Zlecenie Trzynaste
Poprzedni dzień minął wszystkim dość
spokojnie i już bez większych sensacji. Owszem, Fox do samego wieczora chodził
i na zmianę wpadał w depresję, pytając wszystkich wkoło, czy dobrze postąpił,
lub ogarniała go duma z tego co zrobił. Całe towarzystwo, które było po kilku
chwilach już dość dobrze zorientowane w ogółach sprawy, starało się go wspierać
i zapewniać, że wszystko jest w najlepszym porządku. Drugiego dnia Max i Hero
wpadli na pomysł, w jaki mogą zająć wszystkich oraz uatrakcyjnić wyjazd. Po
omówieniu szczegółów, pierwszy z nich zajął się walką z drukarką, by wydrukować
mapki okolicy dla wszystkich, a JaeJoong ruszył z plecakiem w stronę lasu,
gdzie miał zamiar schować niewielką paczuszkę. Tuż po śniadaniu, które tym
razem zgłosili się przygotować TaeMin i Dragon, a na które składały się wyjęte
z lodówki oraz szafek różne produkty w myśl zasady „niech każdy bierze, co
chce”, wszyscy zebrali się w salonie.
- W lesie jest schowany skarb, a waszym
zadaniem dziś będzie go odszukać. Ja nie biorę udziału, bo znalazłbym od razu,
skoro sam chowałem. – JaeJoong spojrzał po wszystkich.
-Pewny jesteś, że drugi raz trafiłbyś w to
samo miejsce, hyung? – to Joon prychnął pod nosem, lecz dostatecznie głośno, by
inni usłyszeli.
- Raczej tak, znaczy, oczywiście, że tak.
Co mi insynuujesz? Mniejsza. – machnął dłonią. – przygotowałem losy i teraz
utworzymy z was pary, w których wyruszycie w las. Będziecie wychodzić w
odstępach dziesięciominutowych, żeby nie było, że pójdziecie grupą.
-Ale w takim razie, ci co wyjdą pierwsi,
będą mieli przewagę. – gryząc marchewkę, stwierdziła Luna, a KiBum skrzywił
się, patrząc na znienawidzone warzywo. – Prawie godzinną, dodam.
-Nie ma się co martwić, gdyż pomyślałem i
o tym. Każda para będzie musiała po drodze zabrać informacje , znaczy koperty,
które oznaczyłem cyframi od 1 do 6. Ukrycia zaznaczone są na mapie i … no jest
w przeciwnym kierunku. Znaczy się…
-Czyli każdy zanim zacznie szukać
„skarbu”, musi znaleźć odpowiednią kopertę, co zajmie mu trochę czasu? – Luna
dodała usłużnie.
-Dokładnie. Ostatnia para ma ukrytą
kopertę najbliżej, by czas się wyrównał. Może ktoś pomyśli, by oszukać i
najpierw szukać skarbu, ale tu…niespodzianka. Jestem przebiegły, jak rosyjski
agent. – Hero zaśmiał się. – Tu dostaniecie mapki, by odszukać koperty, a
dopiero w kopertach są mapki do celu. Jestem przebiegły, przyznacie. A teraz
zacznijmy losowanie. -sięgnął po pudełko, w które wcześniej powrzucał karteczki
z imionami. – Kogo my tu mamy? Puff…. No to teraz osoba towarzysząca dla pięknej
pani….. Jinki! – odłożył oba losy na bok, znów sięgając do pudełka – Kolejna
szczęśliwa para to…. Dragon oraz….Joon… i Dalej…. Henry będzie z….z…. MinHo -
tu dało się słyszeć ciche prychnięcie, lecz gdy spojrzeli na Foxa, ten z
wielkim zaangażowaniem oglądał swoje dłonie. – Co to ja chciałem??? A, kolejna
para. A więc…. Max pójdzie w las z … Luną. JongHyun i …. Nasze słoneczko TaeMin
razem poszukają skarbu. Zostali…
-Chwila. – Onew zamachał dłonią. – Ja ..
może …. Bez urazy, ale może ja się zamienię.
-Dlaczego? Nie lubisz Puff?
-Nie o to chodzi. Tylko, że … Ci dwaj nie
są w najlepszych stosunkach. – Jinki postawił na szczerość. – Wszyscy wiedzą,
jak na siebie działają i pamiętamy chyba, co było w pociągu.
-Faktycznie. – JaeJoong podrapał się po
głowie. – Może racja.
-Ale myślicie, że go zabiję po drodze i
zakopie w lesie? - Jjong przyjął postawę, jakby miał się zaraz z kimś
bić. – Serio, macie mnie za takiego dupka?.... Co tak milczycie do
cholery? Nie zjem go, ani nie zabiję. Opamiętajcie się.
-Nie trzeba się zamieniać. To my
zdobędziemy skarb. – zawołał Tae i stanął koło swojego partnera w
poszukiwaniach. – Pokażemy im, prawda?
-Taaa… pokażemy. – do chłopaka
dotarło, że stawiając się innym i odrzucając wszelkie zarzuty co do tego, jak
traktuje dzieciaka, sprawiły, że będzie miał szczeniaka cały dzień na głowie. A
mógł siedzieć cicho, nikogo by i tak nie zdziwiło, że wolał by iść z kimś
innym. Westchnął, odgarniając grzywkę do tyłu.
-Chcesz spineczkę? – Cichy głosik TaeMina
był radosny.
-Ty idź się spakuj na tę wyprawę. –
warknął - Zabierz mi coś słodkiego i pamiętaj, że to ja jestem szefem.
-Tak, więc panie i panowie, została
ostatnia para czyli Fox i Tiffany. Ja, jak powiedziałem, nie biorę
udziału, ale w zamian przygotuję coś dobrego do jedzenia dla wszystkich. Po tym
dość oryginalnym śniadaniu przyda się potem coś solidnego, a ja kupiłem dużo
mięsa…. Ubierzcie się ciepło, spakujcie sobie picie, kanapki, czy co kto
chce. Pierwsza para rusza za 10 minut, a będą to …. Dragon i Joon. No dalej, dalej,
chłopaki …
Odczekawszy kolejne minuty, MinHo zarzucił na ramię plecak i stanął koło drzwi,
czekając na swojego towarzysza, który musiał jeszcze skorzystać z toalety. W
końcu mogli wyjść i ruszyć na poszukiwania. Pogoda była ładna, a pomiędzy drzewami
przedzierały się promienie jesiennego słońca.
-Nie jest ci za ciepło? – zwrócił się w
stronę Henrego, który naciągnął kaptur na oczy i dodatkowo owinął się
szalikiem.
-Yyyyyy...
-Nie jesteś zbyt rozmowny…. Hmmm, w
przeciwieństwie do waszego basisty. On gada cały czas.
-Achaaaaa – spod szalika wydobył się
pomruk.
-Słyszałem, że ty podobno jesteś
najspokojniejszy w zespole i chyba to racja. Myślisz, że znajdziemy skarb?
Chciałbym, chociaż to tylko zabawa. – MinHo postanowił oswoić chłopaka, którego
prawie nie znał. – Dawno nie byłem w lesie. Ogólnie nigdzie nie bywałem poza
pracą i uczelnią. Cudownie jest pooddychać świeżym powietrzem. Nie chciałem
jechać na początku, ale teraz nie żałuję. Nawet jestem wdzięczny temu lisowi,
że tak mi truł głowę i nalegał. Powinienem mu chyba podziękować. Ech… patrz jak
pięknie. – wskazał widok, bo stali na niewielkim wzniesieniu. – Jesień…. Wielu
jej nie lubi i nie dostrzega jej piękna. Tyle barw, tyle kolorów. Z każdą
godziną, każdym podmuchem wiatru obraz się zmienia i można go podziwiać od
nowa.
-Coś ty taki radosny? Aaaaaaa, o Boże
zabierz to !!! – Pierwsze słowa ledwie wydobyły się spod szalika, za to krzyki
zabrzmiały już wyraźnie. Chłopak miotał się w dzikim tańcu, wymachując dłońmi i
zdzierając z siebie części garderoby. W stronę MinHo poleciały kolejno szalik,
czapka z daszkiem, ocieplana kamizelka oraz bluza.
-Co się dzieje!?! Poczekaj i przestań się
rzucać !!!
-Pająk… wielki pająk mi wlazł!!!
-KiBum ? – MinHo przyglądał się
towarzyszowi zaskoczony. – Co ty tu robisz?
-Pająk…. – zatrzymał się w końcu. – Ja….
To znaczy…. Nic po mnie nie łazi?
-Nic nie łazi, ale może byś mi wyjaśnił,
co tu robisz i gdzie jest Henry?
-To taka zabawna historia… - zabrał i
wytrzepał bluzę, po czym założył ją ponownie. – Henry miał rozwolnienie i tak
bardzo mnie prosił… tak bardzo… błagał wręcz, żebym się z nim zamienił… Ja
miałem iść z nooną na końcu… On tak prosił i prosił…
-Prosił?
-O tak.. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Ja
nie chciałem. Mówiłem, że tak nie można i że kategorycznie się nie zgadzam, no
ale on…
-Prosił?
-Dokładnie. Na kolanach mnie błagał.
-I dlatego też ubrałeś jego ciuchy, by
nikt Cię nie poznał? Gdzie go zamknąłeś?
-Ja… - Fox zagryzł wargi. – No widzisz, na
to nie mam wytłumaczenia…. W szafie. – uśmiechnął się przepraszająco. – Ale on
tak prosił.
-Za daleko odeszliśmy i nie chce mi się
wracać, ale …
-Nie złość się, proszę. Ja nie dlatego,
żeby iśc z Tobą. No owszem, trochę tak, ale nie tylko. Jak się szykowałem,
przyszła Tiffany z taką zawziętą miną. Powiedziała, że mam spiąć dupę….
Rozumiesz? SPIĄĆ DUPĘ…. I że jeśli nie wygramy, to ona mi zrobi jesień
średniowiecza z tyłka, a ja nie bardzo chcę, by ona mi coś robiła w tamtych
okolicach. Miała taki morderczy wzrok. Ja się przestraszyłem. Widziałeś?
Przecież ona zrobiła sobie te… no jak to się nazywa…. Czarne na policzkach… o
…. Barwy wojenne. „Wygramy albo zginiemy!” wołała, a ja tam ginąć nie chcę.
-Ubierz się, a ja zadzwonię i powiem,
gdzie siedzi ten biedny chłopak.
-Nie musisz. On siedzi tam z własnej woli
do czasu, aż przyjdzie ich kolej. Wtedy nie będzie wyboru i Hyung puści go ze
straszną nooną. On się zgodził.
-Ile mu zapłaciłeś?
-Co…. Chciałem dużo, ale On zgodził się
sam. Powiedział, że mu obojętnie. – KiBum wziął czapkę, po czym ponownie z
całej siły cisnął nią w MinHo.
-Oszalałeś?
-Pająk…. W niej jest pająk!
-Zabieraj to!
-No ale pająk!
-Co mnie to obchodzi?
-No zrób coś!
-Sam sobie zrób!
-Boję się!
-A ja nie lubię. – czapka przelatywała od
jednego do drugiego, budząc w obu chłopakach obrzydzenie. W końcu upadła na
ziemię, a oni zaobserwowali jak wychodzi z niej niewielki pajączek. – Więc…..
-Czy ty się też boisz….
-Milcz. Bierz ją i nie mówmy o tym więcej.
-Nie mówmy. Nie wypada przecież…
Heeeehmmmmm. To gdzie teraz? W którą stronę?
-Południe… Tam. – Minho wskazał palcem
nieco w prawo. – A w termosie mam kawę… – dodał, chcąc zatrzeć wspomnienie
sprzed kilku sekund.
Inna para
poszukiwaczy siedziała nieco rozleniwiona na zwalonym pniu, delektując się
czekoladą z orzechami, którą Puff połamała na równe kostki.
-Pamiętam, jak chłopcy pewnego lata
wymyślili wyjazd nad jezioro… - odezwała się dziewczyna. – To chyba było rok
albo dwa lata po debiucie. Miał być lasy, woda, słońce, ryby, kajaki i RAKI.
Właśnie, raki...Zastanawiam się teraz, który to wymyślił, Joon czy Dragon.
Zresztą, to nie miało znaczenia, faktem było, że wszyscy chwycili pomysł. –
wsadziła kolejną kostkę czekolady do ust. – A może Cię nudzę…. Tak mi się
przypomniało.
-Nie nudzisz. Chętnie posłucham. Tak mi
się wydaje, że zespół i nasza skromna agencjowa grupka jeszcze będzie spędzać
ze sobą czas, więc miło będzie poznać innych lepiej.
-Tak więc, pomysł padł i chociaż był
dopiero marzec, wszyscy od razu zaczęli spisywać, co też powinniśmy zabrać na
te planowane kilka dni. Zabawa była na całego. – zaśmiała się na wspomnienie. -
Każdemu się wydawało, że on najlepiej się na tym zna, chociaż nie wiem, który z
nich kiedykolwiek był na jakimś biwaku. Poprzywozili od rodzin namioty i cały
dzień rozstawiali je pod blokiem, żeby sprawdzić czy są całe.. Test przeszło
też z 14 materacy.
-Grunt to dobre przygotowanie. – Jinki
wyjął sok. Napił się i podał dziewczynie. Żadne z nich nie miało ambicji, by
latać po lesie w poszukiwaniu czegoś, co zapewne nie miało i tak większej
wartości. Jeśli było pisane im to znaleźć, to liczyli na to, że skarb sam ich
odszuka.
-Zwłaszcza, że planowali coś na wariat,a
nie wiedząc, czy będą mieli chociaż kilka dni wolnego. Ale przygotowania
trwały. Jeden z materacy miał dziurę taką ... jakby ktoś kosiarką po niej
przejechał i Jjong robił dochodzenie, kto zniszczył podobno jego ukochany
materac, na którym on, jeszcze jako słodki kilkulatek, pływał po stawie u
babci. Okazało się, że któryś z chłopaków, już nie pamiętam, który nadmuchał go
i spał na nim kilka nocy, bo wtedy jakoś zmieniali mieszkania i nie byli jeszcze
umeblowani. – Puff z rozczarowaniem pomacała papierek, stwierdzając, że
czekolada się skończyła- I tu rodzi się kolejna opowieść. Dragon uczył rzucać
Henrego, chyba nożem do celu. Materac nie był celem, ale to właśnie on oberwał.
Panowie go zwinęli, schowali i słowem się nie przyznali…. Albo jak się
uśmialiśmy, gdy już nie pamiętam kto, spytał zaspanego KiBuma, czy umie grać w
siatkówkę, on potwierdził, a na kolejne pytanie, czy z nimi po południu zagra
odparł, że owszem, ale na bramce. Wszyscy się śmiali, a biedny lisek nie
wiedział, o co chodzi. Spał jedynie trzy godziny i wyglądał jak zombie…. Po co
ja to mówię, nie ma w tym głębszego sensu ani morału.
-Nie wszystko musi być szczególnie ważne.
Czasami, ot tak w naszej pamięci pojawiają się jakieś wspomnienia i fajnie jest
ujawnić je. – Onew uśmiechnął się. – Chyba sporo przeszliście razem.
-Oj, sporo. Można by książkę w kilku
tomach napisać. A teraz martwi mnie to, co się dzieje. Nie sądziłam, że jest aż
tak źle. Dopiero jak wróciłam, dowiedziałam się wszystkiego.
-Dobrze ich wszystkich znasz?
-Dość. Wiele wiem o każdym, ale równie
dużo jest dla mnie tajemnicą. Key to chyba największa zagadka dla mnie.
JongHyun nie jest jak otwarta księga, ale jak się pokombinuje, to można sporo
przeczytać między wersami. Joon … on jest niby ok, ale jeśli chodzi o rodzinę,
nigdy nie chciał nic powiedzieć. Ot, ogólniki i tyle. Najbardziej prostolinijny
i bezproblemowy jest chyba Henry. Raczej nie wpada w kłopoty, nie takie, z
którymi trudno sobie poradzić.
-A Dragon?
-Można powiedzieć, że też jest
bezproblemowy. To znaczy, on czasami ma problemy, ale mówi o tym bez owijania w
bawełnę. Oznajmia, że idzie się upić, bo ma potrzebę, i to robi. Jak kogoś nie
lubi, to mu to powie prosto w twarz i tak ma ze wszystkim. Wychodzi z
założenia, że szkoda życia na niedomówienia i sekrety.
-Ja też zdradzę ci teraz jeden sekret…
Zbierajmy się, bo słońce świeci, ale jakoś niepokoją mnie te ciemne chmury nad
horyzontem. Chyba wolałbym być bliżej domu, jeśli zacznie padać. - zebrał swoje
rzeczy i oboje ruszyli wolno w powrotną drogę, nadal mając w pogardzie szukanie
skarbów.
- Czy musisz robić zdjęcia każdemu
drzewku, grzybkowi i kępce mchu? – JongHyun stał, patrząc, jak Tae kuca koło
jakiegoś muchomorka. - W takim tempie nie znajdziemy nawet tej pierwszej
koperty.
-Już, już idę. No ale zobacz, jaki ładny
grzybek. – podsunął telefon pod oczy Jjonga.
-Niestety nie widzę.
-No to popatrz.
-Telefon widzę, ślepy nie jestem, ale
zdjęcia nie. Czarno jest.
-Co?
-Albo wyłączyłeś, albo ci się telefonik
rozładował. Jeśli to drugie, to chociaż skończą się postoje na zrobienie zdjęć.
-Rozładował się…. – TaeMIn
niepocieszony schował telefon do kieszeni i nadął lekko policzki. Zanim
wyruszyli, miał w głowie gotowy plan, by porozmawiać z muzykiem, wyciągnąć od
niego jakieś zwierzenia. Chciał poznać inną stronę chłopaka i dowiedzieć się,
co tak naprawdę się stało w jego życiu, że był gburowaty oraz niemiły dla
innych. Niestety, zaraz jak weszli w las, wszystkie myśli wyleciały z głowy
Minnie. Nie pamiętał, kiedy był w lesie. Chyba jakoś w dzieciństwie, czyli
bardzo dawno temu. Zapomniał o zapachach, dźwiękach, których mógł teraz
doświadczać. W pierwszych minutach rozbolały go płuca przez głębokie wdechy,
jakie robił. Zachwycał się każdą gałązką, wiewiórką, ptaszkiem. Widział, że
jego towarzysz też chyba cieszy się tym spacerem, chociaż starał nie okazywać
żadnych emocji. Ale to przecież Jjong wyjął z plecaka kawałek wafelka, po czym
pokazał, że jeśli się przykucnie i będzie trwać w bezruchu, to wiewiórka
podejdzie bardzo blisko skuszona smakołykiem. Teraz szli, czując, jak pod ich
ciężarem buty lekko zapadają się w mchu oraz liściach. Milczeli kilka minut aż
w końcu JongHyun zaczął rozmowę. Zadawał lekko wymuszone pytania. Wolał
rozmawiać niż zostawić Tae możliwość obmyślania jakiś kolejnych fantastycznych
planów. Z początku nawet nie bardzo słuchał odpowiedzi, ale w końcu zaczęły
docierać do jego umysłu strzępki wypowiedzi. Tae opowiadał o przesłuchaniu, o
tym jak bardzo chciał dobrze wypaść, jak się stresował, jak bardzo przerazili
go ludzie wpatrzeni w niego.
-Zawiodłem siebie. Rozczarowałem. Byłem
przekonany, że dam radę, a jednak…. A potem Jinki się przejął. Ale może miało
tak być. Ja zawsze mówiłem, że są rzeczy, które dzieją się z jakiegoś powodu. Gdybym
przeszedł, nie zaprzyjaźniłbym się może tak bardzo z hyungiem.
-A ja nie musiałbym cię znosić.
-Musiałbyś. – uśmiechnął się szeroko,
ściszając głos. – Takie było przeznaczenie.
- Pieprzenie. Jakie przeznaczenie? Nie
wierzę w żądne takie bzdury. Los zapisany w gwiazdach, nie uciekniemy od tego,
co nam pisane … śmiechu warte.
-Możesz nie wierzyć. Ja będę wierzył za
siebie i za ciebie.
-Za mnie nic nie musisz robić. – zatrzymał
się i rozglądał przez chwilę. Podczas poprzednich wyjazdów nigdy nie chodził na
zbyt dalekie spacery, a co za tym idzie, nie znał okolicy. Mapa, która zapewne
dobrze by się sprawdzała w mieście, tu w lesie była zwykłym świstkiem papieru.
JongHyun nigdy nie był skautem, więc zastanawiał się, czy jego orientacja w
terenie jest wystarczająco dobra.
-Szliśmy na północ, prawda?
-Skoro tak mówisz, to pewnie tak .
-No chyba się orientujesz w kierunkach?
-Owszem, ale w takich małych. Kierunek
kuchnia, kierunek ubikacja, sypialnia, sklep z ciastkami. Poza tym to ja gubię
się w nawet małych centrach handlowych czy parkach. A czy my się zgubiliśmy? –
TaeMin lekko się zaniepokoił. Lubił wiedzieć, gdzie jest i mieć pewność, że
zdoła dojść do domu. – Wiesz, gdzie jesteśmy, prawda?
-Wydaje mi się, że wiem. Nieco chyba
zboczyliśmy, ale możemy się cofnąć tą samą drogą. Słońce było chyba z tej
strony… - chłopak nie był zbyt pewny siebie.
- Jakiś czas temu było z przodu, bo tak
ładnie miałeś je nad głową czasami, gdy pojawiło się między drzewami. Szedłem
za tobą i żałowałem, że nie mogę zrobić zdjęcia. Byłoby ładne…. – ściszył głos
– Wiesz, jak wrócić?
-Spokojnie, to nie jest jakiś wielki las…
i mam telefon – zaczął szukać po kieszeniach coraz bardziej nerwowo – Gdzie on
jest? Potrzymaj to. – podał Tae odtwarzacz MP4, paczkę chusteczek oraz torebkę
cukierków – przecież zabierałem….
-A zabierałeś MP4?
-Nie… po co mi…. telefon brałem….. –
opuścił ręce, właśnie uświadamiając sobie, co się stało – no to jesteśmy w
dupie. Znaczy, spokojnie. Nie odeszliśmy jakoś daleko. – dodał szybko, widząc
niepokój w oczach drugiego chłopaka.
-Obiecujesz?
-Co? Do cholery, przecież też mogłeś
pilnować drogi. Nie będę nic obiecywać. Idziemy do domu. – ruszył według niego
tą samą drogą, którą przyszli. Niestety już po kilku minutach okazało się, że
kierunek nie był ten sam. Żaden nie pamiętał wielkich świerków, przed którymi
właśnie stali. Rosły tak gęsto, iż musieli nadrobić sporo drogi by je obejść.
Na dodatek chmury zasnuły niebo tak, że nie wiedzieli, gdzie jest słońce.
Zaczął wiać wiatr i zrobiło się nieprzyjemnie. Szli kolejne minuty, każdy
zatopiony we własnych myślach, gdy zaczęło padać. Nawet nie zwrócili uwagi, że
zrobiło się znacznie ciemniej, chociaż godzina nie była jeszcze aż tak późna.
-Byliśmy już tutaj. – zawołał TaeMin,
zatrzymując się przy dwóch zwalonych pniach leżących jeden na drugim.
- Nie, myślisz że mało takich w lesie?
Jesteśmy już blisko domu, czuję to.
-A ja ci mówię, że tu byliśmy. Jakieś pół
godziny temu. Chodzimy w koło.
-Niemożliwe. Idziemy dalej. Nie zatrzymuj
się, bo całkiem zmokniemy. – Ruszył pewnie przed siebie aż do chwili, gdy po
kilkudziesięciu minutach znów znaleźli się przy zwalonych pniach. Teraz i on już
był przekonany, że chodzą wkoło. Stał i zastanawiał się, w którą stronę teraz
iść, gdy usłyszeli dziwny hałas.
-Burza... - Minnie powiedział cicho.
-Jaka burza. Jesienią? Niemożliwe. –
kolejny grzmot zabrzmiał jeszcze głośniej i nie dało się go pomylić.
-Burza…
-No i co z tego? Zagrzmi kilka razy i
będzie po wszystkim. To jakaś anomalia…. Anomalia jak śliskie leginsy na
KiBumie. Zresztą, zaraz będziemy w domu. Teraz pójdziemy tędy. – wskazał w
prawo.
-Ja…
-Co ty? Idziemy. – Ruszyli znów przed
siebie. Niestety widoczność stawała się coraz gorsza, obaj też odczuwali
zmęczenie i zimno. Deszcz, chociaż niezbyt mocno, padał cały czas, mocząc ich
ubrania coraz bardziej. Niemal godzinę błądzili między drzewami, gdy niebo
przecięła błyskawica, a okolicą wstrząsnął grzmot. Obaj myśleli, że dwa
wcześniejsze uderzenia były początkiem i końcem burzy, jednak ona postanowiła
ich zaskoczyć. Jjong poczuł, jak drobne dłonie wczepiają mu się w ramię.
Zatrzymał się gwałtownie.
-Czego? Kulturalnie pytam się „CZEGO”?
-Ja … ja się boję?
-Czego niby? Deszcz, las i nawet burza,
ale przecież to nie koniec świata. - chciał się uwolnić od rąk Tae. – Przestań
się wygłupiać i idźmy dalej. W końcu musimy wyjść z tego cholernego lasu.
-Chodzimy już tak długo… Jestem zmęczony..
boję się…
-Też jestem zmęczony, do cholery! Myślisz,
że łażę tu dla przyjemności?
-Ale ja…
-No co Ty? Pieprzony las. Nie dość, że
błądzę tu jak jakiś idiota, to jeszcze mam ciebie niańczyć? – sytuacja
przerosła go. Nie miał pojęcia, gdzie są i jak dojść do domu. Było mu zimno, a
na dodatek zaczęło boleć go kolano. Zawsze go bolało podczas deszczu od czasu,
gdy mając chyba siedem lat, spadł z drzewa i wylądował z nogą w gipsie. Był
wściekły, bo nie zabrał telefonu, zły na pogodę, zły na wszystko wkoło, a
najbardziej wściekał się na siebie za to, że nie potrafił odnaleźć drogi.
Niestety swoją frustrację wyładowywał na innych, w tym wypadku padło na Tae. –
Wszystko przez ciebie!!! Nie dość, że łazisz za mną cały czas w mieście, to
tutaj nie mogę odpocząć od Ciebie!!! Bawiłeś się telefonem i rozładowałeś go
przez jakieś idiotyczne zdjęcia. Pieprzony artysta fotograf!!! A teraz jeszcze
może mam magicznym sposobem przenieść nas do domu, bo szanowny pan się boi
burzy!!! No patrzcie państwo, zaraz zły piorun uderzy w ten przestraszony …. –
Nie zdążył dokończyć, bo TaeMin puścił go nagle i rzucił się biegiem miedzy
drzewa. Biegł na oślep, czując uderzenia gałązek na twarzy ,chcąc być jak
najdalej od tego wściekłego człowieka. Nie ubiegł daleko, gdy nagle ziemia
usunęła mu się spod nóg.
JongHyun wypuścił powietrze, widząc
oddalającego się chłopaka. Ruszył za nim, wymyślając w głowie od idiotów to
sobie, to tamtemu. Może faktycznie przesadził, ale to chyba nie powód, by
reagować tak emocjonalnie. Szedł szybko, widząc przed sobą coraz słabiej
majaczącą postać
-TaeMin!!! Tae, idioto, zatrzymaj się
!!! TaeMin !!! - nagle chłopak przed nim znikł, jakby zapadł się pod
ziemię. W jednej chwili jego jasna kurtka zniknęła z pola widzenia. – TaeMin???
Przyśpieszył zaniepokojony. Przecież
dzieciak nie mógł wyparować. Kolejny grzmot i błyskawica. W ostatniej chwili
cofnął nogę, jednocześnie przytrzymując się drzewa. Jeszcze sekunda, a runąłby
w dół, nad którym teraz stał. Zaklął pod nosem, po czym klęknął.
–Tae? TaeMin, jesteś tu?
-Jestem. – dobiegło z dołu – Jjong…
-No już, już. Zaraz cię wyciągnę. Nie jest
bardzo głęboko.
-Ale…
-Podaj ręce, to cię wyciągnę. Tu nie ma
nawet dwóch metrów.
-Ale ja..
-Zamknij się już i wyłaź, cholerny
dzieciaku. – Położył się na brzuchu tak, by mieć między nogami drzewko, za
którym splótł stopy. Miał nadzieje, że to wystarczy, by samemu nie zsunąć się
do dołu. – Musisz się podciągnąć !!! – chwile trwało, zanim obaj leżeli na
mokrej ziemi, dysząc. – No, udało się. Teraz się pozbieramy i idziemy dalej.
Mogę się założyć, że pozostali i tak już nas szukają. – Wstał, starając się
mankietem zetrzeć błoto z twarzy. Zrobił kilka kroków, po czym spojrzał za
siebie. Tae stał wsparty o drzewo.
-No idziemy.
-Ja nie mogę. Idź sam.
-Co to znaczy, że nie możesz? – podszedł
do chłopaka, złapał za rękę i pociągnął za sobą. Usłyszał głośne jęknięcie. –
Tae?
-A coś zrobiłem w nogę, jak spadłem. Nie
mogę iść. – Skulił się, gdy kolejny już raz błysnęło.
-Cholera. - Właśnie gdy błyskawica
rozjaśniła okolicę, zobaczył, że towarzyszący mu chłopak wygląda kiepsko. Twarz
miał brudną i skrzywioną od bólu. Dostrzegł coś jeszcze. Policzki Minnie były
mokre nie tylko od deszczu, ale i od łez. Wyglądał na przerażonego. Mięśnie
napięte niemal do granic możliwości. – Ty serio się boisz... – wyszeptał,
rozglądając się w koło. Wiedział, że burza w lesie nie jest bezpieczna, ale
przecież nie mieli wyjścia. Nie mogli się teleportować i zniknąć z tego
miejsca. Jjong wybrał miejsce kilka metrów dalej. Dość rozłożyste drzewo chyba
nie było za wysokie, więc może pioruny je ominą. Na barana przeniósł TaeMina,
który się nieco wzbraniał, ale kolejny grzmot sprawił, że stał się
potulny. Plecak rzucony na ziemię musiał starczyć za siedzenie dla
JongHyuna, który z kolei posadził sobie kontuzjowanego chłopakach na kolanach.
Chwilę się wahał, lecz w końcu przytulił go do siebie, bo tak obojgu było
cieplej. Czuł, jak TaeMin kuli się za każdym razem, gdy grzmiało.
TaeMin:
Tak bardzo się boję. Nie mogę tego opanować. Nawet kostka, którą chyba
skręciłem, jest niczym. Serce wali mi tak mocno, że chyba zaraz wyskoczy z
piersi. Zamykam oczy i wciskam twarz w mokrą kurtkę Jjonga. Jest
wściekły, wiem że jest zły… Myślałem, że zostawi mnie tu i sam pójdzie dalej.
Znów błyska !!! Zupełnie tak jak wtedy. On nie wie. Nie rozumie, dlaczego tak
się boję. Pewnie by mnie wyśmiał. Nikomu nie mówiłem. Wie tylko Jinki… I znów
ten grzmot. Czy jeszcze oddycham? Oddycham… Wtedy też padało… Siedziałem na
drzewie, gdy piorun uderzył w dom obok. Ogień i krzyki ludzi. Ja tylko spadłem
z drzewa. Nic mi nie było poza tym, że kilka dni gorzej widziałem i słyszałem.
Ale w tym domu…. Nie uratowali wszystkich. Te krzyki…. Niemal je słyszę. Z
każdą błyskawicą. Teraz…Znów…. Co? Co się dzieje??? Muzyka???? Oddycham…
TaeMin podniósł głowę spoglądając na
chłopak, który właśnie włożył mu słuchawki do uszu i puścił muzykę.
Kojące dźwięki zagłuszyły deszcz, grzmoty, wszystko. Oddech stawał się
spokojniejszy. JongHyun przytulił chłopaka mocniej do siebie, dłonią przesunął
po powiekach zmuszając Tae, by zamknął oczy, by słuchał tylko muzyki. Nieważne,
że większość piosenek była amatorskimi nagraniami samego Jjonga.
-Tutaj!!! Tutaj są!!! – głos rozległ się
nad nimi, prawie godzinę później, gdy burza już prawie ustała. – Pies ich
znalazł. – Henry dopadł dwójki skulonej pod drzewem, przy których już biegał
rozradowany Karp. – Jjong…Tae… żyjecie?
-Henry? Jak dobrze cię widzieć. I ciebie
piesku też. – lider FL chyba pierwszy raz tak się ucieszył na widok tego czworonoga.
Jeszcze bardziej ucieszył go widok przyjaciół z latarkami, którzy właśnie
zatrzymali się obok nich. Potrząsnął chłopakiem, którego trzymał na kolanach,
przez ułamek sekundy przeraził się, gdy ten nie zareagował, a jedynie
bezwładnie osunął się lekko do tyłu. Przeraziła go myśl, że Tae mógłby…umrzeć.
Absurdalna myśl, a jednak wstrząsnęła nim i trwała nawet w chwili, gdy Minnie
otworzył oczy, uśmiechając się do przybyłych. Zrobiło się małe zamieszanie. –
On ma skręconą nogę, nie może chodzić….
-W takim razie będziemy go nieść. –
JaeJoong wyjął z plecaka dwa koce. – Max weź jednego, a ja pomogę naszemu
gwiazdorowi. – złapał pod rękę Jjonga, gdy ten zachwiał się, wstając. Nogi
całkiem mu zdrętwiały od siedzenia w jednej pozycji. Teraz pozwolił się owinąć
kocem oraz bez protestów przyjął ramiona Hero i Dragona jako wsparcie.
Prawie się popłakał, gdy zaledwie po dziesięciu minutach znaleźli się w domu.
Świadomość, że cały czas byli tak blisko, załamała go.
-Pies was znalazł. Karp to chyba myśliwski
pies tropiący. – Dragon karmił zwierzę sporymi kawałkami mięsa. – Jedz, jedz…
To nagroda, bo dzielnie się spisałeś.
-To był nasz obiad na jutro. – KiBum
zawołał, jednocześnie zbierając mokre kurtki wszystkich, by rozwiesić je przy
kominku, w którym właśnie Max i Onew starali się napalić.
-To zjemy jajka. Mamy dużo jajek, a
przyznasz, że Karp to bohaterski pies.
-Może trochę, ale mogłeś go jedynie pogłaskać,
a nie od razu oddawać całe mięso. Luna, zrobisz wszystkim ciepłej herbaty? I
może tak zapobiegawczo jakieś tabletki na przeziębienie by się przydały?
Przemarzli bardzo i się obawiam o ich zdrowie.
-Zrobię, ale z tabletkami może poczekajmy,
aby faszerować ich chemią?
-Ale tabletki są na wszystko dobre. Znaczy
się….
-Dam im witaminy. – Dodała dla spokoju
Luna, idąc do kuchni.
Siedzieli wszyscy grzejąc się w
cieple ognia z kominka. Najedzeni, rozgrzani i spokojni zdawali relację ze
swojej wyprawy. Tiffany marudziła, że nie znalazła nagrody, a tak bardzo się
starała. Winiła za to KiBuma oraz Henrego i ich spisek. Wyjaśnienie zamiany,
jakiej dokonali, zajęło nieco czasu, którego podobno jej brakło, by zdobyć
skarb. W końcu jednak odpuściła, gdy Max posłał jej ciepłe spojrzenie, które
obiecywało znacznie więcej, niż jakaś leśna nagroda. Joon wyszedł na
chwilę do samochodu, bo przypomniał sobie, że zanim wyjechał z domu, odebrał
przesyłkę do zespołu, którą wcisnął do bagażnika. Teraz przyniósł spory,
chociaż nadzwyczaj lekki karton. Gdy paczka została rozpakowana, okazało
się, że to plakaty z najnowszej sesji, którą mieli robioną kilka dni przed
wyjazdem. Były tam plakaty całej grupy jak i pojedynczych członków w różnych
pozach. Rozwijali wolno kolejne rulony. Fox, gdy tylko zobaczył swój, wydał z
siebie dziki okrzyk, który przypominał ryk łosia na widok seksownej
łosiczki. Niemal wtulił twarz w papier.
-Łoooo !!! Jaki ja jestem wspaniały. Nie
sądziłem, że można być bardziej zajebistym niż byłem na wcześniejszych
posterach. – mówił rozgorączkowany, rozglądając się wkoło. - Muszę znaleźć mu
godne miejsce zaraz jak wrócimy do domu. Takie, żeby wszyscy go widzieli zaraz
po wejściu.
-Na drzwiach wejściowych sobie go powieś.
– stwierdził Jjong. - Od zewnętrznej strony. Odstraszy wszelkie zło, jakie
chciałoby się do nas dostać.
KiBum spojrzał na przyjaciela wzrokiem,
który jeśli by nie zabił, to co najmniej powinien wbić go po pas w ziemię.
Zmarszczył przy tym brwi tak, że te zeszły mu się niemal w jedną linię.
-Jesteś gbur i pawian. Nie doceniasz
prawdziwej sztuki, prawdziwego piękna - mówił natchnionym głosem, tuląc plakat
do piersi. – Kpisz z prawdziwego bycia reprezentacyjnym, bo ty nigdy taki nie
będziesz! Phi. - unosząc dumnie głowę, udał się na obchód domku, by znaleźć
tymczasowe miejsce na plakat, przykładając swoją podobizną co chwilę w różne
miejsca na ścianach.
-Albo na lodówce !!! - zawołał Dragon -
Skutecznie odstraszy wszystkich żarłoków i będzie więcej dla mnie.
Znaczy….zaoszczędzimy na jedzeniu.
-I ty przeciwko mnie? - Fox spojrzał na
przyjaciela, zastanawiając się, czy nie powinien zmienić dotychczasowego
miejsca, jakie zajmował na scenie na jakieś dalsze od tych ignorantów
Doszedł jednak od razu do wniosku, że koledzy zaproponowaliby, aby stanął poza
sceną.. Prychnął tylko, opluwając, oczywiście całkiem niechcący, plakat Lidera,
po czym ruszył ku schodom, by podrzucić rulon do bagażu pewnej osoby. Taki
plakacik to dobry prezent dla pewnego pracownika baru. Zafascynowani przesyłką
i ocenianiem, kto wyszedł dobrze, a kto źle, nie zwrócili uwagi na to, że
TaeMin zaczął pokasływać co jakiś czas, ani na to, że mimo iż siedział pod
trzema kocami, lekko dygotał.
-Ale co było nagrodą? Skoro jej nie mamy,
to chociaż niech się dowiemy, co to było. – KiBum, który wrócił z piętra,
zawołał, stawiając jednocześnie wielką miskę ryżu z mięsem i warzywami na
stole.
-O ,jednak miałeś jeszcze mięso – Dragon
rzucił z wyrzutem.
-Owszem, miałem, co nie zmienia faktu, że
pies zjadł nasz jutrzejszy obiad. No, hyung, co schowałeś w lesie? – Spojrzał
na JaeJoonga.
-Tak więc, moi mili …. – przerwał, bo w
tej chwili Dragon wyjął z kieszeni bluzy paczuszkę, którą razem z Joonem
znaleźli w dziupli wielkiego dębu.
-Całkiem zapomniałem, że myśmy to znaleźli
– wyjaśnił przepraszająco, ale z nutą dumy.
W zwojach papieru oraz folii ukryta była
płyta hyungów, gdy jeszcze występowali. Dodatkiem była złożona na pół fioletowa
kartka z cytatem, który JaeJoong ślicznie wykaligrafował, stwierdzając, że
właśnie uczestniczy w rodzeniu się wspaniałej przyjaźni całej grupy.
„Przyjaźń nie jest czymś spontanicznym,
automatycznym, jest natomiast owocem obopólnej zgody, decyzji,
życiowej postawy, otwartości. Nie staje się, ani nie
pozostaje przyjaciółmi przez przypadek. Prawdziwa harmonia jest najpiękniejszym
darem, wierności prawdzie, uczciwości, sprawiedliwości; jest zawsze
zaskoczeniem i zadziwieniem. Tak jak światło gwiazd nie pojawia się jedynie
wtedy, kiedy się je dostrzega, i nie znika, gdy zostało dostrzeżone. „
DALMAZIO MANGILLO
-Hmmmmm No niemal się wzruszyłem. -
Joon również obejrzał kartkę. – A gdzie karta kredytowa z kontem bez
limitów?
-Ty pazerny ignorancie.
- Nie pazerny, tylko skarb powinien mieć
jakąś wartość. – Zaśmiał się. – Chociaż, proszę się podpisać na płycie, to ją
sprzedam na jakiejś aukcji.
-Jak śmiesz? – Hero rzucił poduszką w
chłopaka. – Masz jej słuchać każdego dnia i wielbić nasze cudowne głosy oraz
wspaniałość, jakiej wy nie osiągniecie nigdy.
-Wolałbym czcić konkretną kasę.
-Ej…. Tae…. – Puff pierwsza spostrzegła,
że coś jest nie tak, Przyłożyła dłoń do czoła chłopaka, by stwierdzić, że jest
bardzo ciepłe. – Ma wysoką gorączkę. Teraz bez lekarstw się nie obędzie.
-Tabletki…tabletki… - Wymamrotał z
szatańskim uśmieszkiem KiBum – hahaha tabletki….
-Zmarzliśmy solidnie, ja też nie najlepiej
się czuję, ale to chyba normalne – Jjong wyznał z kąta kanapy. Nie wiedział, że
godzinę później wyląduje z Tae w jednym pokoju, który wcześniej zajmowały
dziewczyny. Zostali tam położeni do łóżek, okryci i nakarmieni jakimiś iście
złowrogimi prochami podanymi przez Foxa, który czuł się niemal jak mag albo
alchemik.. Mieli nie opuszczać pomieszczenia, by nie zarazić innych. Jjong
nawet chciał zaprotestować, ale zrezygnował zaraz po tym, jak Onew w skrócie
opowiedział wszystkim o lęku Tae przed burzą. Oczywiście dostał na to
pozwolenie. Leżeli jakiś czas w cieple, nasłuchując cichych rozmów
dobiegających z dołu. Jjong pomyślał że to będzie ciężka noc, patrząc na
śliniącego się przez sen TaeMina.