agencji. Z drugiego auta trzy osoby wysiadły dość normalnie, a dwie wytoczyły się z bojowym nastawieniem i chęcią udziału w jakiejś barwnej demolce.
-Gdzie ci dranie!!! Dajcie mi ich, a zmieszam ich z błotem, zrównam z ziemią! – JongHyun dyszał, wypinając klatę, a tuż obok Joon obnażony od pasa w górę rozglądał się w poszukiwaniu potencjalnej broni. Tiffany teraz też wysiadła i w towarzystwie bliźniaków podeszła do reszty.
- Więc może jeszcze raz niech ktoś powie dokładnie, co się dzieje? –MinHo starał się ignorować pijanych muzyków, których przywiózł, a którzy teraz poklepywali się po plecach, zapewniając się, że są super bohaterami.
- Zadzwonił do mnie kuzyn Luny. Nie pamiętam imienia, ale powiedział, że ją porwano, i że chcą ją zmusić do wzięcia ślubu. Podobno podali jej coś, by nie robiła problemów. Ten chłopak powiedział, że Luna zawsze była dla niego jak starsza siostra i dlatego nie może patrzeć na to spokojnie, tyle że sam niewiele może zrobić.
-Za to my możemy – Key uderzył pięścią w otwartą dłoń, bo i w nim obudziły się waleczne instynkty.
-Zabiję drania – wyrwało się z ust milczącego do tej pory chłopaka.
-JinKi, spokojnie, nie zabijaj nikogo. Nie rób sobie niepotrzebnych problemów – Amber jak i reszta wiedziała już, że Onew ma słabość do Luny – Nie podchodź do tego drania, bo się jeszcze nie opamiętasz.
-Dzwony!- TaeMin wskazał w kierunku kościoła, gdzie zaczęła się ceremonia – Dzwony!
- Idziemy – Tiffany kiwnęła dłonią – Zabieramy Lunę i odjeżdżamy. Nie robimy większego zamieszania niż trzeba.  – Powiedziała, nie przeczuwając, co stanie się za kilka minut.

- Czy ty Park SunYoung bierzesz sobie… - duchowny zamilkł, gdy wrota kościoła gwałtownie otworzyły się i do świątyni wtoczyła się dziwna grupa ludzi.
-Nie biorę !!!! – Zamiast dziewczyny, ryknął półnagi chłopak z właśnie przybyłych – Nikt nie bierze!!!
-Zaiste, nikt!!! – dorzucił drugi pijany chłopak – Na barykady bracia!!! Do boju!!!
- Ta uroczystość się nie ma prawa odbyć – Spokojniejszym głosem dodał Onew, ruszając w stronę ołtarza na czele reszty, która szła za nim z bojowym nastawieniem. JongHyun swoją wojowniczą postawę umocnił, zdzierając z głowy jakiejś kobiety niebieski kapelusz i wciskając go sobie na głowę jako trofeum.
Goście zebrani w świątyni powstawali, szepcząc między sobą. Pan Młody zasłonił niedoszłą żonę własnym ciałem, wykrzykując groźby, a pomagali mu w tym jego drużbowie oraz rodzice. Słowna przepychanka trwała jakiś czas, aż w końcu jednocześnie Amber uznała ,że wszystko trwa za długo, wzięła zamach i kijem podcięła świadka tak, że upadł na kolana, Ren widząc ten ruch, bez zastanowienia zaczął rozpylać pianę z gaśnicy, a Onew wziął zamach i uderzył prosto w znienawidzoną twarz mężczyzny, który chciał poślubić Lunę. Ksiądz schował się, gdy tylko zrozumiał, że ta uroczystość zmienia charakter, goście częściowo chyłkiem opuścili budynek, a częściowo dopingowali Pana młodego, który teraz leżał z krwawiącym nosem. Chociaż Tiffany starała się opanować sytuację, zamiast spokojniej, robiło się coraz większe zamieszanie. JongHyun uciekał przed kobietą chcącą odzyskać kapelusz. Bliźniacy starali się powstrzymać JinKi'ego przed zmasakrowaniem wroga, TaeMin kłaniał się w koło, wyjaśniając, że oni tu przybyli z misją pokojową, czemu zaprzeczał Ren i Amber, jedno wymachujące gaśnicą, a drugie kijem.  Między ławkami JaeJoong, Max, którzy przyjechali zaraz po wiadomości od Key'a, że są niezbędni i mają przyjechać, jeśli zależy im chociaż trochę na swoich podopiecznych. Teraz obaj opiekunowie pełni zapału tłukli się z „wrogiem” . Joon nadal wykrzykiwał hasła zachęcające do boju oraz gorszył starsze panie widokiem swojej obnażonej klatki piersiowej. Jeszcze jakiś czas trwała cała ta awantura aż stojąca do tej pory jak kamień Luna osunęła się na podłogę, mdlejąc. To wystarczyło, by Onew porzucił wszystkie działania. Podbiegł do dziewczyny, biorąc ją na ręce, po czym ruszył do wyjścia. Reszta uznała to za znak do odwrotu i także zaczęła się wycofywać. Byli już w połowie drogi, gdy od strony ołtarza rozległ się donośny głos. Na ołtarzu stał JongHyun, z rozpostartymi na boki rękoma, nogą wysuniętą nieco do przodu, lekko falując całym ciałem.
- „Widzę anioła, nie powstrzymam łez, wypełniają mnie emocje, alleluja… ALLELUJAaaaa” !!!!!! – śpiewał, wykonując dziwny taniec. Wszyscy zatrzymali się zaskoczeni takimi wydarzeniami Było to tak dziwne, że większość nawet nie wiedziała, co powinna pomyśleć.  – „ Przepełnia mnie błogość, obdarowałeś mnie uczuciem silniejszym od trwogi/ Dzięki Tobie, pieśni, które śpiewam, uzyskują moc modlitwy. Sprawiasz, że śpiewam alleluja, śpiewam alleluja…” !!! – Wył dalej, nie zwracając uwagi na podchodzącego coraz bliżej Maxa, który w końcu przerzucił go sobie przez ramię i ponownie ruszył do wyjścia- ALLELUJAaaaaa !!!!! – pijany muzyk nadal wył, ile sił w płucach.
-To nie było nawet złe – mruknął Key do Minho, który trzymał chusteczkę przy ustach, w które oberwał dość silny cios damską torebką – Słowa niezłe, bo ten taniec to żenada. Totalna żenada. No widziałeś te jego biodra? Co to miało być. Boli cię? – Nagle porzucił temat Jjonga – Dziękuję, bo oberwałeś przeze mnie. Uratowałeś mnie.
- Było się trzeba nie wykłócać z tą kobietą. Wcale cię nie ratowałem, tylko chciałem cię odciągnąć od niej, a ona akurat wzięła zamach torbą. Ciekawe, czy Luna  ma cios tak silny, jak swoja mama. Jeśli tak, na miejscu Jinki'ego w przyszłości bym nie chciał jej podpaść. – MinHo czuł, że usta ma spuchnięte – Lodu potrzebuję.
- Dam ci tyle lodu, ile zechcesz – KiBum uznał, że chłopak jednak go celowo uchronił od ciosu i tylko nie chce się przyznać. W końcu nie byli sami, by czynić sobie jakieś wyznania. Chciał powiedzieć coś wzniosłego, ale w tej chwili oberwał i to dość mocno. Nikt go tym razem nie uchronił, gdy pod żebro wbiła mu się dłoń ze sporym krzyżem wydartym właśnie z dłoni JongHyuna. To JaeJoong odebrał swojemu podopiecznemu jego zdobycz. Niestety pijany chłopak dość mocno trzymał łup i Hero musiał użyć siły, co sprawiło, że z rozpędu trafił KiBum'a.
-Wybacz – kiwnął głową- Odniosę to z powrotem. Nie jesteśmy złodziejami, prawda?

***
Henry szybko załatwił swoje sprawy i teraz siedział z Dragonem na kanapie, zastanawiając się nad, tym gdzie podziała się reszta zespołu. Żaden nie odbierał telefonu, ani nie raczył zostawić jakiejś wiadomości. Obaj wzięli sobie po puszcze rybek i bułce, by wzmocnić siły przed czekającą ich pracą. W końcu mieli wymyślać te jakieś układy taneczne. Wiedzieli, że nie będzie to dziś, ale siły należało zbierać. Nagle na ekranie telewizora zobaczyli swojego lidera tańczącego w kościele. Zaraz potem pojawiły się fragmenty z jakiejś afery. Mignął im Max i JaeJoong. Key uśmiechnął się do kamery, jakby nie brał udziału w całej sprawie, a pozował, zaraz potem mignęło im parę osób z agencji oraz dużo obcych, których nigdy nie widzieli.
-Teee, Henry. Ty to widzisz? Oni imprezują bez nas. – Dragon pochylił się do przodu – Co ten facet mówił?
-Kamerzysta wynajęty na uroczystość ślubną jakiegoś potentata udostępnił materiały nagrane przed kilkunastoma minutami z awantury, jaka wybuchła podczas uroczystości. Podobno grupa nieznanych bandytów wtargnęła do kościoła i porwała pannę młoda, uniemożliwiając zawarcie ślubu.
-Bandyci? No ta kobieta w czerwonej sukni na taką mi wyglądała.
-Myślę, że bandyci to nasi koledzy oraz pracownicy tej .. tej agencji. To oni są bandytami. Gdzie oni są teraz?
- W ciupie. Jak nic ich zamknęli. Teraz zostaliśmy tylko ty i ja. Ja biorę sypialnię Jjonga. Key ma za czysto.
- Co ty gadasz? W jakiej ciupie? Nie mówili o aresztowaniach. – Henry przejął się sytuacją i kolejny raz zaczął wydzwaniać do kolegów, którzy w tym czasie siedzieli w salonie agencji, opatrując rany i starając się uzgodnić zeznania, jakich będą musieli udzielić władzom.

 Najważniejsze było to, by lekarz zrobił badania Lunie na wykrycie narkotyków, którymi została najpewniej nafaszerowana. Dobrze, że kuzyn dziewczyny zapowiedział, że w razie potrzeby będzie zeznawał przeciwko rodzinie, która według niego przekroczyła pewne granice. TaeMin siedział z telefonem obok zalegającego na kanapie JongHyun'a i nagrywał muzyka, który śpiewał coś nadal, co chwile rzucając głośniejszym „Halleluja”. Młody chłopak czuł rodzący się przebój i chciał utrwalić tę doniosłą chwilę. Tiffany upewniwszy się, że całe towarzystwo jest już w miarę spokojne, zabrała Lunę i Onew do szpitala, bo oboje potrzebowali pomocy chociaż w innych sprawach. Chłopak miał podbite oko, nos mu krwawił i chyba wybił sobie bark, a dziewczyna nadal nie była do końca sobą. Otępiała nie przyswajała w zasadzie nic, co próbowali jej przekazać. Na szczęście lekarze zajęli się obojgiem, szybko zapewniając, że nie ma u żadnego z nich poważnego zagrożenia dla życia. Jedynym problemem było to, że Onew nie chciał zostawić Luny samej i nie pozwolił się opatrzyć tak długo, aż nie obiecano mu, że będzie mógł zostać przy dziewczynie i że nikt ze szpitala go nie wyrzuci. 

-------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak wiem, minęło bardzo, BARDZO dużo czasu od ostatniego wpisu, przepraszam, ale miałam sporo problemów i jakoś moja wena zniknęła. Zrobiła takie Puff i jej nie było :( Nie będę się rozwodzić na temat, jakiego rodzaju były moje problemy, bo jest to niepotrzebne. 
Mam nadzieje, że jednak ktoś czekał, aż pojawi się kolejny rozdział ^^ Nadzieje warto mieć, prawda?
Jeszcze raz bardzo mocno przepraszam za taką długą przerwę!!! / Delilah

3 komentarze:

  1. Wow.. wróciłaś :')
    A już myślałam, że przestałaś pisać :<
    Myślałam czasami o Twoim blogu zastanawiając się kiedy będzie kolejny wpis, wiesz? :D
    Tak się cieszę, że jesteś!!!!!
    Rozdział jest supi! A ta akcja w kościele wymiata kkkkkk
    Czekam na kolejne części! :D

    http://cnbluestory.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To naprawdę miłe ^^ myślałam że już nikt nie pamięta o moim blogu. W końcu nie było mnie bardzo długo :(
      Teraz biorę się za pisanie i niedługo wstawiam kolejny rozdział. ^^;;;

      Usuń