Zlecenie Jedenaste
Cały
zespół siedział na kanapach, patrząc na szefa wytwórni z lekkim
niedowierzaniem. Jeszcze nie całkiem dotarło do nich to, co mężczyzna
powiedział i nie mogli zrozumieć dlaczego właściwie tu ich wezwano. Pierwszy
roześmiał się Dragon, klepnął dłońmi o uda i zgiął się w pół, nie mogąc
przestać się śmiać. Reszta nie reagowała aż tak gwałtownie. Henry zachował
kamienną twarz i tylko spoglądał po pozostałych, jakby chcąc wyczytać z wyrazu
ich twarzy, co myślą o tym całym pomyśle. Joon siedział niewzruszony, chociaż
było widać, że cała ta sprawa wcale mu się nie podoba, a KiBum przechodził duży
proces myślowy raz uśmiechając się, a zaraz potem marszcząc brwi. Jedynym,
który od razu wyraził swoje zdanie, był JongHyun, który walnął dłonią w stół,
prychając.
-To
chyba jakiś dowcip. Pan sobie żartuje? Ja mam poczucie humoru, ale … - spojrzał
wściekły na pozostałych, bo nie wiedział, który parsknął na te słowa- Ale to
nie wchodzi w rachubę. Nie ma takiej opcji. Nie jesteśmy jakimś podrzędnym boysbandem,
żeby kicać po scenie ku uciesze małolat.
-Ja
lubię tańczyć – wyszeptał Key – Ale fakt, przyznaję, że to chyba nie bardzo nam
odpowiada – dodał, widząc groźny wzrok swojego lidera.
-
Ja was nie proszę ani nie rzucam propozycji. To jest decyzja, która nie podlega
dyskusji. Od dłuższego czasu wasze notowania spadają. Nie byliście nominowani
do żadnych nagród także już dawno, sprzedaż waszych płyt spadła i nikt nie
stara się o wasze występy. Dwa ostatnie koncerty przyniosły niewielkie dochody.
Firma nie zarabia na was, a w tym biznesie o to chodzi.
-Firma
zarobiła na nas już chyba dostatecznie dużo – Jjong zacisnął pięści – Teraz
jest gorzej, ale dobrze wszyscy wiemy, ile na nas zarobiliście. Zresztą
ostatnio odbijamy się od dna.
-
Ty chyba czegoś nie rozumiesz – mężczyzna za biurkiem poprawił czarną oprawkę
okularów- Nie jesteśmy instytucją charytatywną. Albo przynosicie zyski albo….
Sami rozumiecie. Odbijacie się zbyt wolno, a badania rynku mówią jasno. Nie
każę wam chodzić w cukierkowych ciuszkach, a jedynie wymagam niewielkiego
nakładu pracy w kierunku ruchu scenicznego. Pytanie tylko, czy jesteście w
stanie zrobić coś z tym sami, czy mam wam zatrudnić choreografa. Macie tydzień,
by się nad tym zastanowić. To wszystko. A nie, jednak nie, zapomniałem jeszcze
o tym – podał kartkę papieru Henry'emu, który stał najbliżej – To lista
świątecznych piosenek. Jest 15 września, więc macie dość czasu na zrobienie
własnych aranżacji tak, by w grudniu wydać świąteczną płytę. Dwa i pół miesiąca
do wejścia do studia nagrań. Tyle samo na opracowanie nowego wizerunki. A teraz
żegnam.
Wyszli,
chociaż lider grupy miał ochotę rozwalić całe to biuro. Nie miał pojęcia, kto
wpadł na ten pomysł, że mają opracować sobie jakieś ruchy taneczne do swoich
utworów.
-
I teraz będziemy grać na gitarach i dreptać dwa w prawo, dwa w lewo, obrocik i
wymach nóżką z jednoczesnym odchyłem do tyłu – JongHyun wściekał się – Dragon
jeszcze pół biedy, bo nikt mu tańczyć nie każe.
-Ale
słyszałeś – wspomniany chłopak przeczesał palcami i tak potargane włosy – Mam
znaleźć miejsce na jakiś wymach rękoma. .. „wymach zsynchronizowany z
pozostałymi członkami zespołu” – zacytował szefa.
-Jak
te małpy na pokazie. Cholera jasna. Czy myślą że my serio będziemy tańczyć?
-A
mamy inne wyjście? – Key w końcu postanowił się wtrącić, był jedynym w tej
grupie, który potrafił i nawet lubił tańczyć. No, nie jakoś przesadnie, ale nie
odrzucało go od tej czynności – Jeśli odmówimy, uprzykrzą nam życie, które i
tak za wesołe już nie jest. W tamtym tygodniu powiedzieli mi, że mam schudnąć
4-5 kilo, i że nie powinienem pokazywać się publicznie w tym fioletowym
płaszczu, bo to niszczy mój wizerunek.
-Ale
płaszcz czy nadwaga? – Dragon nie mógł się powstrzymać i oberwał w ramię
-
Nie mam nadwagi!!! Niby gdzie ją mam? Jestem idealny i moja waga jest
odpowiednia. Nie moja wina, że te ubrania od sponsora ostatnio przyszły takie a
nie inne. Pomylili rozmiar i zamiast wymienić na większy, uznali za słuszne
kazać mi schudnąć do tych spodni, bo tak będzie prościej. Ignoranci.
-
Dlaczego gadacie o takich pierdołach? Mamy chyba poważniejszy problem. Chcą nas
zamienić w pląsającą grupę, żeby zadowolić fanki, które tak naprawdę mają nas
gdzieś.
-Nie
tak całkiem gdzieś, piszą dość dużo fanficków z nami – KiBum zamilkł, gryząc
się w język i robiąc unik przed ręką JongHyun'a, która minęła jego głowę o
centymetr. – Przepraszam.
-
Ja wam powiem, że mnie ten pomysł też nie bardzo się podoba, ale chyba nie mamy
wyboru. – Joon wzruszył ramionami – Może na razie nie sprzeciwiajmy się i
nauczmy się jakiegoś synchronicznego tanga solo, a potem szefowie sami zobaczą,
że to wygląda idiotycznie i odpuszczą.- reszta pokiwała głowami, mając
nadzieję, że właśnie tak będzie.
Pod
budynkiem gdzie mieszkali, na ławce siedziały dwie osoby, rozmawiając ze sobą
jak gdyby nigdy nic. Jedną z nich była Puff, a drugą TaeMin. Dziewczyna zdążyła
już poznać prawie całą historię życia chłopaka oraz wiele jego dziwnych
przemyśleń, i teraz jeszcze bardziej nie mogła zrozumieć, jakim sposobem ten
dzieciak stał się przyjacielem zespołu. No, może nie całego, ale trzech
członków najwyraźniej go lubiło, Joon traktował obojętnie, a co do JongHyuna
nie mogła sobie wyrobić zdania. Ta rozmowa niewiele jej wyjaśniła, bo w chwili
gdy miała usłyszeć mrożącą krew w żyłach (podobno) historię pt. „Kiedy to
poznałem hyungów”, oni sami pojawili się u wylotu ulicy.
JongHyun
miał już dość, a tych dwoje na ławce jeszcze bardziej podniosło mu ciśnienie.
Nie miał ochoty nawet na wymianę pozdrowienia z którymkolwiek, dlatego też
nagle odwrócił się i rzucając krótkie „spadam”, odszedł, nic nie wyjaśniając .
Musiał przemyśleć kilka spraw, chociaż na to też nie miał chęci. Jedyne co
przychodziło mu teraz do głowy, to napić się, nie piwo czy dwa, chciał pić tak,
by przestać myśleć, czuć, a nawet widzieć. Skręcił w pierwszą przecznicę, mając
nadzieję, że bar koło skweru będzie otwarty.
Pierwszy
kieliszek sprawił, że otrząsnął się i skrzywił. Dawno nie pił, chociaż sam nie
rozumiał, dlaczego porzucił tę rozrywkę. Drugi przełknął już spokojniej i od
razu sobie dolał, przymykając oczy. Jego życie zaczynało wymykać mu się z rąk,
czuł to i ta myśl nie była zbyt przyjemna. Tak na serio zaczął tracić nad nim
kontrolę już dość dawno temu, ale chyba jeszcze nigdy nie uświadomił sobie tego
tak dobitnie. Miało być pięknie, cudownie. Miały być koncerty, zabawa, fani,
imprezy i całe to szaleństwo sławy. I to wszystko było, przez chwilę było.
Niestety z jakiś przyczyn, tak mozolnie budowany domek z kart, zawalił się.
-Twoje
zdrowie Puff - z ironicznym uśmiechem wypił kolejną porcję alkoholu. Wiedział,
że nie może mieć do niej o nic żalu, ale mimo to wolał całą irytację przelać na
kogoś innego. Kiedyś w chwili gdy naszło go na zwierzenia, pojawiła się w
odpowiednim miejscu i wysłuchała cierpliwie, dając nadzieję, że nie został sam.
Nie wyśmiała go wtedy, nie szturchnęła boleśnie, ani nie wykpiła. Ujęła jego
dłoń i kazała wierzyć, że będzie dobrze. Mówiła o sukcesie, jaki odniósł zespół
i o tych wszystkich osobach, które podziwiały jego determinację w dążeniu do
celu. Było to pół roku temu, a zapamiętał nawet zapach jej perfum oraz ton
głosu. Była starsza, ale nie tak wiele, więc Jjong zaczął szukać jej
towarzystwa. Tak bardzo potrzebował kogoś bliskiego, że nie docierało do
niego, iż z jej strony to tylko zwykła przyjaźń. Jakiś czas trwało nim do
dziewczyny dotarło, że on chciałby czegoś więcej. Ktoś jeszcze chciał tego
samego. W tym samym czasie Joon często wpadał na nią w różnych miejscach,
często miewał do niej jakąś sprawę. Aż nadszedł ten dzień, gdy wszystko
się skończyło. JongHyun kupił ulubione kwiat Puff i chciał zabrać ją na
oficjalną randkę, chciał powiedzieć, jak bardzo ją lubi. Nie pomyślał, by
zapukać do drzwi garderoby gdzie właśnie szykowała ich ubrania na występ.
Dwójka w środku nie od razu go zauważyła. Stali patrząc na siebie, ona
zaczerwieniona i poważna, co prawie jej się nigdy nie przytrafiało, a Joon
lekko ściskający jej dłoń i mówiący to samo, co miał w planach Jjong. Zobaczyli
go, stojącego w drzwiach i wszystko stało się jasne. Potem były dziwne rozmowy,
gdzie ona tłumaczyła, że lubi ich obu, ale żaden nie jest jej bliższy, Joon starał
się przekonać ją, że jednak może się mylić, a JongHyun poszedł się upić. Po
trzech tygodniach Puff poleciała do Europy, bo podobno w Paryżu mogła się wiele
nauczyć. Kolejne tygodnie zajęły Jjongowi, by dojść do wniosku, iż wcale
się nie zakochał. Zrozumiał, że miał po prostu chwilę słabości i dlatego szukał
na siłę jakiś uczuć. Mimo, że zrozumiał to wszystko, jakiś niesmak został.
Męska duma nie pozwalała mu się przyznać do błędu i niemal z lubością winił za
wszystko innych, a nie siebie. Joon przez ponad miesiąc był jego wrogiem numer
jeden, który podle chciał odbić mu ukochaną, która zaś z pozycji „ukochanej”
spadła do roli „wrednej, wyrachowanej dziewuchy bawiącej się uczuciami innych”.
Jedynym przyjacielem stał się dla niego wtedy alkohol. Nawet nie była to nowa
przyjaźń, lecz powrót do tego, co już dobrze znał. Teraz mimo, że nie czuł już
wrogości do tamtej dwójki, jego stan był taki, że chciał być na nich wściekły.
W końcu mieli być tylko kolejnym powodem, by się upić. Kiedy przy piątym czy
szóstym kieliszku dołączył do niego Joon nawet się ucieszył że ma towarzystwo
do picia. Nie musieliby nawet rozmawiać, ważne było poczucie, że obok siedzi
ktoś kto równie mocno nie jest w tej chwili zadowolony z życia. Nie myślał o
tym, że chłopak siedzący obok jest jednym z powodów, przez które wlewał w
siebie kolejne kieliszki alkoholu, alkoholu, który sprawia, że człowiek zaczyna
być za bardzo otwarty i wylewny. W tym przypadku zajęło to niecałą godzinę i
jeszcze dwie butelki soju.
-
Ty jesteś sukinsyn. Joon sukinsyn. – Jjong wymamrotał, klepiąc towarzysza po
ramieniu – Sukinsyn, ale taki porządny. Nie lubię Cię, draniu – tym razem
klepnął chłopaka w policzek – Nie lubię cię, ale ci powiem, że ….. że….. że…..
że co ja chciałem powiedzieć?
-Nie
mam pojęcia – Joon, który dość szybko nadrobił opóźnienie w piciu, miał w
głębokim poważaniu obraźliwe teksty lidera – Pewnie miałeś znów marudzić na
swoje życie, albo na …
-Życie…
moje życie. Czy ty wiesz, jakie jest moje życie? Nie wiesz, ale ja ci powiem,
powiem ci zaraz, dokładnie ci powiem – wypił kolejny kieliszek, krzywiąc usta –
Miałem plany, zawsze miałem plany i zawsze te plany się pierdoliły. Chciałem
grać rocka, a teraz będę pląsał po scenie jak jakieś niedorobiona boysband.
-Chyba
niedorobiony.
-Co
niedorobiony?
-„Niedorobiony
boysband” a nie „niedorobiona boysband” – Joon wyjaśnił, wpatrując się w
drugiego chłopaka.
-Ej
Ty… Grozisz mi ? Niedorobione nie doroby. Niedorobiona…. O czym to ja…
-Ja
tylko zwróciłem uwagę, że powiedziałeś…
-Wiem,
co mówię!!! Ty mnie nie poprawiaj, co ty Key jesteś? Ten też ciągle mnie
poprawiał. Cholerny znawca. Po co był ze mną, skoro twierdził, że mam same
wady? No po co ten idiota zawracał mi głowę?
-KIBum…
KiBum…. I Ty?
-Co
ja?
-No
powiedziałeś, że był z Tobą.
-No
wiem, że był. Nie musisz mi mówić. – Machnął dłonią, jakby temat nie był warty
kontynuacji – Kiedyś w szkole… W szkole? No w szkole – Podparł głowę na dłoni,
patrząc w dal – Dziwak…
-Kto?
-KiBum
to dziwak. Krzyczałem, a ten nie uciekał. Wyżywałem się na nim, a on łaziła…
łaził za mną. Łaził… I łaził, i wyszło na to, że … że ja i on… W sumie pasowało
mi to. Był dziwakiem, ale mnie to nie przeszkadzało.
-On
nadal jest dziwakiem – Joon dolał sobie i JongHyun'owi, po czym obaj wypili
alkohol jednym haustem.
-Zamknij
się !!! Nie waż się go obrażać. Nigdy nie pozwalaj sobie na mówienie czegoś
takiego!!! Rozumiesz? Ja mogę, ale Ty nie masz prawa. Masz go szanować
ty..ty…ty… sztywniaku!
-No
dobra, dobra. Nie unoś się. Wypijmy za KiBuma.- Uniósł kolejny kieliszek do
ust- Zdrowie
-Zdrowie
KiBuma, tej zakazanej mordki w makijażu wypaćkanej. Lisa farbowanego, który
ubzdurał sobie, że będziemy parą. – Parsknął śmiechem i ściszył głos – TY nie
mów nikomu, bo to wielkaaaaa tajemnica, wielka. To było wtedy, jak kupiłem
sobie buty, zajebiste buty. Drogie były i takieee zajebiste. Noooo takie były…
były… za małe były. Specjalnie były za małe. Krew leciała z mojej stopy… z
mojej. – Jjong rozkręcał się w monologu – I KiBum plastrem, rozumiesz? Plastrem
mi te buty. Znaczy na stopach plastry. I taki był miły, szczery i taki słodki.
Nie bał się mnie. Ja się darłem, a on się nie bał. Dlaczego? – Wbił palec
wskazujący w pierś kolegi – No, dlaczego się nie bał?
-Bo
jest idio… jest wyjątkowy – Joon poprawił, się nie chcąc irytować lidera
-Wyjątkowy?
Lecisz na niego? – prychnął, czując, że świat zaczyna się robić jakiś
piękniejszy. Zazwyczaj jak pił, czuł narastającą irytacje i złość, ale bywało
też tak, jak teraz. Humor poprawiał się, każdy wydawał się być przyjacielski i
bliski. – Lecisz to leć. Chociaż myślałem, że ty to tak sobie z Henry'm
kręcicie na boczku.
-
JongHyun, teraz przesadzasz. Ja nie. Ja nigdy, ja jestem taki ten… normalny –
Chłopak wypił już wystarczająco dużo, by przestać myśleć racjonalnie. – Tylko w
przedszkolu, tylko wtedy miałem romans. Dałem mu jabłko, a on mi batonika.
Kokosowego. Lubię kokosowe. Tydzień później dał batonika jakiejś dziewczynce, a
ja cierpiałem.
-
No, to wiesz, co czuję. Złamane serce tak boli. Jak miał na imię ten, co cię
porzucił?
-Miał…
Jak on miał? Dawno to było.
-
Nieważne – Jjong machnął ręką – Napijmy się za wszystkich drani, którzy nas
zranili i za wszystkie dziewczyny niegodne naszych serc…
-
I za psy, które sikają nam do butów
-Za
psy też – Obaj wznieśli toast, po czym zamówili kolejną butelkę.
***
Key postanowił odwiedzić tego dnia matkę, która od pewnego czasu narzekała, że
całkiem o niej zapomniał. Owszem, w ostatnich miesiącach jakoś całkiem mu
wyleciały z głowy rodzinne wizyty i czuł się nawet winny z tego powodu.
Pomyślał też, że to dobry pomysł z wielu powodów. Po pierwsze i najważniejsze,
przestanie myśleć o Jjongu oraz jego humorach, które zaczynały doprowadzać go
do szału, po drugie, mama nie pozwoli, by wyszedł od niej głodny, a po trzecie
jego pupilek Sushi. Będzie mógł spędzić trochę czasu ze swoim kotem, którego
nie mógł trzymać u siebie, bo podobno uczulał lidera. Chłopak odnalazł jeszcze
adres firmy, która zajmowała się skupem starych pianin, chciał tam wjechać po
drodze na prośbę Henry'ego. Szybko spakował kilka
najpotrzebniejszych rzeczy, po czym wsiadł do samochodu z zamiarem
zrelaksowania się i zapomnienia o problemach przez najbliższe 48 godzin.
Chłopak był pełen dobrych chęci, by załatwić sprawę dla Henry'ego i odwiedzić
rodzinę. Niestety los chyba miał inne plany, bo po kilku minutach jazdy, jego
samochód nagle wydał dziwny dźwięk, szarpnął, po czym zgasł, odmówiwszy dalszej
współpracy. Pierwsze co zrobił, to sprawdził, czy bak z paliwem nie jest pusty,
ale okazało się, że nie brak paliwa jest powodem tej awarii. Otworzył maskę i
kilka minut patrzył na te wszystkie kable, dziwne urządzenia, o których nie
miał pojęcia. Mimo, iż wiedział, że od patrzenia nic się nie naprawi, to jednak
liczył na jakiś cud. Może jakaś śruba przestraszy się jego wzroku albo
przeciwnie, zlituje się i zadziała. Niestety, siła wzrokowej perswazji nic nie
dała i dlatego kilka minut później Henry odebrał telefon i został poinformowany
o zaistniałej sytuacji, oraz o tym, że sprawę pianina musi załatwić sobie sam.
Key zamknął auto niepocieszony, stał jeszcze chwilę, starając się wymyślić
jakiś opcjonalny plan działania, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Jakoś
wizja podróży autobusem niezbyt mu się uśmiechała, a na spacer było zdecydowanie
za daleko. W końcu zniechęcony podjął jedyną, w swoim mniemaniu, słuszną
decyzję, by napić się kawy. Zapach i smak tego napoju zawsze działał na niego
kojąco, a dodatkowym atutem był fakt, że może trafi tam na barmana, którego
obdarzył uczuciem sympatii. W knajpce znalazł się po około 20 minutach spaceru,
stwierdzając z radością, że ten dzień nie będzie taki całkiem stracony. Zamówił
latte i dla odmiany krem waniliowo-truskawkowy. Maczał w nim kawałki krakersa i
przyglądał się ludziom przy stolikach. Dziś był średni ruch i miał nadzieję, że
gdy MinHo upora się z zamówieniami, znajdzie chwilę, by porozmawiać.
TaeMin:
Gdybym nie zdecydował się wyjść do sklepu i czekał, aż sprawunki załatwi JinKi
hyung, nie spotkałoby mnie tyle dobrego. Spotkałem stylistkę noonę i pomogłem
jej nieść pakunki. Co prawda twierdziła, że te dwa pudełka da radę unieść sama,
ale przecież jestem mężczyzną i wyszedłbym na ostatniego bubla, gdybym nie
pomógł kobiecie. Dzięki temu dowiedziałem się wielu ciekawych historii o zespole.
Noona bardzo lubi opowiadać i nawet wydaje mi się, że mówi więcej niż ja, gdy
się rozkręcę. Opowiadała mi o Paryżu, o swojej pracy, o tym jak zaczęła
współpracę z chłopakami oraz kilka historii z nimi. Dowiedziałem się, np. że
KiBum hyung jest przewrażliwiony na punkcie swojego wyglądu bardziej, niż mi
się wydawało. Podobno kiedyś o trzeciej w nocy pojechał do szpitala, robiąc
panikę, bo „coś mi wyskoczyło na czole”, a okazało się, że to znamię, które
wcale nie „wyskoczyło”, tylko było tam od zawsze, a zaspany Key chyba zapomniał
o tym małym fakcie. Podobała mi się też historia, gdy pomylono garderoby dwóch
zespołów i było zamieszanie, gdy zamiast spodni na wieszakach, Jjong i reszta
zastali skąpe sukienki. Ogólnie dużo się dowiedziałem i zastanawiam się teraz,
co z tego mógłbym wykorzystać do swojego planu naprawienia tego nadętego bubka.
Kilka ostatnich dni unikałem go, aby dać mu fałszywe poczucie spokoju i
bezpieczeństwa. Takie zagranie taktyczne sobie wymyśliłem, nazwałem je „cisza
przed burzą”. Z „ciszą” nie ma problemu, ale muszę opracować plan „burzy”, bo
jak na razie cokolwiek mi wpadnie do głowy, okazuje się za mało efektowne, a ja
jestem bardzo wymagający i muszę mieć coś, od czego polecą wióry. Może ten
wyjazd mi pomoże? Ach, o wyjeździe jeszcze nie myślałem za dużo, a przecież to
ważny element najbliższych dni. Jak już zaniosłem pakunki noony Puff do
mieszkania JongHyun'a i KiBum'a, to przyszli tam ich dawni opiekunowie. Mam do
nich szacunek, ale przyznam, że dziwni są trochę. Cieszy mnie jednak to, iż
mnie polubili, a nawet hyung JaeJoong spytał, kiedy dołączyłem do zespołu. Czy
to nie miłe? No, a dziś, po tym jak już hyung Max pokazał swoje nowe skarpetki,
tym razem w stylu romantycznym, białe w delikatne wrzosowe kwiatki, okazało
się, że przyszli, by przypomnieć o corocznym wyjeździe jesiennym. W taki sposób
nie tylko dowiedziałem się, że obie grupy od kilku lat spędzają tydzień albo
dwa każdej jesieni w domku, który hyung JaeJoong odziedziczył po jakimś dziadku
czy wujku, a który stoi za miastem w lesie, ale też zostałem zaproszony na ten
wyjazd. Ucieszyłem się bardzo, od razu spytałem, czy mogę zabrać przyjaciela. W
końcu Jinki'emu też dobrze zrobi, jeśli pooddycha jakiś czas świeżym, leśnym
powietrzem, wolnym od spalin i takich tam innych śmieci latających w
przestrzeni. Chciałem, by jechał także z powodu Luny. Bo ona też pojedzie!. Ha…
Max zaprosił Tiffany, a ona nie chcąc jechać sama, zdecydowała się zabrać
jeszcze kogoś z agencji. Czuję, że to będzie zabawna wyprawa. Najzabawniejsze jest
to, że JongHyun jeszcze nie wie o tym, że ja pojadę z nimi. Sądzę, że nie
ucieszy się za bardzo, ale nie mam zamiaru się nim przejmować, bo jak zacząłem
i rozmyślałem nad tym to …. Och, wiem teraz, że nie należy zamyślać się podczas
prasowania. Mam nadzieję, że Onew nie lubił za bardzo tej koszuli, albo, że nie
ma nic przeciwko takiej dziurze na plecach. Żeby nic nie popsuć więcej, lepiej
poleżę i zacznę obmyślać plan działania. Plan…. Jak tylko poleżę chwilę z
zamkniętymi oczami. Wszystko zaplanuje… Za chwileczkę……
Taemin
zamknął oczy, czując, że jeszcze chwila i zaśnie. Błogi stan przerwał
natarczywy dźwięk telefonu, który odezwał się tuż obok ucha chłopaka i radosną
melodyjką dał znać, że ktoś bardzo pilnie chce z nim rozmawiać. Niemal w tej
samej chwili cichym dźwiękiem odezwał się telefon innego chłopaka, który
kończył robić kawę, jednocześnie prowadząc lekką rozmowę z relaksującym się
właśnie muzykiem.
-Ren,
o czym ty mówisz? - MinHo ramieniem przytrzymując telefon, starał się zrozumieć
rozmówcę.- Jakie porwanie? Gdzie mam jechać? Ale teraz? – Postawił w końcu
kubek kawy przed klientem i chwycił telefon w dłoń – Powiedz jeszcze raz od
początku, tylko bez krzyku i paniki. – słuchał, a jego twarz wyrażała tak
wielką mieszankę uczuć, że wpatrzony w niego Key, poczuł się niemal
onieśmielony tą fantastyczną grą mięśni, subtelną mimiką oraz tak wielkim
przekazem wiadomości w oczach barmana. Niezrozumiałym przekazem, ale musiało
być to coś nietuzinkowego, czuł to całym sobą i niecierpliwie czekał, by dowiedzieć
się, jakie wiadomości sprawiły ten niesamowity taniec mimiczny. Jednak zamiast
jakichkolwiek wiadomości, został chwycony za dłoń i siłą wyciągnięty zza
stolika, na który wylała się jego ukochana, niedopita kawa.
-Aleś
ty porywczy. – Postanowił zignorować stratę ukochanego napoju – To jest to
porwanie, o którym wspominałeś ?
-Co?
Nieee. Musimy jechać, ja muszę, ale może się też przydasz. Im więcej osób, tym
lepiej, Chyba lepiej.
-Powiesz
mi, co się stało- Key wyczuł w głosie obiektu swego uwielbienia powagę oraz
obawę – Co się dzieje?
-O
Lunę chodzi, dziewczynę z agencji. Została porwana. Nie wiem wszystkiego
dokładnie, ale ktoś dzwonił do szefowej z informacją, gdzie Luna jest i
jedziemy po nią.
-Odbić
niewiastę z opresji ? – KiBum szedł posłusznie w stronę zaparkowanego niedaleko
samochodu MinHo – Przepraszam za moje przejęcie, ale to takie ekscytujące.
-Myśleliśmy,
że Luna wyjechała na kilka dni do przyjaciółki, bo taką wiadomość dostała
Tiffany, a teraz okazuje się, że to nie ona tę wiadomość wysłała, tylko ktoś,
by nie budzić niepokoju. Ona miała takiego noooo „narzeczonego”, którego
wybrali jej rodzice i chociaż ona go nie chce, on nie odpuszczał. Z tego co się
dowiedziałem, to właśnie on ją porwał i chyba chce zmusić do ślubu .
-A
to drań. Nikogo nie można zmusić do miłości – Key zapiął pas, a w sobie czuł
oburzenie. Był osobą, dla którego uczucia były czymś ważnym, mimo, że nieco się
ich bał. Z zasady też był przeciwnikiem przemocy, chociaż często miał ochotę
użyć jej w stosunku do co niektórych członków zespołu. Jednak porwanie kobiety
w celu zmuszenia jej do ślubu, wydało mu się czymś niegodnym, oburzającym i
wstrętnym. Nie mógł jednak poradzić nic na to, iż ta sytuacja dawała mu też
wiele radości. Oto właśnie jego ulubiony barman, chłopak, którego lubił od
pierwszej chwili, siedział obok. Cieszył go fakt, iż MinHo uznał, że On, KiBum,
może być pomocny i zabrał go ze sobą. Właśnie zaciągnął się zapachem wnętrza
samochodu, stwierdzając, że nie pachnie w nim „jego żabusiem”, tylko
przepoconymi ciuchami, butami do biegania oraz z niewiadomych przyczyn kapustą.
Skręcili w kolejną przecznicę, gdy Key uderzył kierowcę w łokieć tak mocno, że
tamten syknął.
-Zatrzymaj
się !!! Zatrzymaj. Mam tam jeszcze dwóch do pomocy, jeden cham, a drugi
sztywniak, ale nie odmówią pomocy. – zawołał w chwili, gdy dostrzegł za szybą
baru dwóch członków zespołu. – Nie gaś silnika, a ja ich przyprowadzę –
krzyknął, wypadając z samochodu i lekkim truchtem przecinając chodnik.
Dwaj
panowie „J” byli właśnie na etapie wspólnych śpiewów i radosnego kiwania się na
boki. Z potoku słów przybyłego kolegi, wyłowili jedynie poszczególne słowa, nie
rozumiejąc za nic całości. Do obu dotarło jedynie, że ktoś kogoś porwał, i że
trzeba tę osobę odbić.
-
Panowie!!! Do boju! Uwolnić uciemiężonych – zakrzyknął Jjong, podnosząc się
chwiejnie- Na barykady!!!!
-
Do broni, przyjaciele!!! –drugi z pijanych chłopaków poszedł w ślady pierwszego
i z okrzykami na ustach, ruszył ku wyjściu, prowadzony przez KiBuma. –
Uwolnić uciemiężonych, obić mordy draniom.
-Taaaak,
obić mordy!!! – JongHyun zrobił ruch ręką, jakby chciał bić niewidzialnego
przeciwnika, po czym został wepchnięty na tył samochodu. Sekundę po nim na
tylną kanapę trafił Joon, a MInHo za kierownicą spojrzał przerażony na Key'a.
-Jesteś
pewien, że zabieranie ich to dobry pomysł? – Nie zdążył uzyskać odpowiedzi, bo
w maskę samochodu coś głośno uderzyło. Przez szybę Minho i Key zobaczyli
zdyszaną twarz i szopę czerwono-rudych włosów. – TaeMin? – Chłopak za
kierownicą przez sekundę był przekonany, że potrącił kogoś mimo, że jeszcze nie
ruszył.
-Chłopaki,
zabierzcie mnie. Jinki dzwonił i mówił, że Lunę uprowadzili. Ja chcę ją
ratować.!!! – Tae wcisnął się z tyłu jako trzeci i nieco zdziwił się, że
znajdujący się tam osobnicy potraktowali go z dziwną życzliwością oraz
okrzykami wyrażali chęć wzięcia udziału w akcji – Wiem, gdzie jechać – dodał
ciszej, spoglądając na, Joon'a który, właśnie zdarł z siebie koszulkę i walił
się w pierś, krzycząc, że nikt mu nie podskoczy
-My
właśnie jedziemy w tej sprawie – Key wyjaśnił – Jedzmy, nie przejmuj się tymi
pijakami. Oni będą robić wrażenie na miejscu.
-Oby
– MinHo ruszył pełen złych przeczuć. Przez chwilę nawet pożałował, że zabrał
muzyka ze sobą z baru – Mam nadzieję, że inni dojadą szybko. – Pokręcił
zdegustowany głową, bo właśnie w tej chwili przez otwarte okno odleciała
koszulka Joon'a, którą wymachiwał jak sztandarem.
***
Dom
stał na uboczu i teraz wypełniony był sporą grupą ludzi. W tle grała cicho
muzyka, a zaproszeni goście przechadzali się, rozmawiając ze sobą. Nieco byli
zaskoczeni tak nagłym zaproszeniem, bo zazwyczaj na śluby zapraszano z dużym
wyprzedzeniem. Teraz w większych i mniejszych grupach zaczęli spacerem
przechodzić do kościoła, który znajdował się w zasadzie w sąsiedztwie. Nikt nie
zwrócił uwagi na zaparkowany samochód, w którym siedziała rozwścieczona młoda
kobieta oraz kilkoro innych osób czekających na pozostałych wezwanych do
pomocy. Nie wysiadali, bo chcieli mieć pewność, iż wiadomość, która otrzymali,
nie była głupim żartem. Chwilę potem chodnik wyludnił się, a na parkingu
zatrzymały się jeszcze dwa samochody. Z jednego wysiadł zdenerwowany chłopak,
zaciskający dłonie w pięści, jego twarz zazwyczaj pogodna i ozdobiona
uśmiechem, teraz była zacięta i radości trudno byłoby się dopatrzeć. Tuż za
Jinki'm pojawiła się Amber z kijem od szczotki w dłoni, oraz Ren z niewielką gaśnicą
zabraną z biura agencji. Z drugiego auta trzy osoby wysiadły dość normalnie, a
dwie wytoczyły się z bojowym nastawieniem i chęcią udziału w jakiejś barwnej
demolce.
-Gdzie
ci dranie!!! Dajcie mi ich, a zmieszam ich z błotem, zrównam z ziemią! –
JongHyun dyszał, wypinając klatę, a tuż obok Joon obnażony od pasa w górę
rozglądał się w poszukiwaniu potencjalnej broni. Tiffany teraz też wysiadła i w
towarzystwie bliźniaków podeszła do reszty.
-
Więc może jeszcze raz niech ktoś powie dokładnie, co się dzieje? –MinHo starał
się ignorować pijanych muzyków, których przywiózł, a którzy teraz poklepywali
się po plecach, zapewniając się, że są super bohaterami.
-
Zadzwonił do mnie kuzyn Luny. Nie pamiętam imienia, ale powiedział, że ją
porwano, i że chcą ją zmusić do wzięcia ślubu. Podobno podali jej coś, by nie
robiła problemów. Ten chłopak powiedział, że Luna zawsze była dla niego jak
starsza siostra i dlatego nie może patrzeć na to spokojnie, tyle że sam
niewiele może zrobić.
-Za
to my możemy – Key uderzył pięścią w otwartą dłoń, bo i w nim obudziły się
waleczne instynkty.
-Zabiję
drania – wyrwało się z ust milczącego do tej pory chłopaka.
-JinKi,
spokojnie, nie zabijaj nikogo. Nie rób sobie niepotrzebnych problemów – Amber
jak i reszta wiedziała już, że Onew ma słabość do Luny – Nie podchodź do tego
drania, bo się jeszcze nie opamiętasz.
-Dzwony!-
TaeMin wskazał w kierunku kościoła, gdzie zaczęła się ceremonia – Dzwony!
-
Idziemy – Tiffany kiwnęła dłonią – Zabieramy Lunę i odjeżdżamy. Nie robimy
większego zamieszania niż trzeba. – Powiedziała, nie przeczuwając, co
stanie się za kilka minut.
-
Czy ty Park SunYoung bierzesz sobie… - duchowny zamilkł, gdy wrota kościoła
gwałtownie otworzyły się i do świątyni wtoczyła się dziwna grupa ludzi.
-Nie
biorę !!!! – Zamiast dziewczyny, ryknął półnagi chłopak z właśnie przybyłych –
Nikt nie bierze!!!
-Zaiste,
nikt!!! – dorzucił drugi pijany chłopak – Na barykady bracia!!! Do boju!!!
-
Ta uroczystość się nie ma prawa odbyć – Spokojniejszym głosem dodał Onew,
ruszając w stronę ołtarza na czele reszty, która szła za nim z bojowym
nastawieniem. JongHyun swoją wojowniczą postawę umocnił, zdzierając z głowy
jakiejś kobiety niebieski kapelusz i wciskając go sobie na głowę jako trofeum.
Goście
zebrani w świątyni powstawali, szepcząc między sobą. Pan Młody zasłonił
niedoszłą żonę własnym ciałem, wykrzykując groźby, a pomagali mu w tym jego
drużbowie oraz rodzice. Słowna przepychanka trwała jakiś czas, aż w końcu
jednocześnie Amber uznała ,że wszystko trwa za długo, wzięła zamach i kijem
podcięła świadka tak, że upadł na kolana, Ren widząc ten ruch, bez
zastanowienia zaczął rozpylać pianę z gaśnicy, a Onew wziął zamach i uderzył
prosto w znienawidzoną twarz mężczyzny, który chciał poślubić Lunę. Ksiądz
schował się, gdy tylko zrozumiał, że ta uroczystość zmienia charakter, goście
częściowo chyłkiem opuścili budynek, a częściowo dopingowali Pana młodego,
który teraz leżał z krwawiącym nosem. Chociaż Tiffany starała się opanować
sytuację, zamiast spokojniej, robiło się coraz większe zamieszanie. JongHyun
uciekał przed kobietą chcącą odzyskać kapelusz. Bliźniacy starali się
powstrzymać JinKi'ego przed zmasakrowaniem wroga, TaeMin kłaniał się w koło,
wyjaśniając, że oni tu przybyli z misją pokojową, czemu zaprzeczał Ren i Amber,
jedno wymachujące gaśnicą, a drugie kijem. Między ławkami JaeJoong, Max,
którzy przyjechali zaraz po wiadomości od Key'a, że są niezbędni i mają
przyjechać, jeśli zależy im chociaż trochę na swoich podopiecznych. Teraz obaj
opiekunowie pełni zapału tłukli się z „wrogiem” . Joon nadal wykrzykiwał hasła
zachęcające do boju oraz gorszył starsze panie widokiem swojej obnażonej klatki
piersiowej. Jeszcze jakiś czas trwała cała ta awantura aż stojąca do tej pory
jak kamień Luna osunęła się na podłogę, mdlejąc. To wystarczyło, by Onew
porzucił wszystkie działania. Podbiegł do dziewczyny, biorąc ją na ręce, po
czym ruszył do wyjścia. Reszta uznała to za znak do odwrotu i także zaczęła się
wycofywać. Byli już w połowie drogi, gdy od strony ołtarza rozległ się donośny
głos. Na ołtarzu stał JongHyun, z rozpostartymi na boki rękoma, nogą wysuniętą
nieco do przodu, lekko falując całym ciałem.
-
„Widzę anioła, nie powstrzymam łez, wypełniają mnie emocje, alleluja…
ALLELUJAaaaa” !!!!!! – śpiewał, wykonując dziwny taniec. Wszyscy zatrzymali się
zaskoczeni takimi wydarzeniami Było to tak dziwne, że większość nawet nie
wiedziała, co powinna pomyśleć. – „ Przepełnia mnie błogość, obdarowałeś
mnie uczuciem silniejszym od trwogi/ Dzięki Tobie, pieśni, które śpiewam,
uzyskują moc modlitwy. Sprawiasz, że śpiewam alleluja, śpiewam alleluja…” !!! –
Wył dalej, nie zwracając uwagi na podchodzącego coraz bliżej Maxa, który w
końcu przerzucił go sobie przez ramię i ponownie ruszył do wyjścia-
ALLELUJAaaaaa !!!!! – pijany muzyk nadal wył, ile sił w płucach.
-To
nie było nawet złe – mruknął Key do Minho, który trzymał chusteczkę przy
ustach, w które oberwał dość silny cios damską torebką – Słowa niezłe, bo ten
taniec to żenada. Totalna żenada. No widziałeś te jego biodra? Co to miało być.
Boli cię? – Nagle porzucił temat Jjonga – Dziękuję, bo oberwałeś przeze mnie.
Uratowałeś mnie.
-
Było się trzeba nie wykłócać z tą kobietą. Wcale cię nie ratowałem, tylko
chciałem cię odciągnąć od niej, a ona akurat wzięła zamach torbą. Ciekawe, czy
Luna ma cios tak silny, jak swoja mama. Jeśli tak, na miejscu Jinki'ego w
przyszłości bym nie chciał jej podpaść. – MinHo czuł, że usta ma spuchnięte –
Lodu potrzebuję.
-
Dam ci tyle lodu, ile zechcesz – KiBum uznał, że chłopak jednak go celowo
uchronił od ciosu i tylko nie chce się przyznać. W końcu nie byli sami, by
czynić sobie jakieś wyznania. Chciał powiedzieć coś wzniosłego, ale w tej
chwili oberwał i to dość mocno. Nikt go tym razem nie uchronił, gdy pod żebro
wbiła mu się dłoń ze sporym krzyżem wydartym właśnie z dłoni JongHyuna. To
JaeJoong odebrał swojemu podopiecznemu jego zdobycz. Niestety pijany chłopak
dość mocno trzymał łup i Hero musiał użyć siły, co sprawiło, że z rozpędu
trafił KiBum'a.
-Wybacz
– kiwnął głową- Odniosę to z powrotem. Nie jesteśmy złodziejami, prawda?
***
Henry
szybko załatwił swoje sprawy i teraz siedział z Dragonem na kanapie,
zastanawiając się nad, tym gdzie podziała się reszta zespołu. Żaden nie
odbierał telefonu, ani nie raczył zostawić jakiejś wiadomości. Obaj wzięli
sobie po puszcze rybek i bułce, by wzmocnić siły przed czekającą ich pracą. W
końcu mieli wymyślać te jakieś układy taneczne. Wiedzieli, że nie będzie to
dziś, ale siły należało zbierać. Nagle na ekranie telewizora zobaczyli swojego
lidera tańczącego w kościele. Zaraz potem pojawiły się fragmenty z jakiejś
afery. Mignął im Max i JaeJoong. Key uśmiechnął się do kamery, jakby nie brał
udziału w całej sprawie, a pozował, zaraz potem mignęło im parę osób z agencji
oraz dużo obcych, których nigdy nie widzieli.
-Teee,
Henry. Ty to widzisz? Oni imprezują bez nas. – Dragon pochylił się do przodu –
Co ten facet mówił?
-Kamerzysta
wynajęty na uroczystość ślubną jakiegoś potentata udostępnił materiały nagrane
przed kilkunastoma minutami z awantury, jaka wybuchła podczas uroczystości.
Podobno grupa nieznanych bandytów wtargnęła do kościoła i porwała pannę młoda,
uniemożliwiając zawarcie ślubu.
-Bandyci?
No ta kobieta w czerwonej sukni na taką mi wyglądała.
-Myślę,
że bandyci to nasi koledzy oraz pracownicy tej .. tej agencji. To oni są
bandytami. Gdzie oni są teraz?
-
W ciupie. Jak nic ich zamknęli. Teraz zostaliśmy tylko ty i ja. Ja biorę
sypialnię Jjonga. Key ma za czysto.
-
Co ty gadasz? W jakiej ciupie? Nie mówili o aresztowaniach. – Henry przejął się
sytuacją i kolejny raz zaczął wydzwaniać do kolegów, którzy w tym czasie
siedzieli w salonie agencji, opatrując rany i starając się uzgodnić zeznania,
jakich będą musieli udzielić władzom.
Najważniejsze
było to, by lekarz zrobił badania Lunie na wykrycie narkotyków, którymi została
najpewniej nafaszerowana. Dobrze, że kuzyn dziewczyny zapowiedział, że w razie
potrzeby będzie zeznawał przeciwko rodzinie, która według niego przekroczyła
pewne granice. TaeMin siedział z telefonem obok zalegającego na kanapie
JongHyun'a i nagrywał muzyka, który śpiewał coś nadal, co chwile rzucając
głośniejszym „Halleluja”. Młody chłopak czuł rodzący się przebój i chciał
utrwalić tę doniosłą chwilę. Tiffany upewniwszy się, że całe towarzystwo jest
już w miarę spokojne, zabrała Lunę i Onew do szpitala, bo oboje potrzebowali
pomocy chociaż w innych sprawach. Chłopak miał podbite oko, nos mu krwawił i
chyba wybił sobie bark, a dziewczyna nadal nie była do końca sobą. Otępiała nie
przyswajała w zasadzie nic, co próbowali jej przekazać. Na szczęście lekarze
zajęli się obojgiem, szybko zapewniając, że nie ma u żadnego z nich poważnego
zagrożenia dla życia. Jedynym problemem było to, że Onew nie chciał zostawić
Luny samej i nie pozwolił się opatrzyć tak długo, aż nie obiecano mu, że będzie
mógł zostać przy dziewczynie i że nikt ze szpitala go nie wyrzuci.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak wiem, minęło bardzo, BARDZO dużo czasu od ostatniego wpisu, przepraszam, ale miałam sporo problemów i jakoś moja wena zniknęła. Zrobiła takie Puff i jej nie było :( Nie będę się rozwodzić na temat, jakiego rodzaju były moje problemy, bo jest to niepotrzebne.
Mam nadzieje, że jednak ktoś czekał, aż pojawi się kolejny rozdział ^^ Nadzieje warto mieć, prawda?
Jeszcze raz bardzo mocno przepraszam za taką długą przerwę!!! / Delilah
Łaahahahaa łihihihiii~
OdpowiedzUsuńWow.. wróciłaś :')
OdpowiedzUsuńA już myślałam, że przestałaś pisać :<
Myślałam czasami o Twoim blogu zastanawiając się kiedy będzie kolejny wpis, wiesz? :D
Tak się cieszę, że jesteś!!!!!
Rozdział jest supi! A ta akcja w kościele wymiata kkkkkk
Czekam na kolejne części! :D
http://cnbluestory.blogspot.com/
To naprawdę miłe ^^ myślałam że już nikt nie pamięta o moim blogu. W końcu nie było mnie bardzo długo :(
UsuńTeraz biorę się za pisanie i niedługo wstawiam kolejny rozdział. ^^;;;