poniedziałek, 30 listopada 2015

13

Zlecenie Trzynaste

Poprzedni dzień minął wszystkim dość spokojnie i już bez większych sensacji. Owszem, Fox do samego wieczora chodził i na zmianę wpadał w depresję, pytając wszystkich wkoło, czy dobrze postąpił, lub ogarniała go duma z tego co zrobił. Całe towarzystwo, które było po kilku chwilach już dość dobrze zorientowane w ogółach sprawy, starało się go wspierać i zapewniać, że wszystko jest w najlepszym porządku. Drugiego dnia Max i Hero wpadli na pomysł, w jaki mogą zająć wszystkich oraz uatrakcyjnić wyjazd. Po omówieniu szczegółów, pierwszy z nich zajął się walką z drukarką, by wydrukować mapki okolicy dla wszystkich, a JaeJoong ruszył z plecakiem w stronę lasu, gdzie miał zamiar schować niewielką paczuszkę. Tuż po śniadaniu, które tym razem zgłosili się przygotować TaeMin i Dragon, a na które składały się wyjęte z lodówki oraz szafek różne produkty w myśl zasady „niech każdy bierze, co chce”, wszyscy zebrali się w salonie.
- W lesie jest schowany skarb, a waszym zadaniem dziś będzie go odszukać. Ja nie biorę udziału, bo znalazłbym od razu, skoro sam chowałem. – JaeJoong spojrzał po wszystkich.
-Pewny jesteś, że drugi raz trafiłbyś w to samo miejsce, hyung? – to Joon prychnął pod nosem, lecz dostatecznie głośno, by inni usłyszeli.
- Raczej tak, znaczy, oczywiście, że tak. Co mi insynuujesz? Mniejsza. – machnął dłonią. – przygotowałem losy i teraz utworzymy z was pary, w których wyruszycie w las. Będziecie wychodzić w odstępach dziesięciominutowych, żeby nie było, że pójdziecie grupą.
-Ale w takim razie, ci co wyjdą pierwsi, będą mieli przewagę. – gryząc marchewkę, stwierdziła Luna, a KiBum skrzywił się, patrząc na znienawidzone warzywo. – Prawie godzinną, dodam.
-Nie ma się co martwić, gdyż pomyślałem i o tym. Każda para będzie musiała po drodze zabrać informacje , znaczy koperty, które oznaczyłem cyframi od 1 do 6. Ukrycia zaznaczone są na mapie i … no jest w przeciwnym kierunku. Znaczy się…
-Czyli każdy zanim zacznie szukać „skarbu”, musi znaleźć odpowiednią kopertę, co zajmie mu trochę czasu? – Luna dodała usłużnie.
-Dokładnie. Ostatnia para ma ukrytą kopertę najbliżej, by czas się wyrównał. Może ktoś pomyśli, by oszukać i najpierw szukać skarbu, ale tu…niespodzianka. Jestem przebiegły, jak rosyjski agent. – Hero zaśmiał się. – Tu dostaniecie mapki, by odszukać koperty, a dopiero w kopertach są mapki do celu. Jestem przebiegły, przyznacie. A teraz zacznijmy losowanie. -sięgnął po pudełko, w które wcześniej powrzucał karteczki z imionami. – Kogo my tu mamy? Puff…. No to teraz osoba towarzysząca dla pięknej pani….. Jinki! – odłożył oba losy na bok, znów sięgając do pudełka – Kolejna szczęśliwa para to…. Dragon oraz….Joon… i Dalej…. Henry będzie z….z…. MinHo - tu dało się słyszeć ciche prychnięcie, lecz gdy spojrzeli na Foxa, ten z wielkim zaangażowaniem oglądał swoje dłonie. – Co to ja chciałem??? A, kolejna para. A więc…. Max pójdzie w las z … Luną. JongHyun i …. Nasze słoneczko TaeMin razem poszukają skarbu. Zostali…
-Chwila. – Onew zamachał dłonią. – Ja .. może …. Bez urazy, ale może ja się zamienię.
-Dlaczego? Nie lubisz Puff?
-Nie o to chodzi. Tylko, że … Ci dwaj nie są w najlepszych stosunkach. – Jinki postawił na szczerość. – Wszyscy wiedzą, jak na siebie działają i pamiętamy chyba, co było w pociągu.
-Faktycznie. – JaeJoong podrapał się po głowie. – Może racja.
-Ale myślicie, że go zabiję po drodze i zakopie w lesie? - Jjong przyjął postawę, jakby miał się zaraz z kimś bić.  – Serio, macie mnie za takiego dupka?.... Co tak milczycie do cholery? Nie zjem go, ani nie zabiję. Opamiętajcie się.
-Nie trzeba się zamieniać. To my zdobędziemy skarb. – zawołał Tae i stanął koło swojego partnera w poszukiwaniach. – Pokażemy im, prawda?
-Taaa… pokażemy.  – do chłopaka dotarło, że stawiając się innym i odrzucając wszelkie zarzuty co do tego, jak traktuje dzieciaka, sprawiły, że będzie miał szczeniaka cały dzień na głowie. A mógł siedzieć cicho, nikogo by i tak nie zdziwiło, że wolał by iść z kimś innym. Westchnął, odgarniając grzywkę do tyłu.
-Chcesz spineczkę? – Cichy głosik TaeMina był radosny.
-Ty idź się spakuj na tę wyprawę. – warknął - Zabierz mi coś słodkiego i pamiętaj, że to ja jestem szefem.
-Tak, więc panie i panowie, została ostatnia para czyli Fox i Tiffany.  Ja, jak powiedziałem, nie biorę udziału, ale w zamian przygotuję coś dobrego do jedzenia dla wszystkich. Po tym dość oryginalnym śniadaniu przyda się potem coś solidnego, a ja kupiłem dużo mięsa….  Ubierzcie się ciepło, spakujcie sobie picie, kanapki, czy co kto chce. Pierwsza para rusza za 10 minut, a będą to …. Dragon i Joon. No dalej, dalej, chłopaki …

        Odczekawszy kolejne minuty, MinHo zarzucił na ramię plecak i stanął koło drzwi, czekając na swojego towarzysza, który musiał jeszcze skorzystać z toalety. W końcu mogli wyjść i ruszyć na poszukiwania. Pogoda była ładna, a pomiędzy drzewami przedzierały się promienie jesiennego słońca.
-Nie jest ci za ciepło? – zwrócił się w stronę Henrego, który naciągnął kaptur na oczy i dodatkowo owinął się szalikiem.
-Yyyyyy...
-Nie jesteś zbyt rozmowny…. Hmmm, w przeciwieństwie do waszego basisty. On gada cały czas.
-Achaaaaa – spod szalika wydobył się pomruk.
-Słyszałem, że ty podobno jesteś najspokojniejszy w zespole i chyba to racja. Myślisz, że znajdziemy skarb? Chciałbym, chociaż to tylko zabawa. – MinHo postanowił oswoić chłopaka, którego prawie nie znał. – Dawno nie byłem w lesie. Ogólnie nigdzie nie bywałem poza pracą i uczelnią. Cudownie jest pooddychać świeżym powietrzem. Nie chciałem jechać na początku, ale teraz nie żałuję. Nawet jestem wdzięczny temu lisowi, że tak mi truł głowę i nalegał. Powinienem mu chyba podziękować. Ech… patrz jak pięknie. – wskazał widok, bo stali na niewielkim wzniesieniu. – Jesień…. Wielu jej nie lubi i nie dostrzega jej piękna. Tyle barw, tyle kolorów. Z każdą godziną, każdym podmuchem wiatru obraz się zmienia i można go podziwiać od nowa.
-Coś ty taki radosny? Aaaaaaa, o Boże zabierz to !!! – Pierwsze słowa ledwie wydobyły się spod szalika, za to krzyki zabrzmiały już wyraźnie. Chłopak miotał się w dzikim tańcu, wymachując dłońmi i zdzierając z siebie części garderoby. W stronę MinHo poleciały kolejno szalik, czapka z daszkiem, ocieplana kamizelka oraz bluza.
-Co się dzieje!?! Poczekaj i przestań się rzucać !!!
-Pająk… wielki pająk mi wlazł!!!
-KiBum ? – MinHo przyglądał się towarzyszowi zaskoczony. – Co ty tu robisz?
-Pająk…. – zatrzymał się w końcu. – Ja…. To znaczy…. Nic po mnie nie łazi?
-Nic nie łazi, ale może byś mi wyjaśnił, co tu robisz i gdzie jest Henry?
-To taka zabawna historia… - zabrał i wytrzepał bluzę, po czym założył ją ponownie. – Henry miał rozwolnienie i tak bardzo mnie prosił… tak bardzo… błagał wręcz, żebym się z nim zamienił… Ja miałem iść z nooną na końcu… On tak prosił i prosił…
-Prosił?
-O tak.. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Ja nie chciałem. Mówiłem, że tak nie można i że kategorycznie się nie zgadzam, no ale on…
-Prosił?
-Dokładnie. Na kolanach mnie błagał.
-I dlatego też ubrałeś jego ciuchy, by nikt Cię nie poznał? Gdzie go zamknąłeś?
-Ja… - Fox zagryzł wargi. – No widzisz, na to nie mam wytłumaczenia…. W szafie. – uśmiechnął się przepraszająco. – Ale on tak prosił.
-Za daleko odeszliśmy i nie chce mi się wracać, ale …
-Nie złość się, proszę. Ja nie dlatego, żeby iśc z Tobą. No owszem, trochę tak, ale nie tylko. Jak się szykowałem, przyszła Tiffany z taką zawziętą miną. Powiedziała, że mam spiąć dupę…. Rozumiesz? SPIĄĆ DUPĘ…. I że jeśli nie wygramy, to ona mi zrobi jesień średniowiecza z tyłka, a ja nie bardzo chcę, by ona mi coś robiła w tamtych okolicach. Miała taki morderczy wzrok. Ja się przestraszyłem. Widziałeś? Przecież ona zrobiła sobie te… no jak to się nazywa…. Czarne na policzkach… o …. Barwy wojenne. „Wygramy albo zginiemy!” wołała, a ja tam ginąć nie chcę.
-Ubierz się, a ja zadzwonię i powiem, gdzie siedzi ten biedny chłopak.
-Nie musisz. On siedzi tam z własnej woli do czasu, aż przyjdzie ich kolej. Wtedy nie będzie wyboru i Hyung puści go ze straszną nooną. On się zgodził.
-Ile mu zapłaciłeś?
-Co…. Chciałem dużo, ale On zgodził się sam. Powiedział, że mu obojętnie. – KiBum wziął czapkę, po czym ponownie z całej siły cisnął nią w MinHo.
-Oszalałeś?
-Pająk…. W niej jest pająk!
-Zabieraj to!
-No ale pająk!
-Co mnie to obchodzi?
-No zrób coś!
-Sam sobie zrób!
-Boję się!
-A ja nie lubię. – czapka przelatywała od jednego do drugiego, budząc w obu chłopakach obrzydzenie. W końcu upadła na ziemię, a oni zaobserwowali jak wychodzi z niej niewielki pajączek. – Więc…..
-Czy ty się też boisz….
-Milcz. Bierz ją i nie mówmy o tym więcej.
-Nie mówmy. Nie wypada przecież… Heeeehmmmmm. To gdzie teraz? W którą stronę?
-Południe… Tam. – Minho wskazał palcem nieco w prawo. – A w termosie mam kawę… – dodał, chcąc zatrzeć wspomnienie sprzed kilku sekund.



      Inna para poszukiwaczy siedziała nieco rozleniwiona na zwalonym pniu, delektując się czekoladą z orzechami, którą Puff  połamała na równe kostki.
-Pamiętam, jak chłopcy pewnego lata wymyślili wyjazd nad jezioro… - odezwała się dziewczyna. – To chyba było rok albo dwa lata po debiucie. Miał być lasy, woda, słońce, ryby, kajaki i RAKI. Właśnie, raki...Zastanawiam się teraz, który to wymyślił, Joon czy Dragon. Zresztą, to nie miało znaczenia, faktem było, że wszyscy chwycili pomysł. – wsadziła kolejną kostkę czekolady do ust. – A może Cię nudzę…. Tak mi się przypomniało.
-Nie nudzisz. Chętnie posłucham. Tak mi się wydaje, że zespół i nasza skromna agencjowa grupka jeszcze będzie spędzać ze sobą czas, więc miło będzie poznać innych lepiej.
-Tak więc, pomysł padł i chociaż był dopiero marzec, wszyscy od razu zaczęli spisywać, co też powinniśmy zabrać na te planowane kilka dni. Zabawa była na całego. – zaśmiała się na wspomnienie. - Każdemu się wydawało, że on najlepiej się na tym zna, chociaż nie wiem, który z nich kiedykolwiek był na jakimś biwaku. Poprzywozili od rodzin namioty i cały dzień rozstawiali je pod blokiem, żeby sprawdzić czy są całe.. Test przeszło też z 14 materacy.
-Grunt to dobre przygotowanie. – Jinki wyjął sok. Napił się i podał dziewczynie. Żadne z nich nie miało ambicji, by latać po lesie w poszukiwaniu czegoś, co zapewne nie miało i tak większej wartości. Jeśli było pisane im to znaleźć, to liczyli na to, że skarb sam ich odszuka.
-Zwłaszcza, że planowali coś na wariat,a nie wiedząc, czy będą mieli chociaż kilka dni wolnego. Ale przygotowania trwały. Jeden z materacy miał dziurę taką ... jakby ktoś kosiarką po niej przejechał i Jjong robił dochodzenie, kto zniszczył podobno jego ukochany materac, na którym on, jeszcze jako słodki kilkulatek, pływał po stawie u babci. Okazało się, że któryś z chłopaków, już nie pamiętam, który nadmuchał go i spał na nim kilka nocy, bo wtedy jakoś zmieniali mieszkania i nie byli jeszcze umeblowani. – Puff z rozczarowaniem pomacała papierek, stwierdzając, że czekolada się skończyła- I tu rodzi się kolejna opowieść. Dragon uczył rzucać Henrego, chyba nożem do celu. Materac nie był celem, ale to właśnie on oberwał. Panowie go zwinęli, schowali i słowem się nie przyznali…. Albo jak się uśmialiśmy, gdy już nie pamiętam kto, spytał zaspanego KiBuma, czy umie grać w siatkówkę, on potwierdził, a na kolejne pytanie, czy z nimi po południu zagra odparł, że owszem, ale na bramce. Wszyscy się śmiali, a biedny lisek nie wiedział, o co chodzi. Spał jedynie trzy godziny i wyglądał jak zombie…. Po co ja to mówię, nie ma w tym głębszego sensu ani morału.
-Nie wszystko musi być szczególnie ważne. Czasami, ot tak w naszej pamięci pojawiają się jakieś wspomnienia i fajnie jest ujawnić je. – Onew uśmiechnął się. – Chyba sporo przeszliście razem.
-Oj, sporo. Można by książkę w kilku tomach napisać. A teraz martwi mnie to, co się dzieje. Nie sądziłam, że jest aż tak źle. Dopiero jak wróciłam, dowiedziałam się wszystkiego.
-Dobrze ich wszystkich znasz?
-Dość. Wiele wiem o każdym, ale równie dużo jest dla mnie tajemnicą. Key to chyba największa zagadka dla mnie. JongHyun nie jest jak otwarta księga, ale jak się pokombinuje, to można sporo przeczytać między wersami. Joon … on jest niby ok, ale jeśli chodzi o rodzinę, nigdy nie chciał nic powiedzieć. Ot, ogólniki i tyle. Najbardziej prostolinijny i bezproblemowy jest chyba Henry. Raczej nie wpada w kłopoty, nie takie, z którymi trudno sobie poradzić.
-A Dragon?
-Można powiedzieć, że też jest bezproblemowy. To znaczy, on czasami ma problemy, ale mówi o tym bez owijania w bawełnę. Oznajmia, że idzie się upić, bo ma potrzebę, i to robi. Jak kogoś nie lubi, to mu to powie prosto w twarz i tak ma ze wszystkim. Wychodzi z założenia, że szkoda życia na niedomówienia i sekrety.
-Ja też zdradzę ci teraz jeden sekret… Zbierajmy się, bo słońce świeci, ale jakoś niepokoją mnie te ciemne chmury nad horyzontem. Chyba wolałbym być bliżej domu, jeśli zacznie padać. - zebrał swoje rzeczy i oboje ruszyli wolno w powrotną drogę, nadal mając w pogardzie szukanie skarbów.




- Czy musisz robić zdjęcia każdemu drzewku, grzybkowi i kępce mchu? – JongHyun stał, patrząc, jak Tae kuca koło jakiegoś muchomorka. - W takim tempie nie znajdziemy nawet tej pierwszej koperty.
-Już, już idę. No ale zobacz, jaki ładny grzybek. – podsunął telefon pod oczy Jjonga.
-Niestety nie widzę.
-No to popatrz.
-Telefon widzę, ślepy nie jestem, ale zdjęcia nie. Czarno jest.
-Co?
-Albo wyłączyłeś, albo ci się telefonik rozładował. Jeśli to drugie, to chociaż skończą się postoje na zrobienie zdjęć.
-Rozładował się….  – TaeMIn niepocieszony schował telefon do kieszeni i nadął lekko policzki. Zanim wyruszyli, miał w głowie gotowy plan, by porozmawiać z muzykiem, wyciągnąć od niego jakieś zwierzenia. Chciał poznać inną stronę chłopaka i dowiedzieć się, co tak naprawdę się stało w jego życiu, że był gburowaty oraz niemiły dla innych. Niestety, zaraz jak weszli w las, wszystkie myśli wyleciały z głowy Minnie. Nie pamiętał, kiedy był w lesie. Chyba jakoś w dzieciństwie, czyli bardzo dawno temu. Zapomniał o zapachach, dźwiękach, których mógł teraz doświadczać. W pierwszych minutach rozbolały go płuca przez głębokie wdechy, jakie robił. Zachwycał się każdą gałązką, wiewiórką, ptaszkiem. Widział, że jego towarzysz też chyba cieszy się tym spacerem, chociaż starał nie okazywać żadnych emocji. Ale to przecież Jjong wyjął z plecaka kawałek wafelka, po czym pokazał, że jeśli się przykucnie i będzie trwać w bezruchu, to wiewiórka podejdzie bardzo blisko skuszona smakołykiem. Teraz szli, czując, jak pod ich ciężarem buty lekko zapadają się w mchu oraz liściach. Milczeli kilka minut aż w końcu JongHyun zaczął rozmowę. Zadawał lekko wymuszone pytania. Wolał rozmawiać niż zostawić Tae możliwość obmyślania jakiś kolejnych fantastycznych planów. Z początku nawet nie bardzo słuchał odpowiedzi, ale w końcu zaczęły docierać do jego umysłu strzępki wypowiedzi. Tae opowiadał o przesłuchaniu, o tym jak bardzo chciał dobrze wypaść, jak się stresował, jak bardzo przerazili go ludzie wpatrzeni w niego.
-Zawiodłem siebie. Rozczarowałem. Byłem przekonany, że dam radę, a jednak…. A potem Jinki się przejął. Ale może miało tak być. Ja zawsze mówiłem, że są rzeczy, które dzieją się z jakiegoś powodu. Gdybym przeszedł, nie zaprzyjaźniłbym się może tak bardzo z hyungiem.
-A ja nie musiałbym cię znosić.
-Musiałbyś. – uśmiechnął się szeroko, ściszając głos. – Takie było przeznaczenie.
- Pieprzenie. Jakie przeznaczenie? Nie wierzę w żądne takie bzdury. Los zapisany w gwiazdach, nie uciekniemy od tego, co nam pisane … śmiechu warte.
-Możesz nie wierzyć. Ja będę wierzył za siebie i za ciebie.
-Za mnie nic nie musisz robić. – zatrzymał się i rozglądał przez chwilę. Podczas poprzednich wyjazdów nigdy nie chodził na zbyt dalekie spacery, a co za tym idzie, nie znał okolicy. Mapa, która zapewne dobrze by się sprawdzała w mieście, tu w lesie była zwykłym świstkiem papieru. JongHyun nigdy nie był skautem, więc zastanawiał się, czy jego orientacja w terenie jest wystarczająco dobra.
-Szliśmy na północ, prawda?
-Skoro tak mówisz, to pewnie tak .
-No chyba się orientujesz w kierunkach?
-Owszem, ale w takich małych. Kierunek kuchnia, kierunek ubikacja, sypialnia, sklep z ciastkami. Poza tym to ja gubię się w nawet małych centrach handlowych czy parkach. A czy my się zgubiliśmy? – TaeMin lekko się zaniepokoił. Lubił wiedzieć, gdzie jest i mieć pewność, że zdoła dojść do domu. – Wiesz, gdzie jesteśmy, prawda?
-Wydaje mi się, że wiem. Nieco chyba zboczyliśmy, ale możemy się cofnąć tą samą drogą. Słońce było chyba z tej strony… - chłopak nie był zbyt pewny siebie.
- Jakiś czas temu było z przodu, bo tak ładnie miałeś je nad głową czasami, gdy pojawiło się między drzewami. Szedłem za tobą i żałowałem, że nie mogę zrobić zdjęcia. Byłoby ładne…. – ściszył głos – Wiesz, jak wrócić?
-Spokojnie, to nie jest jakiś wielki las… i mam telefon – zaczął szukać po kieszeniach coraz bardziej nerwowo – Gdzie on jest? Potrzymaj to. – podał Tae odtwarzacz MP4, paczkę chusteczek oraz torebkę cukierków – przecież zabierałem….
-A zabierałeś MP4?
-Nie… po co mi….  telefon brałem….. – opuścił ręce, właśnie uświadamiając sobie, co się stało – no to jesteśmy w dupie. Znaczy, spokojnie. Nie odeszliśmy jakoś daleko. – dodał szybko, widząc niepokój w oczach drugiego chłopaka.
-Obiecujesz?
-Co? Do cholery, przecież też mogłeś pilnować drogi. Nie będę nic obiecywać. Idziemy do domu. – ruszył według niego tą samą drogą, którą przyszli. Niestety już po kilku minutach okazało się, że kierunek nie był ten sam. Żaden nie pamiętał wielkich świerków, przed którymi właśnie stali. Rosły tak gęsto, iż musieli nadrobić sporo drogi by je obejść. Na dodatek chmury zasnuły niebo tak, że nie wiedzieli, gdzie jest słońce. Zaczął wiać wiatr i zrobiło się nieprzyjemnie.  Szli kolejne minuty, każdy zatopiony we własnych myślach, gdy zaczęło padać. Nawet nie zwrócili uwagi, że zrobiło się znacznie ciemniej, chociaż godzina nie była jeszcze aż tak późna.
-Byliśmy już tutaj. – zawołał TaeMin, zatrzymując się przy dwóch zwalonych pniach leżących jeden na drugim.
- Nie, myślisz że mało takich w lesie? Jesteśmy już blisko domu, czuję to.
-A ja ci mówię, że tu byliśmy. Jakieś pół godziny temu. Chodzimy w koło.
-Niemożliwe. Idziemy dalej. Nie zatrzymuj się, bo całkiem zmokniemy. – Ruszył pewnie przed siebie aż do chwili, gdy po kilkudziesięciu minutach znów znaleźli się przy zwalonych pniach. Teraz i on już był przekonany, że chodzą wkoło. Stał i zastanawiał się, w którą stronę teraz iść, gdy usłyszeli dziwny hałas.
-Burza... - Minnie powiedział cicho.
-Jaka burza. Jesienią? Niemożliwe. – kolejny grzmot zabrzmiał jeszcze głośniej i nie dało się go pomylić.
-Burza…
-No i co z tego? Zagrzmi kilka razy i będzie po wszystkim. To jakaś anomalia…. Anomalia jak śliskie leginsy na KiBumie. Zresztą, zaraz będziemy w domu. Teraz pójdziemy tędy. – wskazał w prawo.
-Ja…
-Co ty? Idziemy. – Ruszyli znów przed siebie. Niestety widoczność stawała się coraz gorsza, obaj też odczuwali zmęczenie i zimno. Deszcz, chociaż niezbyt mocno, padał cały czas, mocząc ich ubrania coraz bardziej. Niemal godzinę błądzili między drzewami, gdy niebo przecięła błyskawica, a okolicą wstrząsnął grzmot. Obaj myśleli, że dwa wcześniejsze uderzenia były początkiem i końcem burzy, jednak ona postanowiła ich zaskoczyć. Jjong poczuł, jak drobne dłonie wczepiają mu się w ramię. Zatrzymał się gwałtownie.
-Czego? Kulturalnie pytam się „CZEGO”?
-Ja … ja się boję?
-Czego niby? Deszcz, las i nawet burza, ale przecież to nie koniec świata. - chciał się uwolnić od rąk Tae. – Przestań się wygłupiać i idźmy dalej. W końcu musimy wyjść z tego cholernego lasu.
-Chodzimy już tak długo… Jestem zmęczony.. boję się…
-Też jestem zmęczony, do cholery! Myślisz, że łażę tu dla przyjemności?
-Ale ja…
-No co Ty? Pieprzony las. Nie dość, że błądzę tu jak jakiś idiota, to jeszcze mam ciebie niańczyć? – sytuacja przerosła go. Nie miał pojęcia, gdzie są i jak dojść do domu. Było mu zimno, a na dodatek zaczęło boleć go kolano. Zawsze go bolało podczas deszczu od czasu, gdy mając chyba siedem lat, spadł z drzewa i wylądował z nogą w gipsie. Był wściekły, bo nie zabrał telefonu, zły na pogodę, zły na wszystko wkoło, a najbardziej wściekał się na siebie za to, że nie potrafił odnaleźć drogi. Niestety swoją frustrację wyładowywał na innych, w tym wypadku padło na Tae. – Wszystko przez ciebie!!! Nie dość, że łazisz za mną cały czas w mieście, to tutaj nie mogę odpocząć od Ciebie!!! Bawiłeś się telefonem i rozładowałeś go przez jakieś idiotyczne zdjęcia. Pieprzony artysta fotograf!!! A teraz jeszcze może mam magicznym sposobem przenieść nas do domu, bo szanowny pan się boi burzy!!! No patrzcie państwo, zaraz zły piorun uderzy w ten przestraszony …. – Nie zdążył dokończyć, bo TaeMin puścił go nagle i rzucił się biegiem miedzy drzewa. Biegł na oślep, czując uderzenia gałązek na twarzy ,chcąc być jak najdalej od tego wściekłego człowieka. Nie ubiegł daleko, gdy nagle ziemia usunęła mu się spod nóg.
JongHyun wypuścił powietrze, widząc oddalającego się chłopaka. Ruszył za nim, wymyślając w głowie od idiotów to sobie, to tamtemu. Może faktycznie przesadził, ale to chyba nie powód, by reagować tak emocjonalnie. Szedł szybko, widząc przed sobą coraz słabiej majaczącą postać
-TaeMin!!! Tae, idioto, zatrzymaj się !!!  TaeMin !!! - nagle chłopak przed nim znikł, jakby zapadł się pod ziemię. W jednej chwili jego jasna kurtka zniknęła z pola widzenia. – TaeMin???

Przyśpieszył zaniepokojony. Przecież dzieciak nie mógł wyparować. Kolejny grzmot i błyskawica. W ostatniej chwili cofnął nogę, jednocześnie przytrzymując się drzewa. Jeszcze sekunda, a runąłby w dół, nad którym teraz stał. Zaklął pod nosem, po czym klęknął.
 –Tae?  TaeMin, jesteś tu?
-Jestem. – dobiegło z dołu – Jjong…
-No już, już. Zaraz cię wyciągnę. Nie jest bardzo głęboko.
-Ale…
-Podaj ręce, to cię wyciągnę. Tu nie ma nawet dwóch metrów.
-Ale ja..
-Zamknij się już i wyłaź, cholerny dzieciaku. – Położył się na brzuchu tak, by mieć między nogami drzewko, za którym splótł stopy. Miał nadzieje, że to wystarczy, by samemu nie zsunąć się do dołu. – Musisz się podciągnąć !!! – chwile trwało, zanim obaj leżeli na mokrej ziemi, dysząc. – No, udało się. Teraz się pozbieramy i idziemy dalej. Mogę się założyć, że pozostali i tak już nas szukają. – Wstał, starając się mankietem zetrzeć błoto z twarzy. Zrobił kilka kroków, po czym spojrzał za siebie. Tae stał wsparty o drzewo.
-No idziemy.
-Ja nie mogę. Idź sam.
-Co to znaczy, że nie możesz? – podszedł do chłopaka, złapał za rękę i pociągnął za sobą. Usłyszał głośne jęknięcie. – Tae?
-A coś zrobiłem w nogę, jak spadłem. Nie mogę iść. – Skulił się, gdy kolejny już raz błysnęło.
-Cholera. - Właśnie gdy błyskawica rozjaśniła okolicę, zobaczył, że towarzyszący mu chłopak wygląda kiepsko. Twarz miał brudną i skrzywioną od bólu. Dostrzegł coś jeszcze. Policzki Minnie były mokre nie tylko od deszczu, ale i od łez. Wyglądał na przerażonego. Mięśnie napięte niemal do granic możliwości. – Ty serio się boisz... – wyszeptał, rozglądając się w koło. Wiedział, że burza w lesie nie jest bezpieczna, ale przecież nie mieli wyjścia. Nie mogli się teleportować i zniknąć z tego miejsca. Jjong wybrał miejsce kilka metrów dalej. Dość rozłożyste drzewo chyba nie było za wysokie, więc może pioruny je ominą. Na barana przeniósł TaeMina, który się nieco wzbraniał, ale kolejny grzmot sprawił, że stał się potulny.  Plecak rzucony na ziemię musiał starczyć za siedzenie dla JongHyuna, który z kolei posadził sobie kontuzjowanego chłopakach na kolanach. Chwilę się wahał, lecz w końcu przytulił go do siebie, bo tak obojgu było cieplej. Czuł, jak TaeMin kuli się za każdym razem, gdy grzmiało. 

TaeMin:
Tak bardzo się boję. Nie mogę tego opanować. Nawet kostka, którą chyba skręciłem, jest niczym. Serce wali mi tak mocno, że chyba zaraz wyskoczy z piersi. Zamykam oczy i wciskam twarz w mokrą kurtkę Jjonga.  Jest wściekły, wiem że jest zły… Myślałem, że zostawi mnie tu i sam pójdzie dalej. Znów błyska !!! Zupełnie tak jak wtedy. On nie wie. Nie rozumie, dlaczego tak się boję. Pewnie by mnie wyśmiał. Nikomu nie mówiłem. Wie tylko Jinki… I znów ten grzmot. Czy jeszcze oddycham? Oddycham… Wtedy też padało… Siedziałem na drzewie, gdy piorun uderzył w dom obok. Ogień i krzyki ludzi. Ja tylko spadłem z drzewa. Nic mi nie było poza tym, że kilka dni gorzej widziałem i słyszałem. Ale w tym domu…. Nie uratowali wszystkich. Te krzyki…. Niemal je słyszę. Z każdą błyskawicą. Teraz…Znów…. Co? Co się dzieje??? Muzyka???? Oddycham…

TaeMin podniósł głowę spoglądając na chłopak, który właśnie włożył mu słuchawki do uszu i puścił muzykę.  Kojące dźwięki zagłuszyły deszcz, grzmoty, wszystko. Oddech stawał się spokojniejszy. JongHyun przytulił chłopaka mocniej do siebie, dłonią przesunął po powiekach zmuszając Tae, by zamknął oczy, by słuchał tylko muzyki. Nieważne, że większość piosenek była amatorskimi nagraniami samego Jjonga. 


-Tutaj!!! Tutaj są!!! – głos rozległ się nad nimi, prawie godzinę później, gdy burza już prawie ustała. – Pies ich znalazł. – Henry dopadł dwójki skulonej pod drzewem, przy których już biegał rozradowany Karp. – Jjong…Tae… żyjecie?
-Henry? Jak dobrze cię widzieć. I ciebie piesku też. – lider FL chyba pierwszy raz tak się ucieszył na widok tego czworonoga. Jeszcze bardziej ucieszył go widok przyjaciół z latarkami, którzy właśnie zatrzymali się obok nich. Potrząsnął chłopakiem, którego trzymał na kolanach, przez ułamek sekundy przeraził się, gdy ten nie zareagował, a jedynie bezwładnie osunął się lekko do tyłu. Przeraziła go myśl, że Tae mógłby…umrzeć. Absurdalna myśl, a jednak wstrząsnęła nim i trwała nawet w chwili, gdy Minnie otworzył oczy, uśmiechając się do przybyłych. Zrobiło się małe zamieszanie. – On ma skręconą nogę, nie może chodzić….
-W takim razie będziemy go nieść. – JaeJoong wyjął z plecaka dwa koce. – Max weź jednego, a ja pomogę naszemu gwiazdorowi. – złapał pod rękę Jjonga, gdy ten zachwiał się, wstając. Nogi całkiem mu zdrętwiały od siedzenia w jednej pozycji. Teraz pozwolił się owinąć kocem oraz bez protestów przyjął ramiona Hero i Dragona jako wsparcie.  Prawie się popłakał, gdy zaledwie po dziesięciu minutach znaleźli się w domu. Świadomość, że cały czas byli tak blisko, załamała go.
-Pies was znalazł. Karp to chyba myśliwski pies tropiący. – Dragon karmił zwierzę sporymi kawałkami mięsa. – Jedz, jedz… To nagroda, bo dzielnie się spisałeś.
-To był nasz obiad na jutro. – KiBum zawołał, jednocześnie zbierając mokre kurtki wszystkich, by rozwiesić je przy kominku, w którym właśnie Max i Onew starali się napalić.
-To zjemy jajka. Mamy dużo jajek, a przyznasz, że Karp to bohaterski pies.
-Może trochę, ale mogłeś go jedynie pogłaskać, a nie od razu oddawać całe mięso. Luna, zrobisz wszystkim ciepłej herbaty? I może tak zapobiegawczo jakieś tabletki na przeziębienie by się przydały? Przemarzli bardzo i się obawiam o ich zdrowie.
-Zrobię, ale z tabletkami może poczekajmy, aby faszerować ich chemią?
-Ale tabletki są na wszystko dobre. Znaczy się….
-Dam im witaminy. – Dodała dla spokoju Luna, idąc do kuchni.

 Siedzieli wszyscy grzejąc się w cieple ognia z kominka. Najedzeni, rozgrzani i spokojni zdawali relację ze swojej wyprawy. Tiffany marudziła, że nie znalazła nagrody, a tak bardzo się starała. Winiła za to KiBuma oraz Henrego i ich spisek. Wyjaśnienie zamiany, jakiej dokonali, zajęło nieco czasu, którego podobno jej brakło, by zdobyć skarb. W końcu jednak odpuściła, gdy Max posłał jej ciepłe spojrzenie, które obiecywało znacznie więcej, niż jakaś leśna nagroda.  Joon wyszedł na chwilę do samochodu, bo przypomniał sobie, że zanim wyjechał z domu, odebrał przesyłkę do zespołu, którą wcisnął do bagażnika. Teraz przyniósł  spory, chociaż nadzwyczaj lekki karton.  Gdy paczka została rozpakowana, okazało się, że to plakaty z najnowszej sesji, którą mieli robioną kilka dni przed wyjazdem. Były tam plakaty całej grupy jak i pojedynczych członków w różnych pozach. Rozwijali wolno kolejne rulony. Fox, gdy tylko zobaczył swój, wydał z siebie dziki okrzyk, który przypominał ryk łosia na widok seksownej  łosiczki. Niemal wtulił twarz w papier.
-Łoooo !!! Jaki ja jestem wspaniały. Nie sądziłem, że można być bardziej  zajebistym niż byłem na wcześniejszych posterach. – mówił rozgorączkowany, rozglądając się wkoło. - Muszę znaleźć mu godne miejsce zaraz jak wrócimy do domu. Takie, żeby wszyscy go widzieli zaraz po wejściu.
-Na drzwiach wejściowych sobie go powieś. – stwierdził Jjong. - Od zewnętrznej strony. Odstraszy wszelkie zło, jakie chciałoby się do nas dostać.
KiBum spojrzał na przyjaciela wzrokiem, który jeśli by nie zabił, to co najmniej powinien wbić go po pas w ziemię. Zmarszczył przy tym brwi tak, że te zeszły mu się niemal w jedną linię.
-Jesteś gbur i pawian. Nie doceniasz prawdziwej sztuki, prawdziwego piękna - mówił natchnionym głosem, tuląc plakat do piersi. – Kpisz z prawdziwego bycia reprezentacyjnym, bo ty nigdy taki nie będziesz! Phi. - unosząc dumnie głowę, udał się na obchód domku, by znaleźć tymczasowe miejsce na plakat, przykładając swoją podobizną co chwilę w różne miejsca na ścianach.
-Albo na lodówce !!! - zawołał Dragon - Skutecznie odstraszy wszystkich żarłoków i będzie więcej dla mnie. Znaczy….zaoszczędzimy na jedzeniu.
-I ty przeciwko mnie? - Fox spojrzał na przyjaciela, zastanawiając się, czy nie powinien zmienić dotychczasowego miejsca, jakie zajmował  na scenie na jakieś dalsze od tych ignorantów Doszedł jednak od razu do wniosku, że koledzy zaproponowaliby, aby stanął poza sceną.. Prychnął tylko, opluwając, oczywiście całkiem niechcący, plakat Lidera, po czym ruszył ku schodom, by podrzucić rulon do bagażu pewnej osoby. Taki plakacik to dobry prezent dla pewnego pracownika baru. Zafascynowani przesyłką i ocenianiem, kto wyszedł dobrze, a kto źle, nie zwrócili uwagi na to, że TaeMin zaczął pokasływać co jakiś czas, ani na to, że mimo iż siedział pod trzema kocami, lekko dygotał.
-Ale co było nagrodą? Skoro jej nie mamy, to chociaż niech się dowiemy, co to było. – KiBum, który wrócił z piętra, zawołał, stawiając jednocześnie wielką miskę ryżu z mięsem i warzywami na stole.
-O ,jednak miałeś jeszcze mięso – Dragon rzucił z wyrzutem.
-Owszem, miałem, co nie zmienia faktu, że pies zjadł nasz jutrzejszy obiad. No, hyung, co schowałeś w lesie? – Spojrzał na JaeJoonga.
-Tak więc, moi mili …. – przerwał, bo w tej chwili  Dragon wyjął z kieszeni bluzy paczuszkę, którą razem z Joonem znaleźli w dziupli wielkiego dębu.
-Całkiem zapomniałem, że myśmy to znaleźli – wyjaśnił przepraszająco, ale z nutą dumy.
W zwojach papieru oraz folii ukryta była płyta hyungów, gdy jeszcze występowali. Dodatkiem była złożona na pół fioletowa kartka z cytatem, który JaeJoong ślicznie wykaligrafował, stwierdzając, że właśnie uczestniczy w rodzeniu się wspaniałej przyjaźni całej grupy.


„Przyjaźń nie jest czymś spontanicznym, automatycznym,  jest natomiast owocem obopólnej zgody,  decyzji, życiowej postawy, otwartości.   Nie  staje się, ani nie  pozostaje przyjaciółmi przez przypadek. Prawdziwa harmonia jest najpiękniejszym darem, wierności prawdzie, uczciwości, sprawiedliwości; jest zawsze zaskoczeniem i zadziwieniem. Tak jak światło gwiazd nie pojawia się jedynie wtedy, kiedy się je dostrzega, i nie znika, gdy zostało dostrzeżone. „
DALMAZIO MANGILLO


-Hmmmmm No niemal się wzruszyłem.  - Joon również obejrzał kartkę.  – A gdzie karta kredytowa z kontem bez limitów?
-Ty pazerny ignorancie.
- Nie pazerny, tylko skarb powinien mieć jakąś wartość. – Zaśmiał się. – Chociaż, proszę się podpisać na płycie, to ją sprzedam na jakiejś aukcji.
-Jak śmiesz? – Hero rzucił poduszką w chłopaka. – Masz jej słuchać każdego dnia i wielbić nasze cudowne głosy oraz wspaniałość, jakiej wy nie osiągniecie nigdy.
-Wolałbym czcić konkretną kasę.
-Ej…. Tae…. – Puff pierwsza spostrzegła, że coś jest nie tak, Przyłożyła dłoń do czoła chłopaka, by stwierdzić, że jest bardzo ciepłe. – Ma wysoką gorączkę. Teraz bez lekarstw się nie obędzie.
-Tabletki…tabletki… - Wymamrotał z szatańskim uśmieszkiem KiBum – hahaha tabletki….
-Zmarzliśmy solidnie, ja też nie najlepiej się czuję, ale to chyba normalne – Jjong wyznał z kąta kanapy. Nie wiedział, że godzinę później wyląduje z Tae w jednym pokoju, który wcześniej zajmowały dziewczyny. Zostali tam położeni do łóżek, okryci i nakarmieni jakimiś iście złowrogimi prochami podanymi przez Foxa, który czuł się niemal jak mag albo alchemik.. Mieli nie opuszczać pomieszczenia, by nie zarazić innych. Jjong nawet chciał zaprotestować, ale zrezygnował zaraz po tym, jak Onew w skrócie opowiedział wszystkim o lęku Tae przed burzą. Oczywiście dostał na to pozwolenie. Leżeli jakiś czas w cieple, nasłuchując cichych rozmów dobiegających z dołu. Jjong pomyślał że to będzie ciężka noc, patrząc na śliniącego się przez sen TaeMina.



poniedziałek, 16 listopada 2015

12


Niebieskie bokserki ze świstem przeleciały ponad kuchennym stołem, trafiając Joona prosto w twarz. Chłopak z obrzydzeniem i pogardą spojrzał na sprawcę tego incydentu, który stał i wyglądał bardzo niepewnie. - Czy ja mogę wiedzieć, dlaczego oberwałem bielizną w twarz, dodam, że nie swoją bielizną. - Dziwne, gdybyś oberwał swoją. Nie trzymasz chyba swoich majtek u nas, ani nie podrzucasz mi ich do prania -KiBum, nie bądź taki dowcipny. Po cholerę rzucasz we mnie gaciami? -Ja chciałem je wrzucić do pokoju JongHyuna – Key przyznał z rozbrajającą szczerością, składając swój świeżo wyprany T-Shirt - Ale wiesz, że to za zakrętem i musiałbyś rzucać tak, żeby leciało łukiem? -No wiem, ja chciałem być…. No wiesz… No jak ten gość… Ten taki jeden z teledysku Mblaq. No wiesz, kula leci i zakręca sobie tak … No tak, nie prosto tylko… -Weź ty się już zamknij i zabieraj te gacie. Nawet to, że są czyste jakoś mnie nie pociesza. Może ciebie i tych mieszkających tu z tobą baranów śmieszą takie zabawy, ale ja jestem na to … -Za stary? Za nudny? Za sztywny? Za poważny? Za wyniosły? – KiBum wyliczał, z każdym słowem zbliżając się do Joona – Za bufonowaty? Za…. -Czego Ty ode mnie chcesz ? -No Joonuś, skarbie, uśmiechnij się i rozchmurz. To tylko gatki naszego lidera. Lidera, z którym niedawno piłeś i bawiłeś się świetnie. Gatki, które powinien spakować z resztą ciuchów na wyjazd, ale woli spać, a pracę zostawiać mnie. Joon, słoneczko ty moje najjaśniejsze – Tu Key przyszczypnął policzki drugiego chłopaka, który był tak zaskoczony postępowaniem basisty, że nie wiedział, jak się zachować . Nawet nie czuł złości, a jedynie zażenowanie pomieszane z oszołomieniem. -Co ty….. puść -No przecież ja nic nie robię. Okazuję ci jedynie moją sympatię. Czujesz, jak miłość przepływa z moich wypielęgnowanych poniekąd dłoni i wbija się w twoje zarośnięte, szorstkie, gruboskórne policzki? Czujesz, jak wnika w ciebie i rozlewa się po ciele? -Nie jestem zarośnięty ani szorstki, a już na pewno nic mi się nie rozlewa po ciele! – Joon zdecydowanie odtrącił dłonie drugiego chłopaka – Co ty jakiś taki jeszcze bardziej dziwny niż zawsze? Piłeś od rana czy co? – Zaczął dochodzić do siebie i oszołomienie zanikało. Zrobił krok w tył, by zwiększyć dystans między sobą, a tym połowicznie wygolonym szaleńcem,  zapomniał jednak, że tuż za sobą miał kilka spakowanych toreb i walizek, które teraz okazały się podstępną przeszkodą. KiBum nie zdążył złapać kumpla, gdy ten z rozmachem poleciał w tył, padając z trzaskiem na podłogę. Leżąc tak z rękoma rozłożonymi na boki ,a nogami uniesionymi w górę nie wyglądał ani poważnie, ani sztywno, a już na pewno nie za wyniośle -O, widzisz, skoro już jesteś tak blisko moich bagaży, to może moja prośba nie wyda ci się tak niedorzeczna, jak by mogła. Gdybyś był tak miły i… -Mam Ci to zanieść do auta? -Oj, naprawdę chcesz? No jeśli chcesz mi pomóc, to nie będę cię powstrzymywał. – Mówiąc to, dopchnął do jednej z toreb pluszowego tygryska – Tylko bardzo bym prosił, byś poukładał w bagażniku to wszystko jakoś z głową, a nie jak ostatnio. Najpierw trzeba te dwie większe, a z boku dasz tę niebieską torbę. Potem na wierzch pościel i dopiero te…. Joon!!! Joon !!! Dlaczego wychodzisz? Miałeś mi pomóc!!!! – Krzyknął w stronę drzwi, które właśnie zatrzasnęły się z hukiem. Został sam ze stertą bagaży oraz ze śpiącym za ścianą JongHyunem, który nie bardzo przejmował się wyjazdem. Po kilkunastu minutach, gdy w końcu lider pojawił się w salonie, rzucając na stertę bagaży swoją torbę oraz worek ze śpiworem, Key upychał w łazience ostatnie kosmetyki, które chciał zabrać do sporej kosmetyczki. Ciężki but Jjonga już celował w środek ciemnoróżowej torby z połyskującym napisem „FOX”, gdy ktoś energicznie zapukał do drzwi i chłopak nic nie przeczuwając, zamiast kopnąć bagaż, poszedł otworzyć. -Witam serdecznie szanownego pana!!! Nazywam się LuHan, dla przyjaciół Lu Han. Albo odwrotnie, co za różnica. Proszę mówić, jak sobie pan życzy. Jestem tu, by zaproponować panu sprzedaż rewelacyjnych towarów – W tym momencie sprzedawca zrobił krok przez próg, ciągnąc za sobą drugiego osobnika w szarym kapelusiku. Ten drugi nie miał tak radosnej miny i jedynie co chwila pociągał nosem, jakby chorował na zatoki. – Ja i mój pomocnik możemy w magiczny sposób przenieść szanownego pana w krainę cudownych promocji, rabatów, ofert specjalnych oraz  promocji. Mówiłem już o promocji? Nic nie szkodzi, bo u nas promocja goni promocję, prawda, KrissUuu? – Spojrzał na towarzysza, który nieco mocniej pociągnął nosem. – Pana oblicze aż prosi się do zaproponowania panu zestawu kosmetyków o specjalnych właściwościach. Dodają blasku i są w doprawdy cudownej cenie. Jedynie… -STOP !!! – JongHyun w końcu odzyskał głos i niemal z odrazą skrzywił usta – Panie LuHan, czy jak tam panu. Ja nic nie kupuję. Żegnam. – Chciał wypchnąć intruzów, lecz w tej samej chwili Key zainteresował się zamieszaniem przy drzwiach -Kto to? – spytał jedynie i poczuł zimny dreszcz. Znał obu przybyszów, gdyż już parokrotnie próbowali sprzedać mu różne przedmioty, a najgorsze było to, że im się to udało. Za ich namową kupił wielki poradnik „Joga dla początkujących” , depilator „Sweet Lady”, Zzstaw tasaków rzeźnickich oraz niewielką figurkę indiańskiego apacza, która nie robiła nic i nie miała żadnych właściwości, nawet estetycznych. W niewiadomy jednak sposób przypominała KiBumowi kolegę z zespołu, ChangSeona. -O, nasz stały klient. To ja, LuHan, najlepszy sprzedawca w okolicy. Chodząca super oferta. Widzę, że panowie wybierają się w podróż.– Akwizytor dostrzegł stos bagaży. – Może zatem nabędą panowie zestaw toreb podróżnych. Sześć rozmiarów, wzmocnione uchwyty i różnorodny wybór kolorów. -Mamy torby, jak widać, więc żegnam. – Jjong znów spróbował pozbyć się intruzów. -Więc może namiocik? Jedno lub wieloosobowe. Mamy w ofercie też namioty de lux. Poza pomieszczeniami do spania, jest też rozkładany daszek nad samochód. Prawdziwa willa wśród namiotów. Albo grill, duże i małe, w wielu wzorach. Posiadamy też hamaki, krzesełka turystyczne, wygodne buty do wędrówek, oraz dla stałych klientów, gratisy w postaci cudownych, dmuchanych poduszeczek podróżnych – LuHan nabrał powietrza, by znów zarzucić potencjalnych nabywców listą niesamowitych produktów, gdy drzwi mieszkania obok otworzyły się. -Słyszałem że pan Oh SeHun spod 44B wybiera się za kilka dni na jakąś wyprawę i potrzebuje sprzętu. Polecam iść do niego, a do nas zapraszam za dwa dni, wtedy chętnie coś kupimy. – Henry przecisnął się koło pocierającego nosem Krissa – Ale powinniście się pospieszyć, bo za kilkanaście minut wyjdzie do pracy. – Dodał, kłaniając się lekko na pożegnanie. -Devil…. Jesteś wielki. – Jjong przyznał z ulgą, gdy intruzi odeszli w pośpiechu.  – Co mnie podkusiło… A właściwie skąd wiedziałeś? -Nie mam pancernych drzwi, a pan LuHan ma donośny głos. – Chłopak kiwnął radośnie głową – Dobra, to ja idę skończyć się pakować.  

   W tym samym czasie TaeMin i Onew starali się upchać wszystko, czego by potrzebowali w dwie średniej wielkości torby i dwa podręczne plecaki. Nie mieli do końca pojęcia, jakie warunki ich czekają przez najbliższy tydzień, jednak obaj w pewien sposób cieszyli się na ten wyjazd. Owszem żaden z nich nie miał go w planach, jednak bez słowa sprzeciwu przystali na propozycję Tiffany.  Dawni opiekunowie FL już czwarty raz organizowali dla siebie i swoich podopiecznych jesienny wyjazd nazywany dumnie „treningiem w plenerze”. Tak naprawdę przez siedem dni niewiele się ćwiczyło, za to dużo jadło, spało, spacerowało i rozmawiało o mało ważnych sprawach. Mimo braku jakiś intensywnych ćwiczeń, wszystkim to oderwanie od pracy wychodziło na dobre. W tym roku sprawa wyglądała inaczej i nikt nie wiedział, jaki wszystko będzie miało przebieg. Okazało się, że Changmin miał zamiar odnawiać swoją znajomość z Tiffany i całkiem niezobowiązująco zaproponował jej, by pojechała z nimi. Chcieli powspominać szkolne lata, lecz nie chwalili się nikomu, że w czasach liceum lubili się bardzo, a jedna głupia kłótnia sprawiła, że ich drogi się rozeszły. Oboje wówczas byli zbyt dumni, aby przeprosić tę drugą osobę, więc uczucie z czasem wygasło. Miała jechać też Luna, by mogła odpocząć i odzyskać równowagę po wydarzeniach, jakie ostatnio przeszła. TaeMin został zaproszony spontanicznie przez JaeJoonga, gdy obaj (z różnych powodów) odwiedzali mieszkanie muzyków. Wtedy też jednocześnie Tae spytał, czy mógłby zabrać swojego zapracowanego hyunga, z którym mieszka, a KiBum dorzucił, że skoro jedzie tyle osób z agencji, to MinHo również powinien się z nimi wybrać, bo kto jak kto, ale On odpoczynku potrzebuje. Ten ostatni najdłużej się wahał z przyjęciem propozycji. Musiał załatwić sobie wolne tak, by nie stracić posad oraz znaleźć opiekę dla siostry. Ostatecznie JunHee miała zostać u koleżanki ze szkoły i „Żabuś”  pełen sprzeczności i złych przeczuć mógł jechać. Jechała też Puff, a jedyną osobą, która nie była zaproszona i która od początku sprzeciwiała się temu wyjazdowi, był menager, ale cała reszta ignorowała jego groźby oraz ostrzeżenia. Nawet Joon, który zawsze odstawał nieco od reszty, był zadowolony, że na kilka dni uwolni się od ojca i wuja oraz ich wielkich planów. Jemu samemu wizja by zostać liderem podobała się, jednak tamci dwaj za mocno ostatnio naciskali i wymagali za dużo. Nawet teraz został wezwany na rozmowę i zastanawiał się, czy jego wuj wpadł na kolejny wspaniały pomysł.  Chłopak siedział i zastanawiał się, jak plany jego rodziny wiążą się jego własnymi pragnieniami. Osiągnąć jak najwięcej, dostać się na szczyt, a kiedyś może zająć miejsce wuja na fotelu prezesa wytwórni.  Czy miewał wątpliwości? Owszem, bo przecież nie był z natury chodzącym złem, ale przez lata „prania mózgu”, był pewny, że dąży do słusznego celu. -Więc ten wasz lider przestał sprawiać problemy? - Pytanie starszego mężczyzny padło, ostro tnąc powietrze. – Nie pije i pracuje nad muzyką? -Nie powiedziałbym, że nie sprawia problemów, bo nadal jest arogancki, odmawia udzielania wywiadów, czy brania udziału w jakiś programach telewizyjnych. Nie jest też miły dla fanów, co odbija się bardzo na jego opinii. Jednak jak już zdecyduje się powiedzieć jakiemuś dziennikarzowi kilka słów, mówi z sensem, jest opanowany i trzyma się tematu. Dużo pracuje , owszem, i przyznam, że to, co tworzy, jest dobre. Kawałek demo, który wrzucił do internetu, zyskał duże uznanie. -Niedobrze. Miał iść na dno, a nie spaść i wrócić w chwale. Miał zakosztować jedynie przez chwilę sławy, po czym wylądować w rynsztoku. Niech by się nawet zapił na śmierć. Albo nie, to zbyt proste. Powinien przynieść wstyd swojej rodzinie. Jego ojciec powinien zrezygnować ze stanowisk, które ma. Powinien przyjść i błagać mnie o pomoc. -Wuju, przez najbliższy tydzień mnie nie będzie. Zespół ma wyjazd, o którym Ci mówiłem. -I bardzo dobrze. Słuchaj wszystkiego, co mówi ten drań. Bądź jego cieniem i znajdź coś, co go zniszczy. Czy ma może dziewczynę? -Z tego co wiem, to nie. On chyba jest…. – Joon pomyślał o rozmowie z JongHyunem sprzed jakiegoś czasu, gdy tamten przyznał się do związku z basistą. Nie był jednak pewny, czy nie był to jedynie pijacki bełkot i lider nie pomylił przyjaźni z czyś innym – On jest chyba … -No co on chyba jest ! Wyduś to w końcu.- Starszy mężczyzna oparł dłonie o biurko. -On jest chyba teraz zbyt zajęty, by myśleć o randkach. -Masz pewność? Jeśli by mu na kimś zależało, można by to wykorzystać. Uderzyć w tę osobę albo… - Zaciśnięte dotąd usta lekko uniosły się w chytrym uśmiechu – Dowiedz się dokładnie tego. Kto może być słabym punktem tego zera. -Możesz na mnie liczyć. Jeśli tylko coś będę wiedział, skontaktuję się. – Joon wstał i skierował się w stronę drzwi. Odwrócił się i przyjrzał się wujowi z zaciekawieniem. – Tobie i ojcu aż tak bardzo zależy, by zniszczyć Kim JongHyuna? -Jeszcze bardziej – Odpowiedz padła sykiem pełnym nienawiści.- Sam mówiłeś, że wiesz już, dlaczego aż tak nam na tym zależy. Twój ojciec stracił kobietę, której pragnął, bo ten parszywy drań mu ją odbił. Ojciec tego waszego lidera zniszczył też moje życie, donosząc na mnie, gdy zaczynałem biznes. Straciłem przez niego dużo pieniędzy i reputację, którą z trudem udało mi się odbudować. Nikt nie kazał mu wtykać nosa w nie swoje sprawy. Wielki pan biznesmen zadarł z naszą rodziną i teraz będzie się płaszczyć przed nami, byśmy pomogli jego synowi. Ale tak się nie stanie. Pamiętaj, on musi zacząć pić, jak nigdy wcześniej, a jeśli to się nie uda do końca roku, sięgniemy po inne środki, jeśli będzie trzeba. Ma być bohaterem skandali, znienawidzony przez fanów, wróg publiczny. Jego ojciec ma mnie błagać o pomoc i zatuszowanie wszystkiego. Jeśli zawiedziesz…. - Spotka mnie sroga kara. Słyszałem już to wiele razy. Dostaniecie swoją zemstę. Wyszedł wściekły bardziej na siebie niż na wuja. Zapalił papierosa, zaciągając się głęboko Gdy dołączył do zespołu, myślał, że JongHyun jest bydlakiem, chamem i nic niewartym śmieciem. Ojciec postarał się o wyrobienie opinii swojemu wrogowi. Tyle, że z czasem Joon miewał wiele wątpliwości. Owszem, ostatnio lider sporo pił i bywał nawet agresywny, jednak ani teraz , ani wcześniej, nie stanowił jakiegoś realnego zagrożenia. Był uzdolniony muzycznie i miał świetne pomysły, które przyniosły zespołowi rozgłos. To on był autorem największych przebojów grupy i on potrafił ogarnąć zawsze wszystkich oraz wyciągnąć ich z różnych opresji, jakie wpadali. Koncert, gdy okazało się, że padł cały sprzęt elektroniczny i wydawało się, że jedynym wyjściem będzie oddanie pieniędzy za bilety, uratował, każąc załatwić tyle świec ile się dało, pozapalać je na scenie. Gitary elektryczne zamienili na akustyczne, a Henry dostał przyciągnięte ze szkoły obok pianino. Akustyczny koncert okazał się wielkim sukcesem, zaskakując całą wytwórnię. Wiele takich sytuacji miało miejsce i trzeba było przyznać, że funkcję lidera pełni odpowiedni człowiek. Można było na niego liczyć i to właśnie  najbardziej teraz irytowało Joona. Łatwiej byłoby, gdyby faktycznie Jjong był zerem.

 -Kto jej powiedział, kiedy jedziemy !?! – Jjong grzmiał, patrząc wściekle na swoich kolegów – Co ta idiotka robi na dole spakowana i gotowa do wyjazdu? 
-Ja nie wiem. Gdy upychałem swoje torby do samochodu,  stanęła obok i oznajmiła, że jest gotowa, po czym zaczęła wzdychać, jak to będzie wspaniale spędzić z tobą kilka dni…. No i że pewnie też na to czekasz. – Henry podrapał się po głowie, po czym złapał jeszcze jeden plecak i jakieś koce. – W sumie mam pewien pomysł. 
- Jeśli się jej pozbędziesz, dostaniesz do jedzenia, co tylko zechcesz, a jak się dowiem od kogo miała informacje, to ten ktoś straci głowę. – Wbił wzrok w basistę – Więc kto?
-Czego się na mnie patrzysz? Myślisz, że nie mam co robić, jak latać po mieście i ogłaszać co, gdzie i kiedy robisz? Ja nie rozmawiam z nikim, przecież wiesz, że nie ufam ludziom.
-Ostatni święty na tym świecie, Kim KiBum. – Lider parsknął – Tak, owszem, to był sarkazm, jeśli nie zrozumiałeś. A ty, Henry, zrób coś by ona znikła. Długo nie dawała znaku życia i myślałem, że jej przeszło. 
- Ta cała Son NaEun nie wygląda na kogoś, kto szybko zrezygnuje. Ale daj mi trochę kasy, a pozbędę się jej szybko i bezboleśnie. – Pianista uśmiechnął się, przyjmując zwitek banknotów. – Wyślemy ją na wycieczkę. – Sięgnął po telefon i zamówił taxi pod budynek gdzie mieszkali. – To ja idę się zająć Twoją ukochaną, szefie – Puścił oczko, ale zaraz musiał uciekać, gdy w jego kierunku poleciała sporej wielkości kosmetyczka Foxa.  W następnej chwili wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Kosmetyczka łukiem leciała w kierunku drzwi, za którymi zniknął pospiesznie Henry, a w kierunku kosmetyczki również łukiem szybował KiBum, który wybijając się silnie, przecinał powietrze niczym strzała Robin Hooda, by trafić do celu. Niestety, cel minął opuszki palców muzyka o milimetr i z cichym pacnięciem uderzył w futrynę, a następnie o podłogę. Basista runął znacznie głośniej. jęcząc z bólu i poniesionej według niego straty.
-Coś ci się stało? – Lider spytał bardziej z obowiązku niż z troski
-Nie… -KiBum masował dłoń 
-Szkoda, bo myślałem że nie pojedziesz . I sorry za tamto – Wskazał kosmetyczkę 
-Może nic się jej nie stało, Może nic się nie zbiło, ani nie zgniotło – Zaczął czołgać się w stronę drzwi ,które właśnie gwałtownie się otworzyły, przygniatając skarb muzyka do ściany. Dało się słyszeć zgniatane szkło i inne dziwne odgłosy. JaeJoong z uśmiechem wkroczył do mieszkania, zacierając dłonie.
-To co wszyscy gotowi? – Zawołał radośnie, nie wiedząc, że jeden z jego podopiecznych właśnie zapałał do niego żądzą mordu.
- Mój…mój… mój francuski błyszczy…. Mój…. – Fox ślizgiem runął między nogi przybyłego, sięgając po kosmetyczkę, by chwilę potem tulić ją w swoich wątłych ramionach. 
-A temu co się stało? – Hero zgrabnie odskoczył w bok – Widziałem, że na dole już zebrało się kilka osób, więc chyba czas na nas. Zdążymy zajechać na dworzec, a Draguś tu pozamyka, skoro ma jechać z Joonem.Myślę, że jak wyjedziecie za godzinę, to spotkamy się na miejscu.-Wszyscy cieszyli się że nie będą musieli nosić bagaży bo te zostaną zawiezione ma miejsce jedynym samochodem jaki był w stanie pokonać leśne drogi.Była to niedawno kupiona terenówka Joona z której był bardzo dumny.
-Ja nie idę, aż się nie dowiem, że ta ameba już zniknęła.- JongHyun usiadł na kanapie i demonstracyjnie zaparł się nogami. – Już i tak towarzystwo pewnych osób mnie irytuje, więc nie mam zamiaru…
-Pojechała !!! Daleko….– zawołał Henry, pojawiając się w mieszkaniu – Wsadziłem ją do taksówki, mówiąc, że martwiłeś się, iż będzie się cisnęła z nami w tłoku i pocie. Przekazałem, że zleciłeś, by wygodnie dojechała na miejsce, opłacając taxi. Kierowcy zapłaciłem z góry za kurs…… W całkiem przeciwnym kierunku niż my się wybieramy. Oczywiście opłaciłem kurs tylko w jedną stronę, więc….
-Cudownie. – Lider poderwał się ściskając chłopaka – Niech sobie pozwiedza okolicę. Jeśli będzie wracać pieszo, zajmie jej to kilka dni, w ciągu których będzie mogła przemyśleć swoje postępowanie i odczepi się ode mnie.
- To jedziemy? A moja kosmetyczka? Ta była najważniejsza. – Fox patrzył na zmasakrowane wnętrze kosmetyczki. 
- Jedziemy do lasu, przyjacielu. Tam nie musisz stosować tych wszystkich mazideł. W końcu jadą tylko sami swoi. – Draguś parsknął okruszkami kanapki, którą właśnie jadł. 
- I On – KiBum dodał tak cicho, że nikt go nie usłyszał, po czym poganiany przez innych ruszył w stronę drzwi.
-I Lisku, nie zakładaj szpilek, pamiętaj że będziecie szli przez las. – Perkusista zaśmiał się, lecz zaraz zakaszlał, bo wspomniany lisek zawrócił i wepchnął mu wielką bułkę w usta, szepcząc coś o udławieniu się. 

                                     

TaeMin:
Ciuch ciuch ciuch…. Jadę sobie pociągiem i jest fajnie. Onew hyung przysypia, Henry coś czyta, widzę też Minho, który patrzy w okno, udając ze nie słucha KiBuma, ale chyba jednak słucha, bo chwilami nieznacznie się uśmiecha. Hmmm hyung Żaba jest taki przystojny. Nawet ja to widzę i przyznaję z lekkim ukłuciem zazdrości. Chociaż ja też mam swoje zalety i dużo uroku. Mam je…. Mam… Hmmmm Inni siedzą z przodu i nie widzę ich, jak byłem w WC, to Luna też spała, a reszta grała w karty. Za to idiotę widzę aż za dobrze. Siedzi lekko po przekątnej z zamkniętymi oczyma i słuchawkami na uszach. Mam ochotę się podkraść cichutko i na przykład zwiększyć głośność tego, czego słucha, albo zrobić coś innego. Ciuch ciuch…. Może lepiej popatrzę w okno, bo inaczej zrobię coś głupiego i będzie afera. Tyle ludzi w koło i znam wszystkich, a oni troszczą się o mnie, bo podobno jestem nieporadny. Niech sobie tak myślą. Ren miał też jechać, ale postanowił, że idzie na studia, a że dopiero je zaczął, nie mógł sobie pozwolić na tygodniowe wolne, tak jak załatwił to sobie Minho. Nie wiem jak. Amber też odmówiła na propozycję wyjazdu, bo musiała się zająć jakąś babcią czy ciocią. Ciuch ciuch ciuch. Ale mi ciucha w głowie. O czym to ja myślałem? O, Idiota by powiedział, że o niczym i pewnie nazwałby mnie dzieciakiem. Nie, nazwałby mnie szczeniakiem, albo jakoś gorzej. Dobrze, że chociaż od jakiegoś czasu nie krzyczy za każdym razem, jak mnie widzi. Chyba weszliśmy w nowy etap, gdzie on mnie ignoruje i udaje, że nie widzi. a ja jestem mniej upierdliwy w taki otwarty sposób. Siku…. Znów mi się chce siku…. Jak ostrożnie wstanę, to Jinki nie obudzi się jak poprzednim razem. Śpij sobie, śpij, hyung …. Ja sobie tu przemknę cichutko. No tak, dalej grają w karty …. Oby było wolne, wolne, wolne Udało się…  Znaczy częściowo się udało. Teraz pozostało jeszcze to zrobić. Czy ktoś wie jak trudno jest siusiać w pociągu? Owszem może w tych jakiś nowoczesnych, co to suną płynnie po torach, ale nie w takich jak ten. Szarpie na boki, zarzuca, a ja mam sikać. Sikać, trzymać równowagę i jeszcze patrzeć, żeby mi ta klapka nie spadła, bo wtedy nie będzie wesoło. Czuję stres… Spokojnie, ciuch ciuch ciuch……. Dam radę. Siku siku…  O, jak mi się zatrzasnęło, dobrze, że skończyłem. Ale stres, prawie jak sporty ekstremalne. Woda na rączki…. Nie ma. Hmmmm. Napluć? A nie, przecież, ja jestem przewidujący. No dobra, kogo ja okłamuję. Po prostu z przyzwyczajenia noszę nawet do kibelka swój plecaczek. Ma wodę, więc jakoś się umyję.  Mam nadzieję, że już nie będę musiał odwiedzać tego miejsca. Nie wiem, ile jeszcze będziemy jechać.  Teraz może wrócę na miejsce i zagadam do Henrego?  Chętnie mi opowiadał wcześniej różne historie o zespole. No, już jestem na miejscu. Ciuch ciuch ciuch  jeszcze tylko….Aaaaaa…… 




Pociąg, wchodząc w zakręt, gwałtownie zahamował i szarpnął, idący chłopak stracił równowagę i poleciał w bok, upadając na kolana JongHyuna, który zadziałał instynktownie czyli zepchnął intruza z kolan na ziemię, po czym wyszarpnął słuchawki z uszu.
-Co do cholery? Czego? 
-Ciuch, ciuch… znaczy... – TaeMin nie bardzo wiedział, co i kiedy się stało. Dopiero co stał, a teraz siedział na ziemi i bolała go głowa. – Ja chyba …
-Co mu zrobiłeś!?! – Henry poderwał się z miejsca, wołając  na tyle głośno, że całe towarzystwo skupiło się w koło lidera. 
-Ja nic, to on…-Jjong wymamrotał, widząc wbite w siebie kilka par oczu. – Wlazł na mnie. – Chciał coś jeszcze dodać, ale w tej samej chwili zobaczył, że temu dzieciakowi od skroni po policzku spływa stróżka krwi. TaeMin upadając, lekko uderzył bokiem głowy w okno, a wystająca blaszka rozcięła mu skórę. Rana nie była wcale groźna, a rozcięcie niewielkie, jednak krew wyglądała imponująco na bladej skórze chłopaka.
-Mnie nic nie jest. Przepraszam. – Minnie, przytrzymując się, wstał. Skłonił się lekko JongHyunowi, po czym przepchnął się, mimo protestów innych, na swoje miejsce i usiadł, nie zaszczycając muzyka ani jednym spojrzeniem. Wyjął chusteczki higieniczne i przyłożył do skroni – Powiedziałem ,że nic mi nie jest. 
-Ale przecież … - Tiffany zdecydowana była sprawdzić czy rana nie jest głęboka – Pokaż…
-Powiedziałem, że jest Ok. Nie mam dziury w czaszce. Nie przejmujcie się. – Niechętnie i wolno wszyscy wrócili na swoje miejsca.
-Tae, na pewno wszystko dobrze? – To Jinki pochylił się w stronę chłopaka – Gdzieś mam chyba plaster, poszukam – Po chwili nakleił niewielki kolorowy plasterek na skroni przyjaciela, który siedział niespodziewanie spokojnie i cicho. Nie wiedział, że chłopak właśnie postanowił całkowicie ignorować muzyka i więcej nie znosić jego nieprzyjemnych zachować. Było to nieco irracjonalne, bo wcześniej Jjong bywał bardziej niemiły, jednak nie wiedzieć czemu, zepchnięcie z kolan wydało się być dla TaeMina czymś nie do wybaczenia.

JongHyun :
Co tu się właśnie stało? Co ten dzieciak znów wymyślił? Kręcił się w jedną i drugą stronę a teraz jeszcze rzuca się na mnie. No dobra, chyba nie zrobił tego specjalnie, ale nie mógł oczekiwać, że obejmę go radośnie, zwłaszcza, że tak mnie zaskoczył. A cała reszta nie miała prawa patrzeć na mnie oskarżycielsko. Co oni tacy przewrażliwieni. Owszem, jak zobaczyłem krew, to przez chwilę jakoś tak mi głupio się zrobiło, ale w końcu nie ja mu ten łeb rozwaliłem. Jeszcze się obraził, szczeniak. I dobrze, może przestanie łazić za mną i uprzykrzać mi życie… Irytuje mnie…Denerwuje… Mam go dość… Taki wiecznie miły… Wiecznie uśmiechnięty… Te jego pogadanki, że wrócimy na szczyt… Brednie… Jeszcze chwali moją muzykę…  Ostatnio znów mam ochotę pisać, ale to nie jego zasługa. Miałem gorszy czas, ale to minęło… Siedzi i nawet nie spojrzy, pisklak…Nastroszyło się to, to , to jakieś takie…. No udawaj, że interesuje cię krajobraz za szybą. Pewnie w głowie snujesz kolejny plan, jak mnie zdenerwować. Co będzie kolejne? Obwiesisz plakatami zespołu całe miasto? Będziesz pisać do rozgłośni radiowych z dziesiątek profili i prosił o nasze piosenki? A nie, to już robiłeś. Pewnie teraz coś ci się rodzi w głowie. Nawet nie spojrzysz… Taki jesteś twardy? Pewnie wytrzymasz tak jeszcze nie dłużej niż 5-10 minut. Ooo Henry wydaje Ci się dobrym rozmówcą. No proszę, jakiś ty przyjacielski. I na zwierzenia ci się zebrało. O jej jakie to smutne, chłopczyk ma tremę przed występami. Taki towarzyski, a ludzi się boi, kto by pomyślał. Hmmm Po cholerę ja się na niego patrzę i myślę o nim. Co mnie to obchodzi, że przez ten strach zawalił przesłuchanie. Jak ktoś nie ma talentu, to niech się nie pcha na scenę. Głupi dzieciak… Ojciec znów dzwonił i kolejny raz pytał, czy nie zmieniłem zdania. Wie, że ostatnio nie idzie nam najlepiej i widzi w tym szansę. Nie potrafi pojąć, dlaczego chcę żyć po swojemu. Pytał nawet, gdzie popełnili błąd, jako rodzice. Nigdy mi niczego nie brakowało. Nawet twierdzono, że jestem rozpieszczony. Może i byłem, i może mi to wszystko stanęło kością w gardle. Czy tak trudno pojąć, że chciałbym sam decydować o własnym życiu? Cholera… Cholera… A może zrozumieli? Może w kocu zaczynają przyjmować do wiadomości, że sam wybieram drogę. Przecież spytał mnie na koniec, czy wszystko dobrze i … Ech…..Mam nadzieję, że Max i Hero kupili trochę piwa na ten wyjazd…. A ten nadal nawet nie spojrzy… Pieprzyć to. 

***
- Ja proponuję, żeby dziewczyny zajęły pokój gdzie są dwa łóżka. To jedno jest dość duże na dwie osoby no i będziecie miały osobną łazienkę.– Max z uśmiechem stał pośrodku niewielkiego saloniku połączonego z kuchnią. – Nam, panowie, zostaną do dyspozycji dwa pokoje i ewentualnie ten cudowny i jakże przestronny pokój . A tak, zapomniałbym, jest jeszcze składzik, tu na dole. Nie ma okna, ale jest czysto i  luksusowo, jak mówi właściciel tego domku. Nie wiem, ale podobno jest tam kryształowy żyrandol oraz marmury na podłodze. – Zaśmiał się. - Spokojnie dwie osoby się zmieszczą. 
-Max, to może my dwaj zajmiemy tę przytulną miejscówkę? A na górze te dwa pozostałe pokoje podzielą między siebie muzycy oraz panowie z…..z…. z….. – JaeJoong zamachał dłonią w stronę, gdzie stał Onew, Minho oraz Taemin – No ci właśnie.
-Chwila… W dwóch pokojach po trzy osoby, a w jednym cała nasza piątka? – Fox nerwowo zamrugał powiekami
-Jak chcesz, przenieś się do dziewczyn. 
-A żebyś wiedział, parszywy gadzie, że wolałbym z dziewczynami, niż z tobą obok. Pocisz się w nocy, chrapiesz, ślinisz i bełkocesz .
-Sam chrapiesz i bełkocesz, sierściuchu – JongHyun nie pozostał dłużny. 
-Jak mnie nazwałeś, ty przerośnięta jaszczurko?
-Sierściuchem, y wyliniały koto-psie.
-Jesteś najbardziej irytującą osobą, jaką znam. Obyś wyginął, jak twoi przodkowie, dinozaury.
-Aleś mi dogadał. No aż nie wiem co powiedzieć!
-Kupie ci jakiś słownik, żebyś się douczył!
-Cisza!!! – Puff walnęła jednego i drugiego po ramionach – Obaj zachowujecie się gorzej niż dzieciaki. Pokój numer jeden zajmują dziewczyny. Schowek starsi panowie dwaj.
-Ej noooo, nie tacy starsi – Hero poprawił włosy – Młodzi, piękni, w sile wieku.
-Więc młodzi, piękni panowie. Drugi pokój na górze zajmują Joon, Henry i Dragon. Ostatni pokój należy do Taemina, Jinkiego, KiBuma i …. i…
-MinHo – Basista podpowiedział z uśmiechem
-MinHo, właśnie. Wiedziałam, tylko przez tych palantów i ich sprzeczki, zapomniałam. Macie coś przeciwko, by KiBum spał z Wami?- Jej spojrzenie było takie, że żaden z pytanych nawet nie ośmieliłby się zaprzeczyć.  Tak naprawdę żadnemu to nie przeszkadzało i tylko Żabol zastanawiał się nad tym, jak będą wyglądać noce. Spanie czy długie rozmowy, a raczej monologi. 
-Nie zapomniałaś o kimś? – lider FL rozłożył lekko ręce na boki – A ja to pies?
-Czasami miała bym ochotę wsadzić cię do budy, słoneczko, ale nie dziś. Możesz sobie wygrać z kim chcesz spać albo masz do dyspozycji salon. Podłoga lub kanapa. 
- Salon? I was wszystkich siedzących mi nad głową do późna w nocy albo łażących rano ? Nie, dziękuję. To już jakoś się przemęczę z… z moim zespołem. Prawie całym zespołem. – Kończąc, spojrzał na Foxa,  jak na jakiegoś zdrajcę. 
    Nieco czasu minęło na rozdzielaniu bagaży, segregowaniu i podziale pościeli, która była na miejscu oraz tej, którą dowieziono w postaci, koców, śpiworów i sporej ilości poduszek różnej wielkości. Dziewczyny na ochotnika zgłosiły się do przygotowania pierwszej kolacji na którą składała się wielka misa jajecznicy oraz barwnie udekorowane kanapki. Już wcześniej ustalili, że posiłki mają być proste i szybkie w przygotowaniu. Nikt nie chciał spędzać połowy dnia na gotowaniu.  Podczas posiłku okazało się, że najmniej wszystkich zna MinHo. Z zespołu nieco lepiej poznał jedynie KiBuma, a z agencji Taemina, który też często przesiadywał w barze. Owszem znał Tiffany i Lunę, ale właściwie tylko zawodowo, bo przy swoim trybie życia niewiele miał czasu na towarzyskie spotkania, czy jakieś zawieranie przyjaźni. Niby wszystkich znał, ale niewiele o nich wiedział. Teraz miał okazję dowiedzieć się nieco więcej o każdej z osób, dlatego też zaproponował, by na początek każdy opowiedział jakąś historię ze swojego życia, która akurat teraz przyjdzie mu do głowy. 
-Ja mogę być pierwszy. – Henry podniósł rękę. – Chyba że …. 
-Mów młody, mów. –Max uspokajająco poklepał chłopaka po plecach - Co masz za historię dla nas?
- Tak mi się przypomniało przez to ciasto – Wskazał kawałek, który właśnie kończył jeść- Ja lubię różne wypieki. Od dzieciństwa lubiłem chyba przez to, że moja mama często coś piekła. Najbardziej lubiłem ciasto z zakalcem.
-Nie umiem piec zakalca – Key wydął smutnie usta- No nie umiem…
-Przecież zakalec to ciasto, które nie wyjdzie więc…- Tiffany spojrzała zaskoczona.
-Wiem, wiem i nie umiem takiego upiec. – Lisek znów dodał, po czym wypuścił powietrze, jakby był przekłutym balonikiem.
-No więc, ja lubiłem takie z zakalcem. Moje starsze rodzeństwo też. Pamiętam, jak pewnego razu marudziliśmy mamie, żeby zrobiła coś, by wyszedł zakalec. Ale trzy kolejne ciasta, jakie upiekła były idealnie pulchne. Dobre, ale jednak nie zakalec. Próbowała kręcić w obie strony, a podobno należy w jedną. Coś tam nie domieszała… i tak wychodziło dobre. Wtedy powiedziała nam, że jest taki przesąd iż kobieta podczas miesiączki nie powinna piec, bo wyjdzie zakalec i że jeśli poczekamy tydzień to dostaniemy to, co chcemy. Nie bardzo wiedziałem, co to ta cała miesiączka, miałem chyba 5 czy 6 lat, ale cieszyłem się że w końcu zjem….
-ZAKALEC !!! – Krzyknęło ze śmiechem kilka osób razem.
-Dokładnie – Henry uśmiechnął się rozmarzony na wspomnienie. – Jednak ciasto znów wyszło dobre. Mimo tej całej miesiączki. Takie rozczarowanie. Mama stwierdziła, że widocznie przesądy kłamią….
-I to cała historia?
-Nie, nie, Onew hyung. To jeszcze nie koniec. Po kolejnym tygodniu mama była na kontroli lekarskiej i po powrocie zwołała nas, twierdząc, że ma niespodziankę. „Kochani, chcieliście ciasto z zakalcem, ale zamiast tego, będziecie mieć rodzeństwo. Nie miałam miesiączki, bo jestem w ciąży. Coś mi się wydawało, że to plamienie, to za mało” … Nie słuchałem, bo rosło we mnie poczucie niesprawiedliwości, jakiej się dokonano na mnie. Ja chciałem zakalec. Rodzeństwo już miałem i jedno więcej czy mniej, nie robiło mi różnicy. Byłem śmiertelnie obrażony i pamiętam, że demonstracyjnie nie spuszczałem wody w toalecie przez trzy dni. A potem…. Potem nastał święty czas. Przez całą ciążę. Nie wiem czy to hormony czy cud, ale do porodu mamie nie wyszło ani jedno ciasto. Co tydzień zakalec. Czekoladowy zakalec, waniliowy zakalec, zakalec z jabłkami, zakalec…zakalec….
-A ja nie umiem piec….
-Wiemy !!! – Znów zabrzmiało kilka głosów – Kto teraz? – Max chciał podnieść dłoń, ale Dragon go wyprzedził.
-Ja!!! Ja opowiem. Jakiś czas temu jadę sobie z Joonem samochodem i nudziłem się. Z dwie godziny jazdy przed nami, więc przydałoby się czymś zająć. Chciałem wygodnie usiąść, ale nóg położyć na tym… no tym z przodu nie wolno…
-Kopałeś mi butami przecież po …
-Cicho, to moja historia.
-Ale ja chciałem wyjaśnić…
-Ja mówię, więc wyjaśniać będziesz potem. A zatem, nóg nie, stać na siedzeniu i wystawać szyberdachem też nie.
-To nieprzepisowe …
-Przestań się wtrącać, Joon.  Nogi nie, szyberdach nie, więc proszę go, by chociaż jakąś muzykę włączył, to się człowiek pogibie. 
-Mówiłeś, że jakiś czas temu, a to dziś było
-Jeszcze raz mi przerwiesz i z całym szacunkiem, ale skrzywdzę cię straszliwie. Miałeś kiedyś pałeczki w nosie? Albo w innych otworach ciała twego? Nie miałeś, to mieć możesz. Co to ja mówiłem…  A że muzykę. Włączył. Coś tam gra i ja się pytam „Co to jest!!!” No ludzie, takiego kawałka to nie słyszeliście. Nie wiem, kto tego słucha. Jak to szło „Wow, Fantastic Baby…Dance….I want to dance,
dance, dance.Wow, Fantastic BabyDance….I want to dance,dance, dance…Wow, Fantastic Baby” Ja się pytam, co to jest?!?! Joon, że jakieś BigBang. Nic mi to nie mówiło, więc look do neta. Ma się w telefonie. No więc, do neta i patrzę. Jeden taki z fryzury podobny do Foxa, połowa głowy wygolona, a z drugiej strony grzywa do pasa. Drugi jakiś taki nieforemny jogę ćwiczył z gołą klatą i tylko ten  w blue fryzurce nawet fajny, ale ogólnie to co to było. 
- „BOOM! Shakalaka! BOOM! Shakalaka! BOOM! Shakalaka! Dance Dance Dance Da-Dance BOOM! Shakalaka! BOOM! Shakalaka! BOOM! Shakalaka!Da-Da-Da-Da Dance Dance” – Minho i Taemin zaczęli śpiewać razem, a po chwili całe towarzystwo wyło i tańczyło.
-Znacie to?- Dragon stanął na fotelu- Serio znacie? No to ..”Fantastic baby …!!!! – dołączył się do reszty.  Chwile późnie,j gdy już wszyscy się uspokoili, JongHyun popił kanapkę piwem i wstał z miejsca, zabierając Foxowi puszkę z alkoholem. 
-A jemu nie wolno pić? – Zainteresował się Minho.
-Nigdy, ale to przenigdy nie dawaj mu alkoholu – Dino usiadł ponownie – On powącha kapsel i już jest nawalony – Zignorował prychnięcie Keya-. Nigdy nie należy z nim pić. Pamiętaj. Henremu też nie dawaj. On odwrotnie, może pić i pić i pić bez końca. Nikt tego nie rozumie, ale mamy teorię, że on alkohol wypaca. No rozumiesz. Pije i się poci, więc jest trzeźwy. Nie opłaca się z nim pić. O i jeszcze Joon…
-Co ja?
-Tobie też nie powinien podawać alkoholu, bo jak wypijesz, to się kłócisz o zapłatę. – Znów spojrzał na Minho- Pamiętaj….. Joon nie płaci. Będzie się z tobą sprzeczał godzinami, że już uiścił opłatę. 
-Co ty pieprzysz, Jjong? Ja zawsze płacę. 
-Serio? Chłopaki, kto płaci, jak Joon pije?
-My!!! – zZwołała cała pozostała trójka.
-No więc, widzicie. Joon nie płaci. Joon nie płaci. 
-A zamknij się już.
-Znałem jednego, co też nie chciał zapłacić – Doleciało z kącika, gdzie siedział TaeMin z kubkiem czekolady- Dawno to było.
-O płatnościach potem pogadamy -JaeJonng uciszając wszystkich, zaczął grobowym głosem. -Dawno temu przeżyłem dziwną przygodę. Dzień zapowiadał się spokojnie i nic nie zwiastowało tego, co miało nastąpić. Jadłem z moim słoneczkiem obiad gdy …
-Nie jestem żadnym słoneczkiem! – Zdecydowanie wtrącił się Max.
-Wiem skarbie, wiem. Jedliśmy obiad, a popołudnie zapowiadało się na leniwe i spokojne. Nagle jednak zadzwonił mój telefon. Już sygnał mnie zaniepokoił, chociaż brzmiał tak samo jak zawsze, ale jednak inaczej. Odebrałem i wiedziałem, że wszystko się zmieni. Wiadomość była nieco chaotyczna, jednak wychwyciłem to co najważniejsze. Potrzebowano mnie. Mnie i Maxa. Złapałem go i pociągnąłem do wyjścia. Jechaliśmy, łamiąc chyba wszystkie przepisy drogowe. Gnałem na złamanie karku. Gdy dotarliśmy na miejsce, zrozumiałem dokładnie powagę sytuacji. Akcja, w której mieliśmy  wziąć udział, była niebezpieczna i ryzykowna. Mogliśmy odnieść rany albo zginąć….. 
-O czym ty mówisz? – Changmin nie mógł sobie przypomnieć sytuacji, w której jego życie było zagrożone – O koncercie w tym klubie, co to….
-Nie… nie o tym. –Hero machnął dłonią- Ale podczas tej akcji – Ściszył konspiracyjnie głos, pochylając się do przodu. – Podczas tej akcji, pewien desperat wlazł na ołtarz i wył coś cienko, kręcąc biodrami.
-Hyung, jesteś  kretynem. – Wspomniany desperat zacisnął wargi – Też mi coś. – Prychnął, gdy wszyscy zaczęli się śmiać. -Ja znam inną historię -  Spojrzał na KiBuma, który śmiał się najgłośniej – O cudownej kosmetyczce i jej zawartości. Straciła życie całkiem niedawno zmiażdżona drzwiami – Z satysfakcją obserwował, jak przyjacielowi zmienia się wyraz twarzy – Podobno była niezastąpiona. - Widać było, że Key chciał się odgryźć lecz właśnie w tej chwili zadzwonił jego telefon. Jjong znał ten wzrok wbity teraz w wyświetlacz. Zacisnął pięści, widząc, jak Fox wstaje i lekko przygarbiony odchodzi na schody prowadzące na piętro. Wstał i ruszył w tym samym kierunku ,udając  że szuka czegoś w lodówce. Słuchał rozmowy, jaką dobywał właśnie jego basista, chociaż teraz na pierwszym miejscu był przyjacielem. Wszelkie epitety jakimi obrzucał Foxa, zniknęły, ustępując miejsca niezbyt pozytywnym myślą na temat osoby, która dzwoniła i sprawiała, że KiBum stawał się taki…. Taki pokorny. Inne określenie mu nie przychodziło teraz do głowy.
-Tak oczywiście. Przepraszam… Nie miałem jak… Wiem, że obiecałem ale… Przepraszam. Przepraszam. Jest mi bardzo przykro naprawdę. Przepraszam. Jestem teraz za miastem i… Halo? Halo? Halo ….
-Co znów się rozłączyła? I za co tak ją przepraszałeś. – JongHyun stanął przed kumplem z butelką piwa w dłoni – Co znów zrobiłeś źle? Za co oberwałeś? 
-Nie mów o mojej mamie tak …
-Bez szacunku? Wybacz, ale ja nie mam dla niej szacunku. Kiedyś, dawno może tak… a nie, wtedy też nie. Gadaj, co tym razem.
-Nie ważne. Nawaliłem i ... Nie ma o czym mówić – Chciał minąć chłopaka i wrócić do reszty, ale Jjong złapał go za ramię.
-Powiedz mi co tym razem. Zapomniałeś zadzwonić z jakimiś życzeniami? Nie przywiozłeś jej czegoś? Jest chora i to ty ją zaraziłeś? Czasami mam wrażenie, że urodziła Cię tylko po to, żeby…
-Nie mów tak, JongHyun. Zabraniam ci, rozumiesz! 
- Jesteśmy przyjaciółmi KiBum. Przyjaciółmi, pamiętasz? 
-Więc jako przyjaciel nie wtrącaj się.
-Zawsze tak mówisz, a potem i tak przychodzisz pogadać, więc załatwmy to od razu. Jeśli osądziłem ją źle i faktycznie miała prawo się Ciebie czepiać, przeproszę was oboje. 
-Hmmmm, Obiecałem załatwić bilety na nasz koncert. Chciała dać  szefowi i jeszcze komuś. Obiecałem jej, a nie załatwiłem. Sam widzisz, że miała rację.
-Jaki koncert? Ostatnio nie mieliśmy żadnego. W najbliższym miesiącu czy nawet dwóch też nic nie będzie, bo zmieniają nam koncept na tańczących pajaców. Jakie bilety miałeś załatwić? Na czyj koncert?
-Na nasz. Ona nie wiedziała, że żadnego nie mamy. 
-Do cholery, więc co miałeś załatwiać? Magiczne bilety na podróż w czasie na jakiś były albo przyszły koncert? Pani żąda , pani ma …. 
-Mogłem coś wymyślić. Teraz może nie dostać awansu, bo obiecała te bilety. Ja mogłem…
-Człowieku, obudź się w końcu. Nic nie mogłeś. Tak samo, jak nie mogłeś załatwić wejścia za kulisy dla tłumu córeczek jej znajomych bliższych i dalszych. Tak samo, jak nie masz setek darmowych płyt, by mogła je dawać komuś tam. Nie Jesteś winny, że rura jej pękła i nie powinieneś jej przepraszać za to, że nie kupiła na wyprzedaży buraczkowego płaszcza, bo do niej zadzwoniłeś i zająłeś dziesięć sekund. 
-Nie rozumiesz. Przecież to moja matka, kocha mnie i chce dla mnie dobrze.
-Jeśli to jakiś rodzaj miłości, to obym nigdy takiej nie doświadczył. 
-Zostaw mnie. Czepiasz się mnie, a sam z ojcem nie możesz się dogadać.
-To coś innego, wiesz przecież. Bummie….
-Gówno – Warknął Key i wbiegł po schodach, dając do zrozumienia, że rozmowa się skończyła. 
Jjong uderzył otwartą dłonią w ścianę, po czym wściekły wyszedł przed domek gdzie usiadł na stopniach werandy i napił się piwa. Drzewa otulała mgła i sprawiało to nieco straszne, chociaż magiczne wrażenie. Wciągnął głęboko powietrze, starając się uspokoić i poukładać myśli. Tak wiele ludzi w ich życiu ich zawiodło. A może to oni zawiedli? On pewnie tak. Zawiódł kumpli z zespołu. Wiedział to, chociaż długi czas szukał wymówek i powodów, na które mógłby zwalać swoje zachowanie. Szukał winnych… Jak ta kobieta. Nie cierpiał jej, a robił dokładnie to samo. Mało tego, czasami winił tego samego chłopaka co ona. 
-Cholera. Cholera i kurwa! –Nie słyszał że drzwi otworzyły się i wyszedł ciemnowłosy chłopak ubrany w płaszcz. W jednej dłoni trzymał piwo, a w drugiej kurtkę, którą rzucił Jjongowi na ramiona.
-Chłodno jest, a chyba nie marzysz o zapaleniu płuc. Wolne?- Wskazał miejsce obok i nie czekając na pozwolenie, usiadł – Dziwny z Ciebie człowiek.
-Spieprzaj. Idź do środka i baw się dobrze.
- Za chwilę. Mam sprawę do ciebie.
-Ale ja nie mam do ciebie.
-Może okaże się, że  coś damy radę zrobić razem. Zanim przejdziemy do działania jednak, opowiedz mi o nim.
- O kim?
-O KiBumie. Słyszałem waszą rozmowę. Nie, nie podsłuchiwałem. No dobra trochę tak. Byłem w łazience i nie dałem rady nie słyszeć. 
-Słyszałeś, to zapomnij i koniec.
- A ty byś zapomniał? Ale tak szczerze. Nie musisz mnie lubić, możesz mieć mnie w pogardzie, ale jednak z Nim się przyjaźnisz i chyba chcesz dla niego dobrze. Ja też chcę. Powiedzmy, że wolę szczęśliwych klientów. – Obracał butelkę w dłoniach, uśmiechając się przy tym w jakiś dziwny spokojny sposób
-Dał ci ktoś już w mordę za ten uśmiech? No przysięgam, że jak tak patrzę na ciebie, to ledwie się powstrzymuję.
- Jeszcze nie oberwałem, chociaż już słyszałem podobne teksty. Ale nie o mnie będziemy mówić. Co z wami jest nie tak? Czemu nie potraficie rozmawiać, jak ludzie? Opowiedz mi.
-A niby czemu? Co cię obchodzą nasze sprawy. Nie jesteś nikim z rodziny. 
-Ty jego rodziną też nie jesteś, a chyba się czujesz. Może ja też? Przychodzi prawie codziennie do baru. Pije kawę i mówi. Z jednej strony mówi dużo o sobie, ale mam wrażenie, że sporo z tego to pozory. 
-Pozory. Pozory to drugie imię KiBuma. Ech…. – Dino znów się napił i poczuł zmęczenie. Mięśnie go bolały od ciągłego napinania, nawet nie zdawał sobie sprawy do jakiego stanu doprowadził się przez ostatnie miesiące. – Chcesz wiedzieć? Powiem ci. W końcu, jeśli okażesz się być dupkiem, nie będzie to nic nowego w moim życiu. Pamiętaj jednak, że jeśli skrzywdzisz Foxa, skopię ci tę twoją przystojną dupę. Rozumiemy się? – Nie ufał temu dziwnie zadowolonemu z życia chłopakowi, jednak psychikę miał na tyle przeciążoną, że musiał się wygadać. – Co chcesz wiedzieć?
- O co się sprzeczaliście chwilę temu?
-O jego matkę. W sumie o rodziców. Czepiała się, że nie załatwił czegoś, czego nie był w stanie załatwić, a on przepraszał. 
-Mów… Mówiłeś, że nigdy nie miałeś dla niej szacunku. Czemu?
- Lisek jest dzieckiem z wpadki. Nie był planowany, za to popsuł plany rodziców. Zaplanowali sobie karierę na kilka ,a może kilkanaście lat do przodu, a tu taka niespodzianka. Dziecko, którego żadne z nich nie chciało. Żeby było wesoło, dzieciak urodził się słaby i długo leżał w inkubatorze. Od najmłodszych lat słuchał, że popsuł figurę matce, że przez ciążę nie dostała upatrzonej pracy. Że musiała przerwać jakieś kursy, bo ciążę znosiła źle. No i to, że musiała wyjść za mąż. Dziadkowie bardzo się uparli na ślub. Wyobraź sobie małżeństwo, które nawet chyba się nie kochało, z dzieckiem, którego nie chcieli oraz ich wielkie ambicje w gruzach. Poznałem go w szkole podstawowej. Wyobraź sobie, że chodził czasem w damskich spodniach, bluzkach czy kurtkach. Matka uważała, że szkoda pieniędzy na nowe, więc donaszał ubrania po jakiejś kuzynce. Dobrze, że w sukienki go nie ubierali. – kolejny łyk piwa i głęboki wdech, który uspokajał. – Był dzieciakiem w dziewczęcych ciuchach, którego matka, odbierając ze szkoły, przy całej klasie potrafiła nazwać dziwakiem i nieudacznikiem. Ubierała go tak, a potem czepiała się, że to jego wina, iż wygląda dziwnie. Wiesz, co jest śmieszne? 
-Co?
-To, że on z czasem z tych byle jakich ciuchów robił oryginalne ubrania. Jak miał chyba 10 lat przerobił dziewczęcy płaszczyk na taką zadziorną kurtkę, której mu wszyscy zazdrościli. Nie wiem, jak to robił. Pamiętam, że za to też mu się oberwało, bo według tej kobiety, zniszczył taki piękny płaszcz. Nie pamiętam, ile mieliśmy lat, gdy lepiliśmy na lekcji wazoniki z gliny. Starał się bardzo. Taki dumny niósł go do domu, żeby dać mamie w prezencie. Rozmawiała przez telefon i nawet nie zwróciła uwagi na to co jej dawał. Za to potem była awantura, bo wazonik nie wysechł do końca, więc pobrudził jej dłonie i serwetę. Wtedy pierwszy raz ją przepraszał z wyrazem twarzy, który znienawidziłem. Był przekonany, że słusznie został ukarany. Mógł przecież pomyśleć, że glina brudzi, mógł lepiej coś kupić za zaoszczędzone pieniądze, jakie dostawał od dziadków na święta czy urodziny. Według niego, mama miała prawo go winić i żądać przeprosin. Ciągle słyszał, że będzie musiał kiedyś spłacić koszty, jakie poniosła, rodząc w prywatnym szpitalu, za prywatne przedszkole i szkołę, w której czuł się obco. Ja też… - Zamilkł, a drugi chłopak nie ponaglał go. Czuł, że to wszystko słyszy, mając wielkie szczęście- Ja też … Potem ja…. Nie chciałem, ale też go zawiodłem. – Dopił piwo i z wdzięcznością przyjął nienaruszoną butelkę od MinHo – Zawiodłem go tak bardzo i to nie raz. Czemu się dziwie, że jest taki. On nie może być sam. Musi mieć przyjaciół, rodzinę, kogoś … kogoś przy sobie. Wiedziałem to, a jednak zawiodłem. Przed debiutem , wtedy jeszcze ja i on…. My…..
-Byliście razem.
-Tak. Mówił Ci? Ech…. Nieważne. Skoro wiesz to i lepiej. Chyba…. Wtedy coś się stało. Nie wiem co, ale zawiodłem go. Po przesłuchaniu. – Dłonie mocno zacisnęły się na butelce – Nie chciał powiedzieć, że ma problem, a ja zbyt szybko odpuściłem, nie dociekałem. Może nie chciałem widzieć, że coś jest nie tak. Zaczął mnie unikać. Myślałem, że chce stwarzać pozory, by nikt nie wiedział, że jesteśmy razem. Dostosowałem się, bo tak było faktycznie lepiej. – Podniósł głowę i spojrzał prosto w szeroko otwarte oczy – Zignorowałem sygnały. Ktoś go skrzywdził, a ja nie wiem kto i jak. Czy krzywdził go długo, czy tylko raz. Pewnego dnia szukałem go, ale Fox jakby się zapadł pod ziemię. Dopiero w łazience, na samym końcu trafiłem na niego  . KiBum kucał w ubraniu cały mokry pod natryskiem. Blady z nieobecnym wzrokiem. Szarpałem go za ramię. Ocknął się. Powiedział, że zasłabł, podniósł się i odszedł chwiejnym krokiem. Powinienem się zainteresować, dowiedzieć, co się stało, ale wtedy często miewał złe dni! Z czasem pomyślałem, że może to między nami się skończyło, uznałem, że to normalne. Nie walczyłem, nie starałem się. Jeszcze po debiucie niby byliśmy razem, ale w końcu …. Spotkałem taką dziewczynę. Lubiłem ją jeszcze ze szkoły. No i jakoś tak wyszło, że byliśmy razem. KiBum przyjął to spokojnie. Wtedy pomyślałem, że to dlatego, że przestało mu zależeć.  
-Skąd miałeś wiedzieć?
-Powinienem, powinienem  widzieć, ale ja wtedy myślałem tylko o tym, że będziemy mieć  debiut. Że jesteśmy zespołem i że czeka nas sława.  No właśnie. Jego rodzice byli zawiedzeni. Przepraszał ich za to, że nie jest liderem, że za słabo się starał, za mało pracował, że będzie basistą. Że będzie TYLKO basistą. Mój ojciec nie był zadowolony, ale mówił, że marnuję swoje życie, i że jeśli mi to pasuje, to droga wolna. Owszem, nigdy jakoś mnie specjalnie nie wspierał i co jakiś czas pyta, czy już zmądrzałem. Nigdy jednak nie usłyszałem, że żałuje, że się urodziłem, czy że przez to kim jestem, wstydzi się przed znajomymi. Jego niepowodzenia są jego, a moje moimi. Każdy popełnia własne błędy. Jeśli rozwalę tę butelkę na swojej głowie, to ja będę winny, nawet jeśli powiem, że to twoja wina, bo mnie wkurwiłeś.  
-Jeśli rozwalisz na mojej, to nadal będziesz Ty winny – Minho znów się uśmiechnął tak, że niewiele brakowało, by butelka faktycznie trafiła go w głowę – Dziękuję za to, co mi opowiedziałeś. Teraz już rozumiem więcej. Pójdę już, a ty też nie siedź tu długo. Zimno się robi coraz bardziej. 
- Można mu pomóc? 
-Może…Nie wiem. Może na początek przestań mu dokuczać, mówiąc, że basisty i tak nie słychać.
- Skarżył Ci się?
-Kiedyś coś tam wspominał. Miał depresję, bo mój zmiennik nie odebrał dostawy i brakło nam kawy. Mir zamiast zająć się pracą, pozwolił sobie na zabawianie klientów. Cholerny casanova. Brak kofeiny u Liska wywołał falę narzekania. Powiedz mu czasem, że go cenisz. Jak widzisz, mówienie nie jest takie trudne
-Spieprzaj. – Jjong warknął, ale uśmiechnął się lekko. – Chcę dopić to piwo w spokoju.
-No już idę. – chłopak wstał i wszedł do domu. Nie poszedł jednak do salonu, gdzie właśnie grano w kalambury. Wszedł na piętro i usiadł cicho na posłaniu obok leżącego KiBuma.  Siedział chwilę, milcząc wsłuchany w spokojny oddech muzyka.
- Wielu ludzi zna opowieść o tym, że ludzie są jak połówki jabłka. Czasami trafiamy na połówkę, która prawie idealnie do nas pasuje. Mylimy to wtedy z miłością albo odnajdujemy przyjaciela.  Wielu odnajduje ideał, który wraz z nami tworzy idealną całość. To miłość. – zamilkł, chcąc się upewnić że leżący chłopak mimo wszystko słyszy. Ucieszył się gdy oddech wcześniej równomierny teraz nieco przyspieszył – Jest też tak, że gdy rodzice spodziewają się dziecka, specjalne służby gdzieś tam za chmurami dopasowują odpowiednie dziecko do tych dwojga ludzi. Muszą bardzo się starać, by nie popełnić pomyłki, które jednak czasem się zdarzają. Tak jak w poszukiwaniu swojej połowy, możemy się pomylić tak i rodząc się, możemy trafić nie do tych rodziców, do których powinniśmy. Niestety niektórzy rodzice nie potrafią zająć się takim dzieckiem, które przecież nie jest niczemu winne. Ono chciało mieć tylko kochającą mamę i tatę. Chciało być akceptowane i szukało u nich pomocy w życiu, którego się dopiero przecież uczyło. Dorośli powinni być odpowiedzialni i troszczyć się o dzieci. Podawać dłoń, gdy maluch upadnie. Ale co ma robić dziecko, którego rodzice nie potrafią tego wszystkiego? Takie dziecko musi pamiętać, że czasami prawdziwa rodzina, to nie ta, w której się urodziło, ale ta, która znajdzie je podczas jego życia i da mu to wszystko, czego pragnęło. Będzie je kochać bez żadnych warunków. Nie może takie dziecko czuć się winne, bo wtedy niszczy samo siebie-Sięgnął dłonią i trafił na wilgotny policzek – Ślinisz się przez sen, KiBum – Wymamrotał, uśmiechając się. Starł delikatnie łzy, po czym wstał .
-Dlaczego? – Doszedł go niezbyt wyraźny szept, jakby mówiący miał katar
-Dlaczego? Bo tak trzeba. – Wyszedł, a na schodach minął się z JongHyunem, który mimo wypicia kilku piw tego wieczora, był nadzwyczaj trzeźwy.  Lider spojrzał na schodzącego chłopaka, po czym sam przysiadł koło Foxa.
-Przepraszam za wszystko. To Ciebie należy przeprosić. – Potargał delikatnie grzywkę przyjaciela – I jesteś świetnym basistą. Basista to ważna postać w zespole. Zapamiętaj to, bo więcej możesz tego ode mnie nie usłyszeć. 

***

     Wczesne przedpołudnie przywitało wszystkich zapachem kawy oraz naleśników, które smażyli MinHo i Henry na czterech patelniach.  Do salonu, przyciągnięte aromatem schodziły kolejne osoby, jeszcze w piżamach, jeszcze potargane i nie całkiem obudzone. Nieco niepewny zszedł też KiBum, który spał dość niespokojnie i teraz nie czuł się najlepiej ani fizycznie, ani psychicznie. Długo myślał o tym, co wydarzyło się wieczorem i nie potrafił ułożyć sobie tego wszystkiego logicznie. Czuł, że coś powinien zrobić ,ale nie wiedział, jak, kiedy i czemu. Kubek kawy z mlekiem, jaki mu podano, grzał dłonie , a nos Foxa odnotował duże zainteresowanie ulubiony napojem. Zastanawiał się, czy jest jak palacz, który zaciąga się dymem i czuje jakąś chyba rozkosz. On zaciągał się zapachem kawy i czuł się wtedy szczęśliwy. Gdyby mógł, piłby kawę jedna po drugiej, ale nie dość, że przyjaciele go pilnowali, to sam też wiedział, że nie jest to dobrym pomysłem. Czekał, by nałożyć sobie jedzenie, bo przy takiej ilości osób konieczne było ustalenie kolejności, w jakiej można było iść do niewielkiej wnęki kuchennej. Czy starczy dla niego dodatków, które najbardziej lubił na naleśnikach? Zamruczał, oblizując się, a jego brzuch głośnym burknięciem upomniał się o posiłek. Nie zdążył nic zrobić, gdy przed jego twarzą pojawił się talerz z jedzeniem.
-O ile pamiętam, do naleśników lubisz banany i czekoladę. – Jong usiadł z drugim talerzem obok Foxa- Przepchałem się w kolejce i wziąłem też dla ciebie, więc jedz, zanim ktoś się zorientuje i ci zabierze talerz. – Sam wsadził do ust spory kawał jedzenia.
-Z czym ty masz…- KiBum złapał swój talerz z postanowieniem, iż będzie go bronił z całych sił - Co ty masz… - Patrzył na jakąś masę, która wyciekła z ust przyjaciela i spadła na podłogę – Fuuuuu
-Nie mogłem się zdecydować, na co mam ochotę, więc mam dżem, a w sumie dwa różne smaki, twarożek, banana, czekoladę, bita śmietana…. I chyba taka ostra kiełbaska bo można też było na ostro. 
- Jak ty możesz to jeść? 
-W żołądku i tak wszystko się zmiesza. Co za różnica. – Zgarnął z talerza ostatni kawałek i zjadł go na jeden raz, po czym spojrzał w stronę kuchni, gdzie jego kolega stał na stołku i coś krzyczał. 
-Zapomniałem, że rano byliśmy w miasteczku i kupiliśmy lody, więc jeśli ktoś chce, to do naleśników pasują – Zawołał Henry – Wiem, że to rozpusta na śniadanie, ale w końcu raz się żyje.  Komu lody!!!
- A jak ja już zjadłem? – TaeMin w wielkiej bluzie w żółto-turkusowe paski stał po środku salonu z pustym talerzem. – Lubię lody. Tak bardzo lubię lody. – Powiedział ciszej z jakąś zachłannością w głosie. 
-Mamy takie fajne wafelki. Chcesz?
-Dużo. Chcę wszystkie smaki!
-Mamy waniliowe, czekoladowe, truskawkowe, miętowe, cytrynowe i jagodowe. Innych nie mieli. – Minho wymienił, spokojnie sięgając po pierwszy wafelek i nakładając specjalną łyżką idealne kulki. – Na początek dostaniesz cytrynową, jagodową i czekoladową. – Podał deser Tae – Tylko jedz powoli. 
-Ja też się skuszę. Tylko proszę bez mięty i czekolady, bo nie przepadam. – Jjong pojawił się obok, wydymając dolną wargę. Już z lodami odwrócił się, by zająć swoje poprzednie miejsce, lecz zobaczył scenę, która uderzyła go jak grom. Kilka kroków od niego stał TaeMin i końcem języka dotykał jednej z gałek lodów, zamiast je normalnie lizać. JongHyun nie widział, kto wpadł na chłopaka od tyłu, lekko go popychając,  bo w głowie stanęła mu scena gdy on sam miał może 10 lat. Był w parku z KiBumem,  który poszedł kupić sobie jakąś cudowną zabawkę, a on  stał z właśnie kupionymi lodami. Kilka kroków dalej stało młodsze od niego dziecko w granatowych spodniach, bluzie w żółto-niebieskie paski zajadając się zachłannie wielkim deserem, który w pewnej chwili z plaskiem upadł na chodnik. Dzieciak miał wielkie oczy, które momentalnie się zaszkliły. Wyglądał tak nieporadnie w tych przydługich lekko potarganych włosach, przez które Jjong nie wiedział do końca, czy to chłopiec czy dziewczynka.  Tylko kilka sekund zajęło zanim przyszły lider FL podszedł do biedaka i wręczył mu swoje nienaruszone jeszcze lody. Wiedział, że drugich już nie kupi, bo nie miał pieniędzy, ale nie zależało mu tak bardzo. Dzieciak spojrzał zaskoczony, ale przyjął prezent, uśmiechając się tak promiennie, jak tylko można było, na chwilę chwycił dłoń Jjonga, krzycząc „dziękuję”, po czym radośnie podskakując, odbiegł w stronę tłumu ludzi. Dziesięciolatka oprzytomniło silne uderzenie w tył głowy wielkim, wściekle różowym, dmuchanym młotkiem, który dzierżył w dłoni Fox. Zabawka przy uderzeniu wydała tak przeraźliwy pisk, tak, że można było oszaleć, a jej właściciel wydawał się być prze szczęśliwy. Teraz stał przed starszą wersją tego dzieciaka z parku, który patrzył na podłogę gdzie leżały jego lody. Identyczna scena, identyczne wielkie oczy i rozpacz. Odruchowo wyciągnął dłoń podając swój wafelek, chociaż przecież nie musiał. W kuchni było dość, by Tae dostał nową porcję. Podobnie jak wtedy zobaczył ciepły uśmiech.
-Dziękuję Hyung. –Powiedział  TaeMin już bez wczorajszych fochów 
-Nie wal!!! – JongHyun gwałtownie się odwrócił, krzycząc.– Znaczy się …- Patrzył na Dragona, który jedząc coś, przyglądał mu się zaskoczony – To nie do ciebie. Idź sobie – Usiadł w końcu na kanapie, gdzie Fox nadal jadł małymi kęsami. – Pamiętasz taki swój wielki, dmuchany młotek? Różowy taki.
-Młotek? Jaki młotek? Aaaa. O tak, pamiętam. Ja go nawet chyba mam nadal. Aleś ty go nie lubił. 
-Jak można lubić coś tak szkaradnego. I ten dźwięk…
-Oj tak. Nienawidziłeś go, a ja jak spałem u ciebie, zawsze rano waliłem nim, żeby piszczał. A co Ci się tak nagle przypomniało?
- A nic… zapomnij. Tak jakoś. Idę się ubrać. Wydaje mi się, że nasi hyungowie mają plany na dzisiejszy dzień. – Odszedł pogrążony we wspomnieniach. Czy tamto spotkanie było zapowiedzią czegoś teraz?  Podobno karma wraca, ale czy w takim razie nie mógł spotkać tego dzieciaka gdzieś w lodziarni i dostać od niego deseru? Czy musi mu zatruwać życie i dręczyć, wytykając wszystkie błędy? Los bywa niesprawiedliwy. 
  Fox skończył jeść i siedział, jeszcze chwilę patrząc w pusty talerz. Nadal nie dawała mu spokoju pewna myśl, ale wiedział, że sam sobie nie poradzi. Podszedł do Henrego, który stał przy kuchennym stole i dolewał sobie kawy.
-Mam pytanie. Widzisz, to chodzi o mojego znajomego – Wolno wypowiadał każde słowo- On ma taki problem, mały problem, a ja nie wiem jak mu pomóc. 
-No mów, Hyung. Jeśli tylko będę potrafił coś doradzić…
-Ten kolega, jak był mały, to rodzice zapisali go na dodatkowe zajęcia, które odbywały się daleko od domu, a on , ten kolega, był za mały, żeby samemu jeździć autobusami. Rodzice odwozili go na zmianę, ale oboje dużo pracowali i w końcu zaczęli się sprzeczać. Każde miało ważniejsze zajęcia…
-Tak… słucham. 
-No i …. Ten mój kolega, on nie wie, czy powinien czuć się winny. Ci rodzice krzyczeli, że to jego wina, że muszą go wozić i tracą przez to czas. I, no rozumiesz… Przez niego były też te awantury.
-Ne bardzo rozumiem, ale skoro ci rodzice go zapisali, to ich sprawa i ich problem. Nie można przecież winić dziecka, że jest na coś za małe. 
-Więc uważasz, że to nie była moja… znaczy wina tego kolegi, że ci rodzice się sprzeczali?
- Powiedz temu „KOLEDZE”, że absolutnie nie powinien czuć się winny. 
-Hmmm no dobrze – KiBum odszedł, ciągnąc nogę za nogą, by teraz usiąść obok Tiffany, która właśnie o czymś rozmawiała z Maxem.
-Gdybyś się dowiedziała, że jesteś w ciąży – Wymamrotał, nie widząc, że dziewczyna zbladła, a jego hyung zadławił się kawałkiem naleśnika- No w takiej nieplanowanej ciąży z zaskoczenia, a jeszcze nie wiedziałabyś, czy ojciec dziecka to ten jedyny. – Mówił nie zwracając uwagi na zakłopotanie tamtych dwojga – Taka ciąża … To dziecko… Winiłabyś je, że popsuło ci plany życiowe? Albo Ty, Max, gdybyś z nooną  wpadł i musiał się ożenić, winiłbyś dziecko za to? – W końcu spojrzał w dwie blade twarze, które wyglądały nieco jak z wosku – Winilibyście to dziecko?
-N….Nieeee…. - Pierwsza odzyskała głos Tiffany – Jak można winić dziecko? I co to za pytania? Dlaczego nas o to pytasz? O co chodzi? – w głosie miała lekką panikę, bo spotykała się z Changminem regularnie od czasu festynu, gdzie FL wystąpiło gościnnie. Ich uczucia odrodziły się i czuli się ze sobą dobrze, a kilka dni temu spędzili ze sobą noc. 
- KiBum, czemu? Ja bym nie winił, jednak nie rozumiem, dlaczego pytasz... Teraz właśnie …. – Max nadal był zaskoczony
-A nic, nic.. Tak tylko … – Nie zwracając na nich uwagi, wstał i odszedł . Zatrzymał się pod oknem i zapatrzył na las. Nie było śladu wczorajszej mgły i widok był niemal sielski. Odruchowo sięgnął dłonią do kieszeni po telefon, który zaczął dzwonić. 
-Halo? – Odebrał zrezygnowany, nie wiedząc, że jest obserwowany przez swojego ulubionego barmana. – Widocznie nie było zasięgu – Odparł, słysząc swoją matkę, która właśnie miała żal, że nie odbierał, gdy dzwoniła godzinę wcześniej. Słuchając potoku jej słów, odwrócił się i spojrzał w wpatrzone w siebie oczy MinHo. – Nie mam wpływu na to, czy jest zasięg, czy nie. – Odparł, utrzymując nadal kontakt wzrokowy z ciemnowłosym chłopakiem, który zrobił krok w jego stronę. – Mamo…. Mamo...- próbował wejść jej w słowo, ale było to trudne – Mamo… MAM DOŚĆ!!! – Krzyknął w końcu tak głośno, że wszyscy w domku ucichli – Mam dość, rozumiesz!!! Całe życie się staram sprostać twoim wymaganiom, ale ty tego nie doceniasz! Zawsze byłem nie taki, jakbyś chciała! Zresztą, czy ty mnie chciałaś!?! Czy ty mnie kochasz!?!Nie odpowiadaj, po prostu zostaw mnie w spokoju! – Łzy ściekały mu po policzkach – Zapomnij o mnie, bo … bo …. Ty też nie jesteś matką, jaką bym sobie wymarzył. I nie jestem niczemu winny! –  Cisnął telefonem o podłogę, nie przejmując się, że ten rozpadł się na kilka części. Spojrzał po wszystkich, pociągając nosem i ocierając oczy rękawem. – Wiecie co…. Kupię sobie nowy ! – Jego głos był zdecydowany i dało się wyłowić w nim oburzenie, złość oraz silne przekonanie o tym, że postąpił słusznie. 
-Pewnie, że nowy. O wiele lepszy – Zaśmiał się Dragon, obejmując KiBuma w pasie, unosząc go do góry i kręcąc się z nim w koło – Taki, że normalnie jeszcze takich nie ma – Postawił kolegę na podłodze.
-Dokładnie… Właśnie taki. -Fox poprawił bluzkę i z dumnie uniesioną głową, ruszył w stronę łazienki – A teraz wybaczcie, ale idę pipi.