sobota, 31 października 2015

Dodatek Halloween




-Osiodłać mi białego rumaka! – Książę Jak Z Bajki zawołał, posyłając uśmiech do parobka, który bez słowa ujął złote siodło i zarzucił na konia. – Wyruszam na spotkanie z przeznaczeniem. Wróżka powiedziała mi, że to dzisiejszej nocy spotka mnie coś, co odmieni moje życie.
-Uważaj, Panie, na siebie. Dzisiejszej nocy wszelkie nieczyste siły będą wędrować po świecie.
-Jestem nieustraszony jeśli chodzi o przygody. Pomknę na mym wiernym rumaku w stronę zachodzącego słońca. Przygotowałem sobie na ten wypad nowe białe ubranko ze złotymi zdobieniami. Czyż nie wyglądam bajecznie?
-Wyglądasz Książę Jak z Bajki niczym książę z bajki. – Parobek otarł z oka łzę wzruszenia, po czym, gdy tylko Książę się oddalił, usiadł na stercie siana i zagłębił się w lekturze „Akwizycja dla początkujących”. Gdyż parobek Kris miał aspiracje i chciał coś w życiu osiągnąć, a nie tylko podkowy czyścić.
***
Okoliczni mieszkańcy pogrążeni byli jeszcze w błogim śnie, a świat zatopiony był w gęstej mgle, gdy dało się słyszeć głuche uderzanie metalu o ziemię. Łopata z trudem rozgarniała zbity piach i glinę, odrzucając mniejsze oraz większe grudy.
-Szybciej, szybciej! – Siedzący na pobliskim grobie mężczyzna zamachał dłonią. – Zaraz wstanie słońce.
-Przecież robię co mogę. Gdybyś mi pomógł, już dawno byśmy dokopali się do trumny, ale nie… Zapewne zniszczyłbyś sobie manikiur. – Stojący w dole oparł się o łopatę i spojrzał na dłonie tego drugiego. Dłonie ozdobione długimi paznokciami połyskującymi najczarniejszą czernią.
-Jak na wilkołaka jesteś bystry, Dragonku – Key w uśmiechu pokazał białe kły. – Ale z mięśniami chyba u ciebie słabo, skoro tyle ci zajmuje rozkopanie jednego, małego grobu.
- Mnie się po prostu nie chce. Jestem leniwy z natury i zamiast wywijać łopatą, wolałbym leżeć sobie, popijać piwo i jeść mięsko.
- Będziesz jadł wieczorem. Idziemy na imprezę, zapomniałeś? Będziesz jadł i pił do woli, a teraz kop. Tu leży pochowana miłość mego życia. Dawnego życia. – KiBum wzruszył ramionami i zza czarnej peleryny z czerwonym podbiciem wyjął niewielki flakonik z zielonym płynem. - Dzięki temu specyfikowi dzisiejszej nocy przywrócę ją do życia, a wieczorem będziemy wirować w tańcu i zostaniemy razem po wsze wieki. – mówiąc, wstał, wspinając się na nagrobek i przyjmując pozę niby jak jakiś przywódca. –Ona i ja… Wyobraź to sobie, mój drogi Dragonku.
- Nie wiesz, że u mnie z wyobraźnią kiepsko? – Odrzucił kolejną porcję ziemi i poczuł, że łopata trafiła na coś twardego, o czym chciał powiedzieć, ale coś załaskotało go w gardło i zaczął kaszleć. – Wybacz…kłaczek. Sierść znaczy. Chyba się dokopałem. – Dodał, w końcu wypluwając coś pod nogi towarzysza. Wypluta, kłaczata masa poruszyła się lekko, zadrżała, po czym pisnęła cicho i czmychnęła, chowając w ciemności.
- W końcu!!! Oto ta chwila. Odgarnij resztę piachu i wyłaź z dołu, bym mógł skropić płynem życia moją boginię. Nadeszła chwila nagrody. Hhahahahaha !!!! Hahahahah !!! – Wstał, rozpościerając ręce i zaśmiał się, w jego mniemaniu, demonicznie.
Po kilku kolejnych minutach nadgniły wierzch trumny został odsłonięty, a Dragon z radością usiadł na pobliskim zwalonym drzewie, otrzepując nieco zbyt owłosione dłonie. Patrzył, jak Key nieco zbyt wystudiowanymi ruchami zbliża się do dołu, wyjmując fiolkę. Mgła stwarzała odpowiedni nastrój do sytuacji. Wampir uniósł ponownie ręce, jakby wzywając wszystkie możliwe moce do pomocy, po czym wymamrotał coś pod nosem, odkręcając buteleczkę. W chwili gdy pierwsza kropla płynu spadła na powierzchnię trumny, ziemia osunęła się spod nóg Key'a, który stał znacznie za blisko. Nie zdążył nic zrobić, zanim runął w dół, chlapiąc cudowną miksturą wkoło, zraszając nie tylko trumnę i siebie, ale ziemię w koło.  Z dołu dobiegła szpetna wiązanka przekleństw, po czym ukazała się głowa w potarganych włosach. Mężczyzna otworzył usta i wypluł kilka grudek ziemi.
-No i co tak siedzisz i się patrzysz, podróbko dalmatyńczyka? Pomóż mi. – Jęknął głosem, jakby coś go bardzo bolało. – Cholera… złamałem paznokieć i zmarnowałem miksturę. A niech to wszyscy diab… - Zamilkł, bo wiedział, że nie powinien wzywać nadaremno tej nieczystej siły. Gdy wygrzebał się już do góry z zamiarem udania się do swego zamczyska, w dole coś się poruszyło. Wilkołak i wampir zatrzymali się i pochylili, uważając ,by znów nikt nie spadł na dół. Zgniłe deski drgnęły i rozchyliły się, ukazując brudną, szaro-zieloną dłoń.
-A jednak…- KiBum uśmiechnął się. – Pomóż jej szybko. Niech ujrzę jej cudowne oblicze. – Odwrócił się, wyjmując z kieszeni grzebień ,by gładko przyczesać swoje jasne włosy ozdobione różowymi pasmami. Gdy znów stanął przodem do rozkopanego grobu, ujrzał Dragusia podtrzymującego nie cudowną kobietę, którą kiedyś kochał, lecz nadgniłego i nadgryzionego przez robaki chłopaka. Co prawda, młodzieniec kiedyś musiał być wyjątkowej urody, bo jeszcze teraz można było dostrzec szlachetne rysy, a z zapadniętych nieco oczodołów spoglądały niepewnie w koło wielkie, brązowe oczy, które musiały się zmaterializować pod wpływem mikstury. – No, jakby go uczesać i nieco ogarnąć…. Może jakieś mniej zgniłe ubranie…- KiBum cmoknął, przechylając głowę. – Chyba pomyliłem groby. Ale… Draguś, gdzie on ma rękę? Wskocz no na dół i poszukaj, bo jakiś mi niepełny teraz. Zabieramy go ze sobą, nie ma już czasu na kopanie od nowa, a ja nie będę wybredny. Zadowolę się tym, co jest. Młodzieniec ten od tej pory będzie mój. – Posłał powłóczyste spojrzenie do nieboszczyka, który rozglądał się wkoło, nie wiedząc i nie rozumiejąc, co się dzieje i kim jest osobnik patrzący na niego jak na kawał steku.
Draguś odnalazł ramię wykopanego chłopaka i zawył sobie cicho, ciesząc się, że teraz będzie mógł odpocząć.
***
Książe Jak Z Bajki jechał cały dzień i noc, zatrzymując się na krótkie postoje, gdy to jego koń mógł napić się wody i poskubać cudownie zielonej trawy, a sam książę w tym czasie siadał na niewielkim, haftowanym złotą nicią pledzie i posilał się pieczonymi ziemniakami, które, co prawda, jakoś źle mu się kojarzyły, ale zaspokajały głód. Wspominał nawet czas, gdy będąc małym dzieckiem, chciał zobaczyć, jak wygląda zwykłe życie i wymknął się z zamku, po czym zgubił się w zagonkach ziemniaczanych, które ciągnęły się aż po horyzont. Wtedy to chyba pierwszy raz przestał się cieszyć i uśmiechać. Dobrze, że służba znalazła go szybko i odprowadziła do zamku.
Siedział tak i wspominał sobie różne epizody, po czym znów ruszał w podróż. Drugiego ranka myślał już, że znalazł to, czego szukał. Na drodze przed nim, w porannej mgle pojawiły się jakieś postacie i Książę Jak Z Bajki uznał, że może jedna z nich jest przeznaczeniem, które mu wywróżono, jednak przyjrzawszy się osobnikom dokładniej, uznał, iż żądna z nich nie wywołała w nim oczekiwanego drżenia serca. Być może dlatego, że jedna była zbyt blada i miała nienaturalnie różowe usta oraz paznokcie, druga może i urodziwa, ale nieco nadgniła i niekompletna, trzecia zaś nadmiernie owłosiona i poruszająca się na czworakach . Nie, to nikt z tej dziwnej grupy. Książę zatem uśmiechnął się tylko, błyskając uzębieniem.
-Cóż za cudowny poranek na spacery. Doprawdy miłego dnia życzę. – Zamachał do mijanych osób i pognał dalej, kierując się ku wzniesieniu za lasem, który roztaczał się przed nim.
***
W jednej z komnat niedostępnej wieży, stała spowita w czarne szaty postać, mamrocząca coś niezrozumiałego pod nosem.  Jedynym osobnikiem, który mógłby zrozumieć niewyraźne słowa, był goblin, ale on wolał nie wtrącać się i jedynie zaczął szybciej zamiatać drewnianą podłogę, która i tak nie chciała wyglądać lepiej. Od kiedy tu pracował, nauczył się pewnych zachowań i teraz czuł, że najlepiej byłoby wymknąć się niepostrzeżenie, co też postanowił uczynić. Machając zawzięcie miotłą, posuwał się małymi kroczkami w stronę niskich, solidnych drzwi.  Te drzwi wiele razy były przyczyną konfliktów. Wieża należała kiedyś do goblinów, a teraz przeszła w obce ręce i nowy właściciel co najmniej raz na tydzień walił głową w framugę, rzucając przy tym garść przekleństw.
-Czy żeś w zamyśle miał umknąć z tej komnaty? – Wielka łapa spoczęła na ramieniu goblina – Henry… Odpowiedz mi zatem na me pytanie, zaiste chciałeś wymknąć się niczym szczur z tonącego statku?
-A gdzież tam. Ja jak ten Jack z Tytanika. Statek na dno, a ja razem z nim. …. Zaiste.- Dodał, wiedząc, że jego pan lubi te wszystkie staroświeckie słówka. – Panie czarodzieju, ja tylko sprzątam.
-O żesz, parszywa istoto, niegodna spojrzenia mego. Ileż to razy mam cię upominać, byś mówił do mnie czarnoksiężniku. Nie czarodziej, nie wróżka, nie magik. Ostatecznie możesz jeno „Panie Joon’ie” mówić, kłaniając się przy tym w pas.
- Będę pamiętał.– Obiecał, jak każdego dnia, po czym już po chwili miał te upomnienia w głębokim poważaniu.
-Wybornie. Zatem teraz musisz mi doradzić. Jak wiesz, wieczorem na bal idę, ot takie niezobowiązujące spotkanko towarzyskie.
- Wiem, wiem. Sam zaproszenie Ci, panie, podrabiałem. – Mówiąc to, goblin poklepał się po kieszeni, gdzie miał oryginalne zaproszenie, jakie sam otrzymał. – W czym pomóc? Coś wyprasować? Zadzwonić po taxi-wóz ? Uczesać w wytworny koczek? Udusić? Podać truciznę? – Dwie ostatnie propozycje wymamrotał znacznie ciszej.
- No i zgadłeś…
-Dusić?
-Słucham? – Joon potrząsnął głową, wyrywając się z zamyślenia. – A co to ja chciałem. Czesać. Nie wiem czemu, moje włosy są jakieś takie, no sam zobacz. – Pomacał palcami kosmyk, smętnie zwisających włosów. – Nie mam pojęcia, dlaczego są takie. Próbowałem różnych zaklęć, ale nic nie pomaga.
-A umyć próbowałeś? Niestety, jak czasami się zmoknie to jednak mało i należałoby użyć jakiegoś szamponu.  – Henry pstryknął w palce, rozbłysło światło, zabrzmiała chwytająca muzyczka i pojawił się nieznany czarnoksiężnikowi osobnik, trzymający w  dłoniach biało-niebieską butelkę.
- Witam serdecznie, szanownego pana. Ja jestem Lu Han. Osobisty sprzedawca na dziś. Oto produkt sezonu. Szampon „Pienista rozkosz”. Jeśli chcesz, by twoje włosy były piękne, puszyste i pozbawione łupieżu. Do każdego rodzaju włosów, antyalergiczny i testowany na krasnoludkach zapewni świeży wygląd i rewelacyjny zapach. – Lu Han  zamachał głową, a jego krótkie dotąd włosy spłynęły falowaną kaskadą aż do ziemi – Polecany przez Roszpunkę! – Światło zgasło, muzyka umilkła, a włosy sprzedawcy znów były krzywo przystrzyżone. – Bierze pan? Jedynie 9.99
-Co….co to jest ?
- Lokowanie produktu. U Ciebie, Panie, niewiele zarabiam, więc sobie dorabiam jako pomoc akwizytora- Odparł goblin, biorąc do rąk butelkę szamponu
-Nic nie zarabiasz!
-No też właśnie mówię . Płać pan za ten produkt, bo czas ucieka. – Westchnął, gdy Joon z ociąganiem wygarnął jakieś drobne z kieszeni ,wciskając je sprzedawcy, po czym ten znikł.
- I co teraz z tym płynem? Jakich czarów trzeba użyć ?
-Miska z wodą i nic więcej. Zmocz panie włosy i pozwól, że wetrę w nie ten specyfik. – Chwilę potem masował włosy swego pana i obserwował, jak ze splątanych kosmyków uciekają pająki, muchy, a nawet trzy niewielkie myszy. Po czwartym zabiegu gdy już tylko jakiś jeden zabłąkany robaczek wypadł, zataczając się od piany, goblin uznał, że jego praca skończyła się. -Idź, panie, postać na wietrze, to szybciej wyschną i włosy i cała reszta  - Henry uśmiechnął się wrednie na wspomnienie wiadra wody, które wylał na czarnoksiężnika pod pretekstem spłukania. – Na imprezie żadna Baba Jaga ci się nie oprze. A nie, ty nie lubisz kobiet. – Goblin westchnął na wspomnienie częstych wizyt czarnoksiężnika w swojej komnacie. – Wszędzie zboczeńcy – Jęknął i wyszedł, by samemu odpicować się na imprezę, gdzie miał zamiar zapomnieć chociaż na jedną noc o podłym życiu, jakie prowadził na co dzień.
***

Książę Jak Z Bajki właśnie mijał na swym białym koniu kamienną wieżę, gdy zmoczyła go brudna i pienista woda.
-Och, czyż to  pierwszy wiosenny deszczyk tej jesieni? – Ucieszył się, bo zawsze się cieszył, a zwłaszcza cieszył się, gdy spotykały go ciekawe anomalie. – Jakże cudownie mija mi podróż. Wydaje mi się, że coraz bliżej już jestem mego przeznaczenia. – Lekko uderzył piętami w boki konia i pognał z pieśnią na ustach - Nessun dorma!... Nessun dorma!... Tu pure, o Principessa, nella tua fredda stanza guardi le stelle…… - Śpiewał, co sił w radosnych płucach, wypluwając co chwile komary i muszki, które dostawały mu się między białe zęby.  Słońce zaczęło zachodzić, a Książę Jak Z Bajki czuł całym sobą, że jest coraz bliżej celu.
***
- O, Ciemny Panie Światłości, gdzie jesteś? – Białowłosy mężczyzna otwierał drzwi do kolejnych pomieszczeń – Panie, czas się przygotować. Goście już się schodzą. Przybyły już limfy leśne… Znaczy Nimfy leśne, paru podrzędnych elfów, jakaś mara, a widziałem, że kolejni już jadą.
-Tu jestem, Jjong, mój wierny sługo. – Cichy głos dobiegł zza drzwi toalety.
-Pomóc Ci, o Najjaśniejszy? TaeMin….Tae….. Lucek, Luluś, aniołku…
- Z tym to ja sobie akurat sam poradzę. Czy dostawca przywiózł jedzenie?
- Owszem, wszystko już podałem na stół. Dostawcę także. – Sługa oparł się o drzwi, z lubością nasłuchując odgłosów dochodzących z pomieszczenia. Nie wiedzieć czemu, zawsze go uspokajały. Cała impreza z jednej strony go cieszyła, bo to zawsze jakaś odmiana, możliwość zawarcia nowych znajomości i może znów pozwolą mu zagrać na jego ukochanym instrumencie. Gdy czuł pod palcami swoje cudowne sześć strun, czuł się niczym jakaś gwiazda rocka. Co prawda, służba u anioła światłości odpowiadała mu, jednak czasami marzył o występach na scenie. Bywało, że zapraszał goblina Henry'ego i razem urządzali sobie małe koncerty. Z rozmyślań wyrwało go nagłe szarpnięcie, gdy drzwi za nim otworzyły się, a on poleciał do tyłu, lądując boleśnie na podłodze.
- Jjong, powiedz mi, czy to nie zdziwi innych, że zamiast w czarnych salach podziemia, przyjmuję ich tu? W tym uroczym, acz luksusowym domku o powierzchni 350m2 z sauną, jacuzzi, basenem i prywatnym kinem? Czy przyjmą wyjaśnienie, iż skalne ściany wprawiają mnie w depresję? – Chłopak wychodzący z toalety, wydawał się jeszcze szczuplejszy przez czarny golf i wąskie równie czarne spodnie, jakie miał na sobie. – Chciałbym, by ta impreza się udała bardziej niż ta rok temu u KiBum'a. Ten wampir ma jednak wyczucie stylu i nie wiem, czy to, co ja przygotowałem, przebije jego cudownie pudrowe dekoracje. Może nie bardzo pasowały do Halloween te różowe i blado pomarańczowe dynie oraz błękitne nietoperze, ale jednak wszyscy byli zachwyceni. Nie wiem, czy moje wielkie słoje sztucznych jelit oraz tort w kształcie mózgu oczarują innych. – Jego rozmyślania przerwały pokrzykiwania od strony drzwi. Obaj, chłopak w czerni i jego sługa, ruszyli w tamtym kierunki.
-Lucek, witaj przyjacielu – Zawołał wampir i spojrzał na szyję anioła, bo ten zanim doszedł do drzwi, założył przygotowane wcześniej korale z główek czosnku- Serio? – KiBum skrzywił się nieco. Czosnek mu nie szkodził, jednak nie przepadał za jego zapachem – Ty złośliwy draniu.- Pacnął go bladła dłonią po ramieniu
-Zawsze możesz na mnie liczyć. A kto to z tobą przybył?  Znaczy, naszego kochanego wilczka znam, jednak kim jest ten uroczy młodzian, któremu gałki oczne tak niebezpiecznie chwieją się w oczodołach? Gdzieś wynalazł to cudo?
-A wykopałem sobie. Nie uwierzysz….
-Kto kopał, to kopał – Draguś warknął i pociągnął nosem, czując świeże mięso.- A że się nakopałem, to teraz idę jeść.
-Idź, idź. –KiBum zignorował wzmiankę o kopaniu. – Przedstawiam ci miłość mego życia. MinHo. Jest ucieleśnieniem moich snów i kocham go jak Edward Bellę. Tyle, że my dzieci raczej mieć nie będziemy.
-Twoja miłość? Jeszcze niedawno podrywałeś mojego sługę
-Kiedy to było… stulecia temu. Już dawno zrozumiałem, że to nie jest odpowiednia osoba dla mnie. – Przerwał na chwilę, bo drzwi wejściowe, przy których stali, otworzyły się i wszedł piękny mężczyzna odziany w biel zdobioną złotymi haftami. Uśmiechał się radośnie i witał ze wszystkimi lekkim skinieniem głowy. Żaden z nich nie widział go wcześniej, ale nie przejęli się tym.– Co to ja mówiłem… no, że to nie miłość. On jest zbyt nerwowy.
-Czasami jest, owszem, ale wierny mi i umila egzystencję, chociaż sporo mnie pracy kosztowało zanim tego niesfornego demona oswoiłem. Ale wchodźcie dalej, ty i ta twoja miłość. – Lucek mrugnął do MinHo i poklepał go po ramieniu, czego zaraz pożałował, bo przystojnemu zombie ręka zaraz odpadła.
-Uważaj, Lucyfer, bo bardzo delikatny ten mój skarb. – Wampir zabrał kończynę i z czułością przymocował swojemu chłopakowi – No, możesz już mnie głaskać – Rzekł przymilnym głosem i udał się do jadalni z nadzieją, że znajdzie tam swój ulubiony napój i nie była to krew a kawa. Minął człowieka w bieli, który nadal się uśmiechał i podziwiał właśnie włosy czarnoksiężnika, który podobno nie był zaproszony, ale skoro przyszedł, to został mianowany do roli ignorowanego, a jak wiadomo, na każdej imprezie taka osoba jest mile widziana.
Książę Jak Z Bajki witał się ze wszystkimi kolejno. Zdążył już ustalić, że dom należy do chłopaka o imieniu TaeMin, którego nazywają też Lucyferem, ale nic mu to w sumie nie mówiło. Wszędzie było pełno dziwnych osobistości. Mężczyźni i kobiety rozmawiali, jedli i kołysali się w rytm muzyki. Książę szukał wzrokiem przeznaczenia i gdy już zaczął myśleć, że ten dom to zły trop, dostrzegł to, czego szukał.

Pod oknem, wsparta o stół, stała dziewczyna piękna jak ze snu. Srebrzyste włosy niczym światło księżyca spływały na jej ramiona i stapiały się w jedno z równie srebrną suknią nimfy. Niewielką dłonią opierała się o stół, błądząc wzrokiem po gościach. Książę Jak Z Bajki podszedł wolno, poprawiając przy tym grzywkę.
-Witaj, piękna dziewczyno. Jestem JinKi, Książę Jak Z Bajki. Czy mogę zająć Ci chwilę?
-Ja jestem Luna, nimfa księżyca…  Wiem, rodzice nie byli zbyt pomysłowi przy nadaniu mi imienia. I, Książę, zajmuj mi czasu, ile zechcesz .– Uśmiechnęła się słodko.
- Wyjaśnić chcę, że przygnała mnie tu przepowiednia. Wróżka wyjawiła mi, że powinienem wyruszyć w podróż, bo właśnie w tym czasie spotkam swoje przeznaczenie. Coś, co odmieni całe moje życie.
- I znalazłeś to czego szukałeś ,piękny JinKi? – Nimfa lekko musnęła dłonią ramię Księcia Jak Z Bajki.
- O tak. Znalazłem i zaraz ośmielę się po to sięgnąć. – Ściszył głos i przysunął się o pół kroku.
- Jesteś bardzo śmiały, ale przyznam, że podoba mi się to. Też uważam, że należy brać to, czego się pragnie. –Spojrzała spod przymkniętych powiek. – Nie wahaj się zatem.
-Nie zawaham się. To czego pragnę, pachnie jak nic na ziemi, wygląda tak, że nie potrafię znaleźć porównania, serce mi wali tak szybko – By dodać sytuacji powagi, położył dłoń na miejscu, gdzie wspomniane serce biło – A już za chwilę mam nadzieję,  że poczuję i smak. Moje usta są tak spragnione
-Więc na co czekasz? – Luna rozchyliła wargi, czekając na pocałunek.
-Na nic, jedynie na to, aż przesuniesz się, bym mógł dojść do stołu – Książę Jak Z Bajki lekko przesunął dziewczynę i ujął w dłonie wielką miskę pieczonych kawałków kurczaka. Były takie, o jakich śnił. Dokładnie takie, o jakich można marzyć. Po dziesiątkach potraw z ziemniaków, mógł zjeść to, co sprawi, że już nigdy nie wróci do swojej mało urozmaiconej diety. Tuląc do siebie zdobycz, odszedł, by znaleźć jakieś zaciszne miejsce, gdzie mógłby oddać się rozkoszy.

 Kibum  sączył już szóstą kawę, ciesząc się, że może dodawać się tej czynności bez żadnych konsekwencji.
-Bo rozumiesz, przecież mi nie zaszkodzi, prawda? Co, serce mi padnie? – Spojrzał na towarzyszącego mu zombie, parskając śmiechem. – Dolej mi jeszcze. Chciałbym dziś pobić swój rekord. A właśnie to mi przypomniało dawne czasy, czasy gdy jeszcze byłem zwykłym śmiertelnikiem. – Znów się zaśmiał.- Żart taki, ja nigdy nie byłem zwykły. Zawsze wyróżniałem się z tłumu, ale to chyba widzisz, prawda? Nie lubię przeciętniaków, zresztą dlatego też jesteś tu ze mną. Jesteś taki inni niż inni. Uwielbiam te twoje lekko wytrzeszczone oczy i ogólnie całokształt. Jedynie trzeba popracować nad pewną stabilnością ciała. Mam nadzieję, że Twoje nowe życie, jakie ci dałem, będzie ci się podobać. Będziesz mnie przytulał, robił kawę, głaskał i rozpieszczał. Nie mam jakiś wielkich wymagań. Dowiesz się z czasem o mnie wszystkiego, np. tego że lubię modę i podróże. Mam też wiele różnych talentów. Wiele osób uważa, że mówię za dużo, ale przecież to kłamstwo. Ja mówię dokładnie tyle, ile trzeba. A właśnie, ja rozumiem, że mówię tak ciekawie, że nie chcesz mi przerywać, lecz możesz śmiało coś powiedzieć. Opowiedz mi o sobie może. Co porabiałeś, gdy miałeś ileś tam lat . Albo coś o mnie. Tak, o mnie będzie dobrze. – Zamilkł, czekając na komplementy. Jednak zamiast tego, MinHo rozejrzał się wkoło, po czym rozchylił usta i pokazał palcem w stronę gardła
-Chciałbyś się całować? Ale to nie trzeba aż tak rozdziawiać paszczy – Wampir uśmiechnął się słodko, ale zombie pokiwał przecząco głową, nadal pokazując wnętrze ust. W końcu do KiBuma dotarło niedopatrzenie jakiego się dopuścili – Nie masz języka!!! Zgubiłeś? Co teraz, co teraz!!! Draguś…. Szukaj języka, dobry piesek… szukaj.
-Spadaj KiBum, już się dość dla ciebie napracowałem, a nawet steka nie dostałem.
-No ale język…. Może jednak… - Ramiona mu opadły, widząc, że wilkołak odchodzi – Co robić, co robić. Moje biedne, wampirze, niebijące serduszko się martwi. – Jego wzrok zatrzymał się na dostawcy, który związany leżał na stole. – Hmmmm Pan tylko dowozi czy też zachwala? Dowozi? ….. A czy może pan powiedzieć głośno „Aaaaaa”? – Uśmiechnął się zadowolony.
Kilka minut później KiBum i MinHo  wrócili z łazienki, gdzie udali się dokonać wymaganych napraw. Wampir uroczyście poprawił swoją pelerynkę, patrząc swojemu chłopakowi w oczy.
-No, więc co mi powiesz?
-Ja….Ja…. – Zombie zamlaskał, by przywyknąć do języka – Ja Cię kocham, KiBum. – słowa nieco niewprawnie, ale wyraźnie doleciały do uszu wampira.


 -Co to za mazia rozlana na podłodze w moim skromnym salonie? – TaeMin przechodząc obok z JongHyun'em, patrzył na podłogę, gdzie leżała wielka czarno-różowa galaretowata mazia.
-To tylko KiBum. Rozpłynął się po tym, jak to jego wykopalisko powiedziało mu, że go kocha. A dodam, że były to pierwsze słowa, jakie wypowiedział – Henry, pijący drinka, usłużnie wyjaśnił, ignorując prychnięcie Joona stojącego za nim.
-Weźcie coś z tym zróbcie, zanim ktoś się wywali – Tae spojrzał na swojego sługę – Nooo.
-Cooo?
-Nooooooo.
-Coooooooo?
-Noooooooooooooooo!!! – Anioł światłości pochylił się nieco zniecierpliwiony  - Nooooooooo!!!
-Coooooooo!?!? – sługa nie pojmował, o co chodzi, jednak wzrok skierowany w niego stawał się coraz bardziej natarczywy – Co?…. Co?…. Co?….  Aaaaaaaaaaaaaaa.
-No.
-Ja Ciebie kocham, mój ty najcudowniejszy aniele, panie czarnych sal, TaeMinku, Lucusiu, Luceczku, Luceczeniusiu…. – Wymieniał, patrząc jak twarz drugiego chłopaka się rozpromienia,
-Ja ciebie też kocham, brzydalu – TaeMin przytulił się do Jjonga. - Piękna impreza, prawda?
-Owszem, piękna.
-Piękne to ja mam włosy – Wymamrotał Joon, który czuł się ignorowany.
Pito i jedzono do świtu, Dynie latały na wszystkie strony, a nietoperze szalały pod sufitami. I tylko rano dostawca wsiadający na swój wóz, odjechał niepocieszony, bo zdał sobie sprawę, że nie będzie wstanie poprosić szefa o podwyżkę.



3 komentarze:

  1. Fajne opowiadanie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny dodatek, ale tęskni mi się za historią główną :<
    Moment z Jinkim i Luną mnie rozwalił xD Wiedziałam, że weźmie się za kurczaki!!!! :')

    http://cnbluestory.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowne, wyjątkowe, nie mam słów

    http://seventeen-fanfiction.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń