czwartek, 30 października 2014

9

Zlecenie Dziewiąte



TaeMin:
Ostatnie dni były bardzo pokręcone, nawet jak na mnie. Po pierwsze, ciągle jeszcze dostaję czkawki, jak przypomnę sobie chwilę, gdy ten cały naburmuszony muzyk stanął w moich drzwiach. Tak, wiem, że nie sam i nie z chęci towarzyskiej wizyty, ale fakt jest faktem. Stał sobie i gapił się na mnie jak na jakieś ufo, a przecież to On naszedł mnie w domowych pieleszach… Domowe pielesze… pielesze… Dziwne słowo. Ciekawe skąd się wzięło, bo jakoś trudno mi wymyśleć pochodzenie. Chyba nie od pieluch? Może od pielenia? Ale co pielenie ma do domu? Chyba, że ktoś mieszka na wsi, to może sobie pielić w ogródeczku. Marchewkę może pielić i ogórki, sałatę i wszystkie inne warzywa. Pieleszeeeee… Może hyung JinKi będzie wiedział. On dużo wie. Hmmm o czym to ja miałem … A, że mnie naszedł w tych moich pieleszach i jeszcze wyglądał jakby się mnie nie spodziewał tu zastać. A gdzie ja miałem być jak nie tu? Wielce zdziwiony pan Kim JongHyun… Hehehe to ja się mogłem dziwić i owszem dziwiłem się, i to bardzo. Tak bardzo, że nawet zapomniałem tego wieczora zębów umyć. No bo przecież najpierw się dziwiłem tym bucem w drzwiach, a potem sprawą z nooną Luną. Byłem bardzo zły na tego mężczyznę, który ją skrzywdził. Jak można uderzyć kobietę. Zrobiłem jej herbaty i przyniosłem poduszkę, żeby sobie położyła wygodnie nogę. Onew chciał ją odwieźć do domu, ale w końcu została na noc u nas. Na początku nie chciała , mówiła, że to nie wypada i takie tam różne argumenty, które dla mnie były bez sensu całkiem, więc ich nie słuchałem, tylko poszedłem szukać czystej pościeli. JinKi też zachowywał się dziwnie. Może w tej szarpaninie jednak oberwał mocniej niż mówił, bo jakoś mu ręce się trzęsły, głos się załamywał, a on na zmianę bladł i robił się czerwony. Wypił też chyba z dwa litry wody i zbił talerzyk. Zaproponowałem, żeby poszedł do lekarza, ale tylko warknął coś na mnie i kazał szybciej szukać jeszcze jakiegoś koca. Dowiedziałem się, że mamy dodatkowy koc. Jest mięciutki, granatowy w białe kropeczki i strasznie ciepły. Noona na pewno pod nim nie zmarzła. Ja spałem u siebie, a Luna w pokoju JinKi'na. On sam zadowolił się kanapą w salonie, gdzie zresztą siedzieli jeszcze dość długo i rozmawiali. Niech nikt nie myśli, że podsłuchiwałem, ja tylko… ja tylko… chciałem być na bieżąco w wydarzeniach jakie rozgrywają się w koło mnie. Niestety niewiele się dowiedziałem, bo poduszka była zbyt miękka, a ja zbyt zmęczony.  Teraz jak o tym myślę, to dochodzę do dwóch wniosków. Pierwszy to taki, że Onew chyba wtedy jednak oberwał, bo nadal jakoś dziwnie się chwilami zachowuje, a drugi to, iż ja powinienem więcej spać.  Jadę autobusem i ziewam, bo telefon z agencji wyrwał mnie ze snu. Miałem piękny sen. Stałem na scenie i nie czułem tremy ani strachu przed publicznością. Stałem i … a nie ważne. Teraz jadę, bo mam zlecenie. Klient czeka podobno pod marketem. Mam pomóc w zakupach, a potem w sprzątaniu. Dość nietypowe zlecenie z tym sprzątaniem, ale w końcu żadna praca nie hańbi. Podobno żadna. Nie wiem tylko, czy ten ktoś doceni moje specyficzne metody sprzątania, jak nazywa je mój wspaniały przyjaciel Onew. Jeszcze tylko dwa przystanki. Jaki ten Seul wielki, ciekawe ile czasu zajęłoby przejście każdej ulicy, odwiedzenie każdego ważnego miejsca, zwiedzenie każdego zabytku.  Och, muszę wysiadać i poszukać mężczyzny w czerwonej bluzie i kwiecistych spodniach. Jest… Już go widzę. Dobrze, że nie muszę chodzić i szukać. No to czas na pracę…


-Ty, hyung? –TaeMin przechylił nieco zaskoczony głowę, gdy podszedł do młodego mężczyzny ubranego w białe spodnie, na których były jaskrawe kwiaty. – Ty mnie wynająłeś? – spojrzał w koło jakby szukając innej opcji na zleceniodawcę
-No ja. A co? Nie mogę? – Dragon uśmiechnął się i radośnie poklepał przybyłego chłopaka po ramieniu – Widzisz, KiBum stwierdził, że skoro u nich mieszkam, chociaż powiem ci prawdę, że wcale tak nie jest. Ja ich tylko odwiedzam i czasami nocuję, no, ale to drobnostka. Więc w ramach tego „mieszkania” mam posprzątać i zrobić zakupy, bo nikt za mnie tego robić nie będzie. A widzisz, chłopcze z agencji, ja nie bardzo znam się na sprzątaniu, a zakupów ciężkich nie mogę nosić – mówił, nie przerywając, ale za to ruszył w stronę wejścia do sklepu – Nie mogę, bo muszę dbać o dłonie. Dłonie, które muszą być zdolne perfekcyjnie uderzać w bębny, by wydobyć z nich esencję wspaniałości dźwięku. A teraz idziemy do mojego sklepu. – dodał tonem nieznoszącym sprzeciwu wskazując wielki napis „G-MARKET”

- Hyung… mimo, że ten sklep nazywa się tak, a nie inaczej, nie sądzę, by miał coś wspólnego z Tobą. 
- A masz pewność, że nie ma? G-Dragon, G-Market. Proste i logiczne, dlatego ja nigdzie więcej nie robię zakupów jak tylko tu. 
TaeMin nie zareagował, bo jego uwagę przykuła pewna niewysoka osoba. Był to ładny, chociaż nieco zaniedbany i wychudzony chłopak. Siedział na ławce niedaleko wejścia do sklepu, rozglądając się na boki jakby się czegoś obawiał. To od razu rzucało się w oczy. Ich spojrzenia spotkały się i nieznajomy dzieciak szybko naciągnął kaptur na twarz, podrywając się z ławki. Tae nie wiedzieć czemu, miał ochotę pójść za tą osobą, jednak zdecydowane szarpnięcie za ramię przywołało go do rzeczywistości i kazało skupić się na zakupach. Starał się bardzo, chociaż jego myśli ciągle zaprzątało coś, co dręczyło go, bo nie potrafił sprecyzować, co to było. W jakiś sposób wydawało mu się, że ta uparta myśl i ten chłopak sprzed sklepu mają coś wspólnego.  Z ulgą przyjął ciszę, gdy Dragon zaczął wybierać warzywa. Czynność ta wywołała takie skupienie u muzyka jakby od decyzji czy wziąć bakłażana czy dynię zależały losy świata. Przy regale z nabiałem nastąpiła pewna zmiana i teraz Tae porzucił wszelkie rozmyślania wpatrzony w kartoniki i butelki smakowego mleka, które kochał. Taki widok był dla niego jak balsam dla zranionej duszy. Bezwiednie uśmiechnął się, przesuwając wzrok po kolorowych opakowaniach, rozmyślając już nie o nieznajomym, a o smaku, zapachu oraz wszelkich walorach napoju wielbionego przez niego od dzieciństwa. W końcu wybrał kilka sztuk i dorzucił do wózka zakupowego, zapewniając towarzysza, iż osobiście za to zapłaci oraz poniesie. 
    Torby były dość ciężkie, więc Tae cieszył się, że jednak Dragon nie okazał się nieczułym draniem i też niósł część zakupów. Teraz mimo starań jakoś nie udało im się pochować wszystkiego, co kupili, więc radośnie postanowili zjeść to, co zostało na stole, by nabrać siły przed dalszą pracą. W posiłku nie przeszkadzały im stosy ubrań porozrzucanych po mieszkaniu. Czystych czekających na schowanie oraz brudnych, które od dana powinny być odesłane do pralni. W zlewie i na szafkach kuchennych piętrzyły się naczynia oraz resztki jedzenia, zalegające tu już tak długo, że w paru miejscach pojawiła się pleśń. KiBum zdecydowanie trzymał się postanowienia, które ogłosił jakieś dwa tygodnie wcześniej, iż on nie będzie jedynym, który dba o czystość, i że palcem nie kiwnie, jeśli JongHyun oraz Dragon też nie zabiorą się za pracę. Sprzątał od tej chwili jedynie swoje rzeczy, a resztę omijał z wielkim cierpieniem i determinacją. Dziś rano po dość długiej przemowie, gdzie często padały słowa takie jak „kategorycznie, zdecydowanie, domagam się, dziś…dziś.. dziś….”, zagroził, że wymieni zamki w drzwiach i będą zmuszeni spać na schodach, jeżeli nie zmienią swojego leniwego nastawienia. Jjong prychnął, po czym wyszedł z mieszkania, nie przejmując się niczym, a Dragon po godzinnym namyśle stwierdził, że trzeba coś zrobić, by ułaskawić głównego najemcę. Zakupy zrobił, płacąc oczywiście kartą Key’a, ale liczą się chęci i starania. Przy drugiej misce ryżu z warzywami oraz kawałkami mięsa, doszedł do wniosku, że te wszystkie zajęcia domowe nie są tak straszne, jeśli nie trzeba wykonywać ich samodzielnie. Pomyślał również, że skoro płaci za pomoc, to może pozwolić sobie na chwilę odpoczynku po posiłku. Wydał kilka poleceń, co należy zrobić, po czym owinął się w koc i udał się do łazienki, gdzie miał zamiar pospać w wannie, uznając, że w salonie będzie za duży hałas towarzyszący sprzątaniu. TaeMin nie przejmując się wcale tym, iż od zawsze miał pewne problemy z zachowaniem porządku, zabrał się za zmywanie naczyń, mając jedynie nadzieję, że straty nie będą zbyt duże. 



Kim KiBum nieco zdenerwowany zajściem w mieszkaniu szedł teraz niespiesznie, starając się uspokoić. Miał nadzieję, że jego postawa i mocne słowa skłonią tamtych dwóch leniwych idiotów do pracy. Chciał wrócić do domu pachnącego czystością, a nie brudnymi skarpetami oraz gnijącym jedzeniem. Swoją drogą czuć było czymś jeszcze, czego Key nie potrafił zidentyfikować. Zapach kojarzył mu się z kocią kuwetą, z długo nieczyszczoną kocią kuwetą. Znał ten zapach, gdyż posiadał kota, który co prawda teraz był u rodziców KiBum'a, ale wcześniej przez rok mieszkał z nim. Zdecydowanie jednak nie było możliwości, by śmierdziała kuweta.  Zastanawiał się też nad swoim przyjacielem, którego nie mógł zrozumieć. JongHyun kiedyś był wspaniałym, ciepłym i serdecznym człowiekiem, który zmienił się po pewnych wydarzeniach, jakie spadły na niego w dość krótkim czasie. Stał się irytujący, zamknięty w sobie, zgryźliwy, obojętny i czasami niemal chamski. Zachowywał się tak, jakby ich dawne marzenia o sławie, zespole przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Powiedzmy szczerze, zachowywał się jakby wszystko przestało mieć znaczenie.  Ale ostatnio ….Może KiBum się mylił, lecz od kilku dni coś się chyba działo i tak szczerze, to nie wiedział czy ma się cieszyć, czy raczej bać. No bo co miał myśleć np. wczoraj, gdy Jjong pierwszy raz od miesięcy wstał rano, ubrał się w dres i poszedł biegać, a następnie wziął prysznic i jedząc śniadanie bez poganiania, zabrał się za dopracowanie tekstu kilku nowych piosenek. 

Tymi wszystkimi przemyśleniami miał zamiar podzielić się z MinHo, pijąc pyszną kawę, od której był uzależniony, z czego zdawał sobie sprawę. Wiedział, że powinien ograniczyć jej spożycie, bo kilka razy serce biło mu zdecydowanie za szybko, a ciśnienie zdawało się nie mieć umiaru.  Drzwi baru otworzyły się w towarzystwie cichego dzwonienia, które obwieszczało przybycie klienta. 



-Oppa! Jak ja się cieszę, że tu jestem, i że Cię widzę. – ładna dziewczyna wisiała na szyi MinHo, a on uśmiechał się lekko – Tak dawno Cię nie widziałam. – Odsunęła się na krok, wpadając na KiBum'a, który właśnie wszedł i stał teraz jak słup, przyglądając się całej sytuacji. – Och, proszę wybaczyć – dziewczyna odwróciła się i skłoniła, po czym znów uśmiechnęła się do barmana – Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że mogę tu z tobą być, oppa.

-Ja też się cieszę, lecz usiądź teraz, bo zaraz zrobisz komuś krzywdę – tu spojrzał na Key'a i również się skłonił –Ja także przepraszam. Nie gniewaj się na nią, jest nieco roztrzepana i chyba zbyt radosna.
-No widzę właśnie – muzyk chrząknął i poprawił ubranie jakby strzepując z niego niewidzialne pyłki – Nie mógłbym się gniewać na tak uroczą istotę. – Owszem , dziewczyna była urocza, jednak chłopak nie wiedział czy powinno go to cieszyć czy wręcz przeciwnie.
-Uważaj, hyung, na słowa – MinHo pogroził palcem – To jest moja..
-Twoja? A więc to jest Twoja..
- Owszem i dlatego jestem wyczulony na słowa padające w jej kierunku – Barman dotknął ramienia dziewczyny – Hyung, pozwól, że ci przedstawię. To jest Choi JunHee. Moja młodsza siostra.
- Tak, no tak, miło mi – rzucił niemrawo zanim doszła do niego całość wypowiedzi – Miło mi… Siostra? Więc to jest siostra? No oczywiście, że siostra! Jakże mi miło. Szalenie mi miło – KiBum niemal rzucił się uściskać dziewczynę, lecz został powstrzymany  zdecydowanym gestem dłoni – Takie podobieństwo, od razu się domyśliłem. Przecież to widać . Siostra…..- Uśmiechnął się, pokazując wszystkie zęby – Jestem Kim KiBum, hyung Twojego brata i jego przyjaciel. Mogłaś mnie też widzieć w telewizji, bo jestem z zespołu ….
-Ona wie – MinHo przerwał potok słów, widząc, że jego siostra zaczyna wyglądać nieco dziwnie.
- Jaki Twój hyung jest słodki!!! – dziewczyna roześmiała się i wymijając brata, stanęła przed Key'em, tykając go palcem wskazującym w klatkę piersiową – Jest uroczy i miły. Czy mogę nazywać Cię KiBum oppa? Mogę, prawda? Skoro przyjaźnisz się z moim bratem, musisz się zgodzić.  No, oppa, zgódź się!!!
-Ona jest prawie jak ten okropny sprzedawca szczotek – Key spojrzał w oczy barmana, szukając u niego ratunku – Czuję się przytłoczony, chociaż schlebiają mi te słowa.
-KiBum Oppa!!! KiBum oppa!!!
-Możesz tak mówić, ale nieco ciszej może. Jestem tu prywatnie, a jak będziesz tak głośno, zbiegną się tu moje fanki i będzie zamieszanie.
-Jakoś nigdy nie widziałem tych tłumów fanek ,podążających za Tobą, Hyung – MinHo odciągnął siostrę, która wyjęła telefon i zaczęła pstrykać zdjęcia obu chłopakom – Kawy?
- A, owszem kawy. Bardzo chętnie się napiję kawy – usiadł przy barze i zerknął na wyświetlacz telefonu JunHee – Prześlij mi je – wyszeptał, podając swój numer – Wszystkie.
MinHo przemilczał tę prośbę i zajął się przygotowaniem zamówień zadowolony, że jego zmiana się zaraz kończy. Teraz miał zamiar odprowadzić siostrę do wynajmowanego przez siebie mieszkania, a potem odpocząć. Czekał jeszcze na znajomego, który miał mu przynieść zapłatę za pracę na myjni samochodowej z ubiegłego tygodnia. Nie cieszyło go to, że ktoś chorował, ale możliwość dodatkowego zarobku jako zmiennik zawsze była pozytywna. Postawił kubek kawy przed KiBum'em, jednocześnie odpowiadając siostrze, która pytała, czy może przejść się po najbliższej okolicy.
-Tylko nie odchodź za daleko, bo zabłądzisz. Pamiętaj, że ja za jakieś 20 minut kończę. Masz telefon?
-Tak oppa, mam, nie martw się, będę tuż za rogiem – rzuciła już od drzwi, gdzie znów prawie wpadła na kolejną osobę. Wchodzący przytrzymał ją za ramiona i wyminął, posyłając roześmianej dziewczynie całuska.
- Co za piękne klientki bywają u ciebie, MinHo. Ta była urocza – Chłopak, który wszedł, zlustrował szybko wnętrze knajpki i zawiesił wzrok na muzyku, który właśnie oblizywał usta z kawy – No, no, nie tylko dziewczyny masz tu wspaniałe. Chyba popełniam błąd, nie odwiedzając cię częściej w pracy.
- Zdecydowanie za dużo mówisz, Nam WooHyun, i chyba powinieneś zwracać się do mnie bardziej oficjalnie. Nie znamy się aż tak dobrze. Masz pieniądze?
- Mam. Jesteś taki drobiazgowy, Choi MinHo. I taki pazerny. Tylko kasa cię interesuje. Spytałbyś o moje samopoczucie i zdrowie. Zainteresowałbyś się, co porabiam, ale nie. Ciekawi cię tylko, czy przyniosłem pieniądze – sięgnął do kieszeni i położył na barze zwitek banknotów
- MinHo, czy mógłbym prosić jeszcze o trochę śmietanki do kawy? –Key mieszał swój napój, nie zwracając za bardzo uwagi na przybyłego chłopaka od chwili, gdy dotarło do niego, że tych dwoje łączą tylko jakieś interesy.
-Więc Wy się znacie? Przyjaciel? Rodzina? – WooHyun oparł się o blat i wbił wzrok w blady profil Key'a – Czy to nie jest czasem basista z tego no… z tego zespołu… jak on tam się nazywa? Zresztą nieważne…. MinHo Hyung, czy dobrze się znacie? – Puścił oczko do muzyka, jednocześnie przybliżając się do barmana i ściszając głos do szeptu – Wiesz, że lubię taki typ urody prawda? Czemu ukrywasz taki skarb?
-Nie wiem jaki lubisz typ i nikogo przed tobą nie ukrywam – kiwnął dłonią, nakazując milczenie KiBum'owi, który chciał już coś powiedzieć, słysząc, że rozmowa osobiście go dotyczy - Wiem jedynie, że jeśli tylko możesz, podrywasz każdego.
-Ciebie nie podrywałem.
-Bo ja od razu ostrzegłem cię, że nie interesują mnie takie gierki. I zapewniam Cię, że na Niego też nie zadziałają.
-Ależ ja… - Key starał się przerwać tę przemowę, bo w sumie nie przeszkadzało mu czyjeś zainteresowanie – Przecież to nic takiego…
-Pij kawę i nie wtrącaj się.
-Szacunek….
-Ja mam szacunek, ale się nie wtrącaj. A ty, WooHyun, przestań robić maślane oczy.
-Nie robię, one takie są od urodzenia. Nie zrozumiałeś mnie chyba, ja tylko staram się zaprzyjaźnić.
-Mamy dość przyjaciół, a zresztą już późno. KiBum, czy ja nie jestem winien ci kilku godzin? Włącz licznik, zostaw ten kubek i idziemy – zdjął fartuch, wręczając go Mirowi, który właśnie przyszedł – KiBum!!! Czas na nas. – Złapał chłopaka i wyciągnął z baru, zgarniając pieniądze, o których przez chwilę zapomniał.
Odeszli kilka metrów, gdy MinHo zatrzymał się, gwałtownie krzywiąc się nieco.
-Zaczekaj tu, ja muszę wrócić zabrać bagaż mojej siostry. Właśnie, jeśli ją zobaczysz, zawołaj i niech się na krok nie rusza – powiedział szybko i równie szybko zawrócił do baru, gdzie WooHyun zajadał się szarlotką, zagadując Mira. Gdy wszedł, obaj spojrzeli na niego – Zabieram to! – Złapał torbę płynnym ruchem, robiąc zwrot w miejscu, zanim ktokolwiek zdążył się odezwać.
Ku jego zadowoleniu JunHee i KiBum czekali razem. Niestety gdy podszedł, już nie był taki zadowolony, bo okazało się, że siostra z rozbrajającą szczerością zdradzała szczegóły z życia swojego starszego brata.
-Mama opowiadała, że gdy miał 4 lata nie rozstawał się z czerwoną łopatką, taką do piasku, nawet do przedszkola ją zabierał, ciągle z nią chodził. MinHo oppa zawsze miał powodzenie i wszystkie dziewczynki za nim chodziły. Znosiły mu w przedszkolu słodycze tylko po to, żeby z nimi się bawił…
- JunHee!!! Jak możesz o mnie mówić? Dlaczego zdradzasz takie rzeczy obcym.
- Ja też chodziłem do przedszkola… - Key pokiwał głową zamyślony, bo to, co usłyszał coś mu przypominało. Jakieś wspomnienie, które miał ukryte głęboko w podświadomości – Nie miałem łopatki. Łopatki nie…. Słodycze…. Coś mi się przypomina…
- Zapewne to, że jesteś wspaniały, uwielbiasz kawę i nie jesteś ufny do obcych – MinHo przerwał chłopakowi rozmyślania i lekko pchnął siostrę, która milczała, czując, że brat jest na nią zły – A teraz się pożegnamy.
- Jak to pożegnamy ? – KiBum ocknął się z zamyślenia – Jak to?!? Przecież sam powiedziałeś, żeby ten licznik, i że czas, mój czas, i że razem….
-Tak tylko powiedziałem przy tym zboczeńcu. Przecież muszę zająć się siostrą.
-Nie musisz. Nie jestem małym dzieckiem. Jeśli odprowadzisz mnie do mieszkania, wystarczy. Rozpakuję się, a potem posiedzę w internecie. Obiecałam przyjaciółką, że odezwę się zaraz, jak tu dojadę. – Dziewczyna zrobiła słodki dziubek i przechyliła głowę. Nie miała ochoty na towarzystwo brata zwłaszcza teraz, gdy mu podpadła. Wiedziała, że musiałaby wysłuchać kazania, które nie skończyłoby się na kilku słowach – Oppa, nie musisz się mną przejmować, obiecuję być grzeczna, a Ty zajmij się sobą.
- Ale przecież ….
- O, widzisz, Twoja siostra jest duża i sobie poradzi, a my możemy zająć się swoimi sprawami. Liczniczek już chodzi… - Key stuknął palcem w tarczę zegarka i uśmiechnął się – Zatem odprowadźmy Twoją słodką i zaradną siostrę, a następnie…
- Możecie przestać gadać? – MinHo czuł, że zaczyna go boleć głowa – Idziemy, a wy milczycie, żebym mógł pomyśleć …. Ani słowa. – Zagroził, widząc, że oboje już otwierali usta – Ani jednego słówka.


***


Siedziała, czekając aż lekarz obejrzy jej nogę. Minęło kilka dni, kostka nie bolała już tak bardzo, opuchlizna zeszła i można było już na niej stąpnąć. Owszem, powinna jeszcze ją nieco oszczędzać oraz unikać butów na obcasie, ale to nie było najgorsze w całej tej sprawie. Cierpliwie wysłuchała wszelkich uwag, a gdy założono jej stabilizator, wolno wyszła z gabinetu i spojrzała na czekającą na nią przyjaciółkę. Tiffany poderwała się z krzesła, odkładając kolorowe pismo, które przeglądała.
-Wszystko dobrze? Możesz już biegać ?- Uśmiechnęła się, żartując – No nie bądź taka poważna, Luna…
- Wybacz unni, ale nie potrafię się cieszyć. Cała ta sytuacja bardzo mnie przygnębia – wolno szły w stronę samochodu na parkingu. Nie był to jakiś nowy model, ale jeździł i to się liczyło – On znów dzwonił. Kilka razy też pisał. Jest wściekły i odgraża się. Twierdzi, że ma prawo egzekwować umowy naszych rodziców, a ja zapłacę słono za sprzeciw. Nie rozumie, że nic do niego nie czuję i nie chcę prowadzić takiego życia. Dla niego liczy się tylko jedno. Powiadomił moich rodziców, ubarwiając wszystko.
- Przykro mi… -Tiffany za trzecim razem w końcu odpaliła auto i ruszyła – Może powinnaś z nimi porozmawiać?
- Chciałam, ale to się nie uda. Oni są bardzo staromodni. Uważają, że przyniosłam im wstyd i to nie pierwszy raz, za to najgorszy. Już to, że wyprowadziłam się z domu i zaczęłam zarabiać na siebie, wypominali mi przez rok. Ledwie pogodzili się z tą decyzją, ale to teraz… Ojciec przez telefon powiedział mi, że nie ma już córki i się rozłączył.
- A mama?
- Ona może i by mnie zrozumiała, ale została wychowana na posłuszną mężowi. Nie sprzeciwi się i zresztą też twierdzi, że przynoszę hańbę rodzinie, że ojciec dostanie zawału, a ona nie może spojrzeć sąsiadom w oczy. A czy to sąsiedzi przeżyją moje życie? – Luna zacisnęła usta, czując, że smutek zmienia się w narastającą złość – Ja im pokażę jeszcze. Zobaczą, że poradzę sobie sama. Osiągnę coś w życiu na przekór wszystkim.
- Waleczna Luna…. – dziewczyna za kierownicą uśmiechnęła się, bo znała przyjaciółkę na tyle, by wiedzieć, że ta złość i zaciętość są tylko chwilowe – Myślę, że jest ktoś, kto chętnie by ci pomógł.
- Och ,Tiffany, wiem, że na Ciebie mogę zawsze liczyć. Jesteś wspaniała
- No tak…. – Chrząknęła zmieszana – Możesz na mnie liczyć, ale miałam na myśli kogoś innego. Ten cały JinKi to miły chłopak, prawda? Dzwonił i dopytywał się o Twoje zdrowie. Zresztą to on Ci wtedy pomógł. Zwykły znajomy nie wtrącałby się chyba w sprawy małżeńskie.
- Jestem mu wdzięczna za pomoc, ale nie wiem o czym mówisz, unni– Luna mimo wszystko czuła, że policzki i szyja stają się czerwone. Odwróciła twarz w stronę okna – Za dużo wymyślasz.
- Wymyślam? To dlaczego tak się rumienisz, gdy o nim mówię?
- Ja…? Mnie jest gorąco. Duszno..
-Niech ci będzie, w agencji są dla ciebie kwiatki. Możemy po nie wjechać po drodze. Niejaki JinKi'n zostawił je tam, twierdząc, że je znalazł, czy dostał. Mieszał się w zeznaniach, ale na koniec stwierdził, że może Ci poprawią humor. Dodam, że jemu chyba też było bardzo duszno.
-Unni, jesteś doprawdy straszna – Luna warknęła, jednak mimo wszystko uśmiechnęła się delikatnie na wspomnienie prawie zawsze uśmiechniętych oczu. Nie znali się zbyt długo, jednak dziwnym trafem zawsze pojawiał się w chwili, gdy potrzebowała pomocy i zawsze potrafił ją zrozumieć. Zdążyła polubić go bardziej niż wiele osób znanych od dawna. – Jest miły.
-Jest… - Tiffany przytaknęła, parkując pod budynkiem, gdzie mieściła się agencja.
-Jest taki nieśmiały.
-Jest…
-Ale kiedy trzeba, prawdziwy z niego, twardy facet – Luna zdała sobie sprawę, że mówi na głos, zamiast zachować myśli dla siebie – No, a dziś dużo mamy zleceń?
-Zmieniasz temat, ale niech ci będzie. Wejdźmy do biura, napijemy się kawy, zjemy coś i dokładnie przejrzymy zlecenia. Pomożesz mi uporządkować rachunki i poprawić dwie umowy.


***


Stał w autobusie, starając się nie stracić równowagi i nie wpaść na nikogo. Za to na niego ciągle wpadała jedna osoba. Za każdym razem gdy autobus hamował albo skręcał, KiBum jak bezwładny opierał się o MinHo i uśmiechał przepraszająco. Mimo, że ten drugi nie był przekonany do całej tej wyprawy, nie dał rady przeciwstawić się dwójce upartych osób, które nie dawały mu nawet dojść do słowa. Teraz czekał na zapewne kilka godzin łażenia po centrum handlowym, gdzie uparł się jechać Key. Nie bardzo chciało mu się chodzić po sklepach, ale na dobrą sprawę i tak musiał odpracować te godziny, za które zapłacono na festynie. Stwierdził, że może lepiej mieć już je z głowy, z drugiej zaś strony mimo, że Kim KiBum był czasami strasznie irytujący, to jednak jego osoba budziła zaciekawienie i w jakiś sposób przyciągała. Zachowanie chłopaka odbiegało znacznie od tradycyjnych standardów wychowania w Korei.
-No zobacz jaki piękny dzień się zapowiada. Pospacerujemy sobie, zjemy coś smacznego, znów pospacerujemy – muzyk kolejny raz trącił ramieniem towarzysza – Ależ ten autobus zarzuca …
-Po pierwsze dzień zaczął się już dawno i jak na razie nie był za piękny, a autobus wcale nie…
-Nie bądź taki ponury, Żabciu. Więcej optymizmu.
-Jestem tak bardzo optymistyczny, że zaraz radość uwięziona w moim wnętrzu eksploduje. I dlaczego znów nazywasz mnie Żabą?
- A nie lubisz żabek? Są takie małe, zielone, mają śliczne, wielkie oczy, mają błonę między palcami, są oślizgłe i …. No dobra, może nie są najpiękniejsze, fakt, ale …
-Pogrążasz się jeszcze bardziej, hyung…. Wysiadamy – ruszył ku wyjściu, słysząc za sobą jeszcze jakieś niejasne wyjaśnienia.
- Jaki Ty jesteś czujny, Żabciu, o mało nie przejechaliśmy odpowiedniego przystanku.
-Z całym szacunkiem, hyung, ale moja cierpliwość może się kiedyś skończyć. Zdecyduj więc, czy pilnujesz się i idziemy razem, czy rzucasz jeszcze jakimiś epitetami oraz chałwami w moim kierunku co sprawi, że wracam do domu.
-No dobrze będę się pilnował… Chwila, chwila… Jaka chałwa? Nigdy nie rzucałem w nikogo chałwą, ja nawet nie lubię chałwy. – KiBum gwałtownie zatrzymał się w wejściu do galerii, tamując ruch.
- Idź dalej – Ciemnowłosy chłopak odciągnął go na bok, przepraszając kilka osób za zamieszanie – Jesteś niebezpieczny dla otoczenia. A co do chałwy, to tak mi przyszło do głowy, bo jest tak słodka, że nawet po małym gryzie może zemdlić.
-Mdli Cię?
- Mdli mnie czasami, jak przesadzasz. .. Jesteś chałwą.
- A ty jesteś...jesteś…
-No kim niby? – Uśmiechnięty MinHo prychnął rozbawiony, bo towarzyszący mu chłopak, wyglądał na zagubionego, jakby stracił nagle cały swój blask.
-Jesteś przedszkolnym Cassanową i wrednym sknerą, który nie chciał się dzielić swoją łopatką z innymi. Nie rozumiem czemu, bo przecież ta łopatka nie była żadnym cudem świata, głupi kawałek plastiku… - Uniósł wysoko brodę, splatając ręce na piersi – No i co? I foch…. Oczywiście mój foch.
- Chciałem coś powiedzieć ale przyznaję, hyung, że zbiłeś mnie z tropu. Nie mam pojęcia, o co Ci chodzi i jak powinienem zareagować. Może po prostu chodźmy na te zakupy – dodał zrezygnowany – I nie rozumiem, co cię obchodzi moje dzieciństwo.  Aish… co z Ciebie za człowiek, hyung .
- Wydaje mi się, że chodziliśmy razem do przedszkola. Gdy Twoja siostra opowiadała o czerwonej łopatce i o słodyczach… Teraz jak tak na Ciebie patrzę, to wydaje mi się, że to mogłeś być Ty.
-Nadal nie bardzo rozumiem.
-Gdy chodziłem do przedszkola, chodził tam też taki jeden dzieciak. Już wtedy był bardzo ładny i wszystkie dziewczynki za nim biegały. Był zarozumiały, na mnie nigdy nie zwracał uwagi.
-A to Ty też za nim biegałeś jak dziewczynka? – MinHo uśmiechnął się – Wybacz, hyung, ale właśnie wyobraziłem sobie ciebie w sukience. Takiej różowej z falbankami.
-Żebym ja sobie ciebie nie wyobraził… - Zmarszczył brwi, udając oburzenie, jednak jego natura wzięła górę, więc uniósł kącik ust w uśmiechu – Róż by do mnie pasował… - rozmarzył się – A ciebie widziałbym raczej w czymś czerwonym, obcisłym i z takim rozcięciem na całą nogę. Już widzę jak wystawiasz w tym rozcięciu swoją zgrabną choć nieco krzywą nóżkę.
-Hyung…..
-No tak, przepraszam…. Przepraszam, że odbiegłem od tematu. Zatem w tym przedszkolu, ten dzieciak, ignorował mnie. Wiele dni starałem się z nim zaprzyjaźnić, chciałem, by się ze mną pobawił, dał chociaż potrzymać … potrzymać – Zatrzymał się i z wyrzutem spojrzał na towarzysza – Żeby chociaż na chwilę dał mi do ręki…
-Proszę, wykrztuś to z siebie, bo jak na razie brzmisz jak obleśny zboczeniec – MinHo odruchowo cofnął się o krok do tyłu – I nie patrz tak na mnie..
-Ja zboczeniec? O czym mówisz? Przecież ja…- doszło do niego jak brzmiała jego wcześniejsza, niedokończona wypowiedz – Nie dał mi potrzymać, nigdy, ale to nigdy swojej czerwonej łopatki!
Zapanowała niezręczna cisza, w trakcie której obaj przetwarzali kilka ostatnich wypowiedzi. U obu tok myślowy osiągnął pewien dziwny poziom i niekoniecznie zmierzający do wyjaśnienia sytuacji. Gdy MinHo starał się sobie przypomnieć czasy wczesnego dzieciństwa i słuszność zarzucanego mu skąpstwa oraz zarozumialstwa, myśli KiBum'a porzuciły chwilowo teren przedszkola i zaczęły krążyć koło wściekle różowej, skórzanej kurtce nabijanej ćwiekami, która wisiała w witrynie sklepu tuż obok nich.
-Pasowałaby mi – wyszeptał
-Łopatka? Do czego? Teraz? – Młodszy chłopak wydawał być się zaskoczony
-Jaka tam łopatka…kurtka, no sam zobacz. Jest idealna i myślę, że to mój rozmiar. Chodź, ja muszę ją przymierzyć.  – ruszył w stronę sklepu, pozostawiając osłupiałego towarzysza.
Kurtka niestety okazała się damska i sporo za mała, więc jej zakup z ciężkim sercem muzyk musiał porzucić. Za to wielką radością dał się pocieszyć kubkiem latte z automatu, twierdząc, że MinHo posiada jakąś nadprzyrodzoną moc, gdyż nawet jeśli nie parzy sam kawy, a tylko ją kupuje, napój jest o wiele smaczniejszy. Z trudem udało im się też wyjaśnić sprawę łopatki. Okazało się, że faktycznie obaj chodzili do tego samego przedszkola. Key od urodzenia był dzieckiem ekstrawaganckim i posiadającym własne zdanie oraz nie poddającym się ogólnie przyjętym trendom. Swoje przedszkolne ubranko ozdabiał a to kokardką, a to sztucznym kwiatkiem albo koralami zabranymi mamie. Nie lubił babrać się w błocie i regularnie chodził myć ręce, co innym dzieciom nie wydawało się tak konieczne. Niestety swoim zachowaniem sprawił, że wiele dzieci uważało go za dziwaka i unikało zabaw z nim. MinHo należał co prawda do innej grupy, ale wiele zajęć, dzieci miały razem i wtedy następowały sytuacje tak bardzo „raniące”muzyka. Młodszy od niego dzieciak ignorował go całkowicie. Uśmiechał się słodko do wszystkich dziewczynek i rozbrajającą miną pozwalał na obdarowywanie się słodyczami. Każdego dnia przychodził do przedszkola z piękną czerwoną łopatką, która stała się obiektem pożądania KiBum'a. Sam nie wiedział, czemu ten przedmiot wydawał mu się tak cudowny i pożądany. Faktem jest, że nie udało im się zaprzyjaźnić i obaj z jakiś dziwnych przyczyn nie darzyli się sympatią, tak im się wtedy wydawało.
-Nie lubiłem cię, bo Ty mnie nie lubiłeś, zarozumiały dzieciaku.
- Ja cię nie pamiętam – MinHo palnął, czując wielką chęć podrażnienia się z muzykiem – Wcale sobie ciebie nie przypominam.
-No, ale jak to, taki mały, słodki byłem? Musisz mnie pamiętać – Nie zwrócił uwagi, że z wcześniejszej rozmowy wynikało, że jednak uwielbiany barman pamiętał go – Pomyśl, przypomnij sobie. Kim KiBum, KiBum, ja… popatrz na mnie
-Serio nie pamiętam – spojrzał, udając, że się bardzo skupia, starając sobie coś przypomnieć – Pamiętam wiele dzieci, ale ciebie nie. Może jednak się mylisz?
- Zapewniam, że się nie mylę. Kim KIBUM.
-Myślisz, że jak będziesz mówić wolniej i głośniej to coś zmieni?
- Pewnego dnia spadłem z huśtawki. To było wiosną, bo kwitły wtedy takie krzaki koło przedszkolnej bramy, spadłem i zbiłem sobie kolano. Płakałem i wtedy…
-I wtedy tylko ten wredny dzieciak podszedł i pomógł Ci wstać, a następnie zaprowadził do pani i poczekał, aż Ci przemyje i opatrzy ranę.
-Tak, poczekał a potem poszedł ze mną do piaskownicy i pozwolił zrobić kilka babek przy użyciu tej łopatki.
-Powiedział Ci, że się ciebie bał, bo jesteś dziwny, ale skoro płakałeś, to chyba nie jesteś ufo – MinHo westchnął i spojrzał na Key'a.
-Więc pamiętasz!! Kłamałeś ..
-Nie kłamałem, a jedynie drażniłem się. Serio, wtedy jako dzieciak bałem się ciebie trochę. Patrzyłeś na wszystkich tak dziwnie, cały byłeś dziwny.
- To był mój najszczęśliwszy dzień w przedszkolu. – Key usiadł na ławce stojącej przy fontannie, w której pływały kolorowe, małe rybki – Mój ojciec dużo pracował, często za granicą i wiele czasu spędzałem jedynie z mamą oraz babcią. W zasadzie mama też pracowała i całe wychowanie mnie spadło na babcię właśnie. Zazdrościłem innym, gdy po nich przychodzili rodzice. Albo na występy czy przedstawienia inni mieli swoich rodziców. A ja tylko z babcią albo z kluczem na szyi. – zaśmiał się smutno – Z kluczem na szyi, rozumiesz?
-Nie bardzo – MinHo chyba pierwszy raz spojrzał na muzyka jak na normalnego, nieco nawet zagubionego człowieka. – Wyjaśnisz?
- Klucz… to przez niego inni zaczęli na mnie wołać Key. Ale to było już po przedszkolu. Tego dnia, gdy się ze mną bawiłeś, po powrocie do domu dowiedziałem się, że wyjeżdżamy z rodzicami do stanów, a dzień później, gdy babcia zaprowadziła mnie do przedszkola, bym pożegnał się z panią i kolegami…Ciebie nie było. Byłeś chory, a ja …
-Nie przyjaźniłeś się tam z nikim? – chłopak lekko dotknął ramienia muzyka – Więc wyjechałeś?
-Tak. Na cztery długie lata. Tam też nosiłem klucze do mieszkania na szyi i właśnie tam przylgnęło do mnie przezwisko, które zresztą polubiłem. A łopatkę… często ją wspominałem.
- Łopatkę, nie mnie?
-Czepiasz się. Nie bądź drobiazgowy, ta łopatka to taka przenośnia tylko. – Wstał, pociągając nosem – Straciłem ochotę na łażenie po sklepach. Może lepiej przejdźmy się po mieście.
-KiBum… - MinHo też wstał – Przykro mi, przykro mi, że byłem wrednym dzieciakiem.
-Wybaczam Ci – jeszcze raz pociągnął nosem – Było minęło.
- Chodźmy do parku, jest tu niedaleko taki ładny park. – MinHo czuł, że nie powinien za bardzo się roztkliwiać. Key wyglądał, jakby miał się rozpłakać i to było niemal rozczulające. Młodszy z chłopaków odczuwał niemal sympatię do starszego. Niemal, bo nadal wolał zachować dystans. Jednak dziś dowiedział się wiele o swoim barowym prześladowcy i musiał przyznać, że pozory potrafią bardzo mylić.  Wolno szli chodnikiem, rozmawiając i wspominając swoje lata szkolne. Okazało się, że obaj mieli co wspominać i nawet znaleźli wspólne elementy w swoim życiu. Obaj lubili muzykę, obaj byli zaradni i potrafili zadbać o siebie. Obaj też dobrze się uczyli, wiedząc, że w ten sposób zabezpieczają swoją przyszłość. 
- Chciałem śpiewać, ale potem pokochałem rap no i gitarę. Teraz, gdy wchodzę na scenę ja i moje cztery magiczne struny to….
- To ty grasz na basie? – MinHo przerwał chłopakowi potok słów – Dziwne, bo w waszych piosenkach wcale nie słychać basu.
-Jak to nie słychać? Kpisz ze mnie? Przecież gdyby nie ja i te moje struny to…. - W chwili gdy KiBum zamilkł, chcąc nabrać powietrza, MinHo zatrzymał się gwałtownie, rozglądając się w panice.
-Co ci się stało?
- Widzisz tych kolesi tam? – Złapał chłopaka za łokieć – Oni nie powinni mnie widzieć..
-To problem, bo chyba właśnie zobaczyli. – Key odparł beztrosko, patrząc jak trzech osiłków wymachuje rękoma i coś pokrzykuje – Znajomi?
-Taaaak, bliska rodzina. A teraz uciekajmy !!!!! 
-Co?!?!
-Biegnij, po prostu biegnij !!! – MinHo nic nie tłumacząc, pociągnął drugiego chłopaka, zmuszając do biegu. Słyszeli za sobą coraz głośniejsze krzyki i nawoływania. Nieznajomi mężczyźni również rzucili się do biegu, nie mając zamiaru odpuścić. Co prawda, obie grupki dzielił pewien dystans, ale zmniejszał się niebezpiecznie. Key i MinHo biegli, starając się omijać przechodniów, czego nie można było powiedzieć o ich prześladowcach, torujących sobie drogę niczym niemieckie czołgi.
-Tutaj !!!! – MinHo skręcił gwałtownie, łapiąc muzyka za rękę – Tutaj!!! – powtórzył, wpadając przez drzwi do poczekalni szpitalnej, wymijając jakąś pielęgniarkę i parę staruszków.
-Ja… ja… już nie mam….. sił…. – Wyjęczał KiBum, ciężko oddychając. Gdy tylko się zatrzymali, pochylił się, opierając dłonie o kolana – Ja nie…nie jestem…. Nie jestem… spor… spor….spor…towcem – wydyszał, czując jak pot spływa mu na oczy.
-Cholera – MinHo dostrzegł, że ci, przed którymi uciekał, zatrzymali się przed szpitalem, rozglądając się – Chyba nie widzieli, że tu weszliśmy.
-Chyba… ja chyba…. Słabo mi..
- Nic Ci nie będzie – W chwili, gdy to powiedział, jego wzrok spotkał się ze wzrokiem jednego ze zbirów. Tamten krzyknął coś do kumpli i uśmiechnął się triumfująco – W nogi !!! –Znów pociągnął ledwie stojącego na nogach KIBum'a. Minęli kilka zakrętów, nie oglądając się za siebie, po czym wpadli do jakiegoś niewielkiego pomieszczenia, zatrzaskując za sobą drzwi. Muzyk osunął się po ścianie, siadając na podłodze. – Nie sądziłem, że ich spotkam – Barman też dyszał po biegu- Wszystko ok?
-Ok ? Nic nie jest ok. Gdzieś tam po drodze zgubiłem swoje płuca, a serce zaraz też zniknie. Co to za ludzie? Czemu musiałem przed nimi uciekać? Jacyś fani?
-Fani? Chciałbym, żeby to byli Twoi fani. Niestety te typki raczej nie zachwycaliby się Twoimi zdolnościami muzycznymi – Otarł pot z czoła – Kiedyś pożyczyłem pieniądze od ich szefa.
-Mafia??? – Key uniósł głowę – Ściga cię mafia?
-Jaka tam mafia. Podrzędne bandziory. Oddałem im dług o jeden dzień później niż się umawialiśmy, a oni wymyślili, że mam im oddać odsetki w wysokości 50% długu. Nie zgodziłem się.
-Słusznie. To zdzierstwo. – KiBum wzruszył ramionami – Było im trzeba to powiedzieć ,a nie uciekać.
- W jakim ty żyjesz świecie, hyung? Oni by zaciągnęli mnie gdzieś i skopali w ramach nauczki. A ty byś oberwał razem ze mną.
- Obcowanie z tobą jest ryzykowne. Nie wiedziałem, że prowadzisz taki tryb życia.
- Nie chwaliłem się. Myślałem zresztą, że nigdy na nich nie wpadnę. A teraz musimy pomyśleć, jak się wydostać z tego miejsca. Pewnie stoją przy wyjściu. – rozejrzał się wkoło, stwierdzając, że stoją w jakimś składziku – Mam chyba pomysł. – Uśmiechnął się. - Wstawaj, hyung, pora na przebieranki.
- Zwariowałeś z nerwów? Gdyby nie zmęczenie, byłaby to kusząca propozycja.
-Ależ nie. – sięgnął i z pułki ściągnął dwa białe fartuchy – Panie doktorze, myślę, że czekają na nas pacjenci …
-Kto? Pacj…aaaaa – starszy chłopak zrozumiał i chociaż jeszcze miał problemy z oddechem, również się uśmiechnął – Myślisz, że się uda?
-Musi się udać. – MinHo założył fartuch, po czym odszukał białe maseczki – Myślę, że to też się przyda. Kilka minut później z pomieszczenia wyszły dwie ubrane na biało postacie z zasłoniętymi twarzami. Całości stroju dopełniły plakietki oraz stetoskopy, które również sobie pożyczyli. Szli korytarzem, udając pochłoniętych w ważnej rozmowie, starając się sprawić wrażenie wiarygodnych.
-Ta wątroba była taka nabrzmiała i nieco zielona! – KiBum ryknął nagle niskim głosem, gdy zza zakrętu wyłonił się jeden z prześladowców – Musiałem ją naciąć, a wtedy polało się tyle krwi. Flaki…flaki były wszędzie…
- Nie przesadzaj – MinHo wyszeptał, gdy bezpiecznie się oddalili – Nie mów o flakach proszę.
-Jak sobie życzysz. Mogę o żylakach, wyrostku, albo o tym białym co się wylewa… no to białe leci z nosa i z uszu… takie…
-To się nazywa płyn mózgowy, ale o nim też nie mów.
-Panie doktorze!!! Panie doktorze!!! – dobiegło do nich i jakiś mężczyzna stanął przed nimi – Panie doktorze proszę mi pomóc, czekam tu już godzinę, a mój ojciec cierpi. Czy któryś z panów nie mógłby zobaczyć jego nogi? Bardzo proszę. – Skłonił się, składając dłonie jak do modlitwy – Bardzo proszę.
- W zasadzie jesteśmy zajęci… operacja… mamy operację… transplantację – Key  starał się oswobodzić, gdy mężczyzna ujął go za rękaw fartucha – Transplantacje oka mamy…
- Ja bardzo proszę, to tylko chwila – mężczyzna nie puszczając, pociągnął fałszywego lekarza w stronę krzesła, gdzie siedział staruszek z prowizorycznym opatrunkiem na kolanie. – Proszę pomóc.
- W zasadzie to nie nasza specjalność ... -MinHo wolał coś powiedzieć zanim Key znów wyskoczy z jakimś pomysłem na operację czy transplantację. – Więc o co chodzi?
- Ojciec nie może chodzić. Zranił się, ale rana od tygodnia się nie goi się i w końcu przyjechaliśmy, mieszkamy na wsi i daleko do szpitala, a teraz jeszcze czekamy.
- Panie doktorze – Młodszy spojrzał na plakietkę przypiętą do fartucha KiBum'a – Panie doktorze Park, czy zechce pan zobaczyć?
-Ależ doktorze – Teraz starszy zerknął, by przeczytać nazwisko wypisane na drugiej plakietce –Doktorze Park, myślę, że jednak pan powinien…
-Doktorze Park, ja jednak nalegam…
-Nie śmiałbym, gdyż, panie doktorze Park, jest pan bliżej specjalizacją do kolanologii – KiBum czuł, że sytuacja robi się mimo powagi komiczna.
- Kolano..co? Doktorze Park, jednak jestem przekonany, że … A w zasadzie jak pan się nazywa?- Zwrócił się do mężczyzny, który obserwował ich od chwili w ciszy.
-Nazywam się Park WooHo, a to mój ojciec….
-Niech zgadnę – Key wyprostował się- Zapewne pan Park? Miło mi poznać. Zatem panie doktorze Park, co pan powie na temat kolana pana Park? – W głosie Key'a było słychać rozbawienie.
-Pan, panie doktorze Park, powinien się trochę opanować, a pan niech pokaże to kolano.
-Panie Park oczywiście – muzyk nie mógł się powstrzymać, lecz zamilkł pod poważnym spojrzeniem jakie zostało mu rzucone przez duże, ciemne oczy. Chwile potem już nie miał ochoty na dowcipy, bo gdy starszy mężczyzna zdjął opatrunek, ukazała się im paskudna rana. Widać było zakrzepłą krew, opuchliznę, a wszystko było bardzo zaognione.  Pojawiły się też białe pęcherzyki, które świadczyły że w ranie zaczęła zbierać się ropa.
-Panie doktorze…. Doktorze Park to jest…. – KiBum wymamrotał, czując, że zbiera mu się na mdłości.
-Tak, to jest poważne. To dawno powinien obejrzeć lekarz. Rana była zbyt głęboka i należało ją zszyć. Koniecznie musi się panem ktoś zająć. –MinHo spojrzał w głąb korytarza – Siostro!!! Proszę tu podejść natychmiast – krzyknął do kobiety w niebieskim uniformie – Dlaczego ten mężczyzna czeka tak długo na pomoc? Natychmiast proszę przyprowadzić wózek i zabrać tego pacjenta na oddział.
- Tak, ja już… - pielęgniarka spojrzała na ranę i widząc jej stan nawet nie zaczęła się zastanawiać nad tym, że wydający jej polecenia lekarz jest bardzo młody oraz, że nie jest tym za kogo się podawał
-Mam nadzieję, że szybko się nim zajmie odpowiedni specjalista! To skandal żeby człowiek w takim stanie czekał cierpiąc.
-Dziękuję, panie doktorze …Park. I panu, panie Park – syn rannego skłonił się im kolejno.
-Nie ma za co. To nasz obowiązek – muzyk poczuł się, jakby zrobił pierwszy raz w życiu coś pożytecznego.

Wymknęli się wyjściem dla personelu, gdy tylko mężczyznę od kolana zabrano zapewniając, że otrzyma bezzwłocznie pomoc. Pozbyli się przebrania, ukradkiem podrzucając je do otwartej karetki pogotowia stojącej na podjeździe, mając nadzieję, że pielęgniarze odniosą wszystko na miejsce.  Wsiedli do autobusu, który właśnie podjechał, nawet nie patrząc gdzie ten jedzie. Chcieli po prostu jak najszybciej oddalić się od miejsca, gdzie nadal kręcili się mężczyźni chcący złapać MinHo. 




***



Mieszkanie wyglądało nieco lepiej niż parę godzin temu. Brudne ubrania wsadzone były do sporego kosza, który stał sobie przy drzwiach wyjściowych, czyste co prawda, nie były pochowane, ale leżały na kilku stosach. Może trudno było nazwać je poskładanymi, ale od biedy dałoby radę schować je do szafy. Resztki jedzenia zostały zgarnięte do śmieci, a czyste, chociaż niezbyt dokładnie spłukane naczynia, stały na wytartej kuchennej szafce. Tylko dwa talerzyki i jeden kubek uległy zniszczeniu, co na taką ilość zmywania było doprawdy sukcesem. G-Dragon, który przespał, teraz siedział na kanapie wraz z psem Karpiem i polerował znudzonemu zwierzęciu pazury skarpetką wyjętą spod kanapy. Atmosfera była całkiem przyjemna i przyjacielska. Tae z mopem w dłoniach, tanecznym krokiem przemierzał salon i kuchnię, nie bardzo zwracając uwagę czy podłoga jest myta dokładnie, czy też nie. Właśnie wykonał lekki skłon z równoczesnym rozsunięciem nóg w rozkrok i przechyleniem kija od mopa niczym partnerki do tyłu, gdy wejściowe drzwi otworzyły się i wszedł JongHyun. Sprzątający chłopak nie przerwał swojego tańca, przeciwnie puścił kij po czym wykonał płynny obrót łapiąc go ponownie zanim ten upadł. 

- „Piękna dziewczynoooooo!...” - Zawył do piosenki, która leciała z radia – „… Jesteś tu ze mną znów hej la la laaaaa….” – Ślizgiem cofnął się do tyłu, robiąc wymach wolną ręką nad głową.
- Do cholery co się tu dzieje!!!!
-Sprzątamyyyyy hej, hej uuuuuuuu – Tae nadal śpiewał, wymachując mopem – Pucu, pucu, myju, myjuuuu
- Chyba trafiłem do domu wariatów – Jjong podszedł do sprzętu grającego i w mieszkaniu zapanowała cisza. TaeMin, który właśnie stanął na mokrej podłodze, stracił równowagę i runął do tyłu – Czy ja się dowiem co tu się wyrabia? 
-Jak słyszałeś, sprzątamy. Zrobiliśmy już zakupy, a teraz kończymy z resztą – Draguś puścił psa, który z ulgą zlazł z kanapy i podszedł do przybyłego właśnie chłopaka, usiadł przed nim i zawarczał od niechcenia.
- Czego warczysz, głupi psie? Mało tego ,czemu ty warczysz tylko na mnie! – Wyminął zwierzaka i usiadł w fotelu – Rozumiem, że ty miałeś sprzątać, ale co tu robi to dziecię diabła i demonicy?
- Mówisz o Lu?
-Lu? Ja o nim mówię – JongHyun wskazał na postać leżącą na podłodze, koło której położył się zdradziecki pies 
- Ja też o nim, LuMinnie. On sprząta. Wynająłem go, bo ktoś wypiął się na obowiązki. Nie będę pokazywał palcem na pana, panie Kim JongHyun.
-Aleś ty oficjalny – Pan Kim JongHyun prychnął, opierając się wygodniej – Ja mam ważniejsze sprawy na głowie niż sprzątanie. Teraz chciałbym popracować, więc mam nadzieje, że obaj opuścicie to mieszkanie.
-Nie skończyłem jeszcze – Tae podniósł się w końcu ku rozpaczy Karpia, który poczuł pewną więź z tym dziwnym człowiekiem – Muszę skończyć myć podłogę.
-To kończ byle szybko i cicho. Rozumiesz co znaczy CICHO???  - Skrzywił się, a jego spojrzenie było takie, że i Tae i Dragon nie śmieli się odzywać. Pierwszy wrócił do mycia podłogi, a drugi sięgnął po nożyczki z zamiarem skrócenia sobie paznokci u nóg. 
Jjong włączył laptopa i starając się ignorować wszystko oraz wszystkich, włączył najnowszy kawałek jaki nagrali, a który wymagał jeszcze sporo pracy. Czegoś w tym utworze brakowało i wydawało się, że nie ma idealnej spójności. Gdy piosenka leciała drugi raz, sprzątający chłopak odłożył mopa i stanął za fotelem muzyka.
-Tu powinno być chyba takie brzdęk, brzdęk, brzdęk, a potem chwilowe wyciszenie i łup.
-Że co? –JongHyun uniósł głowę –Co?
- No brzdęk, brzdęk, brzdęk a potem….
-A ktoś cię pytał o zdanie, dzieciaku? Czy ja prosiłem o Twoją opinię?
-Ale on ma rację – Dragon przestał zajmować się paznokciami – Słusznie mówi, że to byłoby dobre. Takie mocniejsze akordy idealnie tu pasują. Trzeba to dodać. 
Jjong westchnął zrezygnowany, nie przepadał za tym dzieciakiem i nie lubił jak ktoś się mieszał do tego, co robił, ale od zawsze nie umiał szkodzić muzyce. Gdy jakieś zmiany były dobre dla utworu, wprowadzał je. Nigdy nie potrafił z własnych pobudek, niechęci czy złości odrzucić dobrego pomysłu na poprawę piosenki. Teraz chociaż miał wielką ochotę wyrzucić obu chłopaków za drzwi, zrezygnowany sięgnął po zeszyt nutowy i ołówek.
-Ok. Napisz jakby to miało wyglądać. Jak to widzisz. – Spojrzał na TaeMin'a, który cofnął się nieco i zamachał rękoma- No co? Mówisz coś, a teraz chcesz się wykręcić? Daję ci szansę do przedstawienia swojej wizji.
-Ja… ja nie znam się na robaczkach. 
- Na jakich robaczkach? Przecież ja chcę, żebyś…. Ach, więc nie znasz się na nutach? 
-Nie bardzo. Wiem, że są nuty, półnuty, ćwierćnuty, ósemki, szesnastki i …
-Dobra, widzę dzielić umiesz, ale to mało. Skoro nie potrafisz tak, to załatwimy to inaczej. Zbierajcie się obaj, Ty Karp zostajesz. Nie będziesz mi powarkiwał – skrzywił usta, gdy pies usiadł gotowy, by iść z nimi – Najlepiej załatwimy to od ręki. Dragon skocz zobacz, czy jest Henry i Joon. Niech przyjdą. Czekam w studio. – Wskazał drzwi po lewej stronie TaeMin'owi – Idź… nie zjem cię.
Następne dwie godziny Tae spędził z czterema muzykami, starając się im przekazać swój pomysł, a oni cierpliwie grali raz za razem, tak długo, aż wszyscy byli zadowoleni z efektu. Partie KiBum'a puszczali z nagranego wcześniej podkładu, bo akurat ten instrument nie wymagał poprawki.  Gdy już wszystko zostało ustalone i wprowadzono poprawy w zapis nutowy, Tae stanął koło Henrego, który coś grał cicho na pianinie. Usiadł w końcu obok i bez pytania przesunął palcami po klawiszach. Nigdy wcześniej nie słyszał granej kompozycji, ale jakoś podświadomie trafiał w odpowiednie tony. Henry w pierwszej chwili zaskoczony, w kolejnej sekundzie przesuną się, robiąc więcej miejsca temu dziwnemu chłopakowi. Nie znał nut, a teraz grał nieznaną sobie melodię, uzupełniając idealnie utwór.  
-Co to? –TaeMin spytał, gdy skończyli – Nigdy tego nie słyszałem, ładne.
-To .. ja to skomponowałem kilka dni temu. Nigdy nikomu nie grałem. Jak ty mogłeś grać ze mną? Przecież nawet nie znasz nut.
- W domu mieliśmy pianino i nieraz sobie przdąkałem – Wzruszył ramionami- Słuchałem dźwięków i nauczyłem się ich na pamięć. A to źle?
-Czy źle? JongHyun, ty słyszałeś tego chłopaka? On sobie brzdąka… Wydaje mi się, że też ma słuch idealny jak… - Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w pomieszczeniu rozległa się radosna melodyjka, dobiegająca z kieszeni chwalonego właśnie chłopaka. Tae przeprosił wszystkich, po czym wyszedł z pokoju i odebrał. Po krótkiej rozmowie wsunął głowę w uchylone drzwi, żegnając się oraz tłumacząc, że musi iść do agencji. Nie czekał na windę, tylko  zbiegł po schodach, nucąc pod nosem . Rozpierała go energia i radość. Dawno tak dobrze się nie bawił i w końcu ten złośliwy drań przestał się go czepiać. Może to tylko chwilowe, ale miło było normalnie z nim rozmawiać. Pozostali też byli sympatyczni. No, owszem ten najstarszy, Joon, był nieco ponury i mrukliwy, ale nawet on nie robił uwag, tylko starał się zagrać jak najlepiej. Droga do agencji minęła mu na rozmyślaniach jakby to było należeć do takiego zespołu, nagrywać z nimi, śpiewać, występować. No tak, z występami mógłby być problem, bo Tae nadal cierpnął na myśl o wyjściu przed publiczność.  
W głównym pomieszczeniu agencji trwała zacięta dyskusja i nikt nie zwrócił uwagi na wchodzącego TaeMin'a. który dotarłszy do kanapy, usiadł sobie na niej z postanowieniem, iż przeczeka zamieszanie, jakie trwało chyba od dobrej chwili. Na środku stał Ren i Amber oraz Tiffany. Przy biurku siedziała Luna, a za nią na drugiej kanapie, zalegali bliźniacy. W rogu stał jakiś chłopak ze spuszczoną głową, nie biorąc udziału w dyskusji. Ren właśnie zebrał włosy, związując je w kucyk, nie przestając mówić. Tae uśmiechnął się w duchu na wspomnienie, gdy poznał tych dwoje. Amber miała krótkie włosy i zachowywała się jak chłopak, za którego była brana. Od początku nieco rywalizowała z TaeMin'em, ale potem gdy się lepiej poznali, rywalizacja zniknęła. Ren natomiast na pierwszy rzut oka wydawał się subtelną dziewczyną o niewinnym spojrzeniu i burzą jasnych, prawie białych włosów. Najbardziej mylące były jego usta. Ich kształt był łagodny, wargi miał miękkie i często lekko rozchylone. TaeMin do dziś pamiętał chwilę, kiedy przekonał się, iż Amber jest dziewczyną, a Ren chłopakiem. Było to kilka dni przed jego urodzinami. Wrócił ze zlecenia i razem z JinKin'em czekali na szefową, by się rozliczyć. Tamtych dwoje kłócili się przy automacie z wodą o jakąś bluzę. Ich głosy stawały się coraz donośniejsze i zaczęły budzić zainteresowanie pozostałych. W chwili gdy wydawało się, że za chwilę może dojść do rękoczynu, Tiffany wstała i złapała Amber za ucho, po czym zaciągnęła ją do damskiej toalety. Tae nie mógł zrozumieć, dlaczego nie zabrała blondynki, która teraz prychała jak wściekła kotka. A potem ta subtelna blondynka jednym ruchem zdjęła z siebie srebrną bluzę i rzuciła na kanapę, pozostając naga od pasa w górę. Szok jaki Tae doznał na widok biustu dziewczyny, a raczej jego braku, był ogromny. Stał z otwartą buzią, po czym podszedł do Rena i bezwstydnie pomacał go po torsie. Chwile potem z łazienki wyszła Amber i widząc bluzę leżącą na kanapie, zdarła z siebie luźny sweter, zamieniając go na srebrne wdzianko. Wszystko trwało chwilę, ale to wystarczyło, by pod dopasowaną koszulką zobaczyć stanik kryjący to, co powinno być na klatce piersiowej Rena. Zdziwionego cieszyło potem tylko to, iż nie przyszło mu dotknąć także dla pewności Amber. Zapewne ona nie pozostałaby niewzruszona na taki gest. 
Teraz oboje w najlepszej komitywie starali się do czegoś przekonać Tiffany.
- Możesz to zrobić. Co Ci szkodzi. Będzie pracować na siebie, a mieszkać może u Amber i Luny. Mają miejsce, a za to zmniejszy im się koszt opłat za wynajem. Zamiast na dwa będą go dzielić na trzy.-Ren uśmiechnął się słodko – Przecież nic nie tracisz, noona.
-Nie wiemy, kim jest..
-Jak mnie przyjmowałaś, też nie wiedziałaś kim jestem, a zobacz, jakim jestem dobrym pracownikiem. Przyznasz, unni, że dobrze pracuję – Amber złapała stojącego w kącie chłopaka i pociągnęła do siebie, zdzierając mu kaptur z głowy – No popatrz i odmów.
- Nie planowałam nikogo zatrudniać, ostatnio mamy nawet mniej zleceń…
- To na pewno chwilowe – Luna włączyła się niepewnie do rozmowy
-Hej, ja cię znam – TaeMin poderwał się i podszedł bliżej. - Widziałem Cię przed sklepem. Heh, ale się czegoś bałeś, prawda? – przechylił głowę, przyglądając się nieznajomemu chłopakowi – Ty jesteś tym chłopakiem, o którym mówił hyung JinKi, prawda? Zielona bluza i załatane na kolanie spodnie… Opis się zgadza. Mówił tylko, że miałeś bułkę, a teraz jej nie masz.
-Zjadł ją pewnie, głupku – jeden z bliźniaków parsknął śmiechem. 
-No racja, zjadłeś. Ale, ale czemu spałeś u nas na klatce? – Zapytał z rozbrajającą szczerością. Teraz zrozumiał, co dręczyło go w sklepie. Widok chłopaka pasował mu do opisu dzieciaka, którego widział Onew śpiącego na schodach i który uciekł, gdy tylko JinKi się do niego odezwał – Jak masz na imię?
- Ja jestem ..jestem Choi JinRi. – wymamrotał zaniedbany chłopak
-Miło mi, ja jestem, Lee TaeMin. Mów mi hyung, bo chyba jesteś młodszy prawda? Ja mam 19 lat, a ty?
- Ja? Ja…
- Tae…..- Amber złapała go za ramiona i spojrzała w oczy – Może zburzę w tej chwili twój świat po raz drugi, a nie, to już trzeci raz. Więc może zrobię to po raz trzeci, ale to jest dziewczyna. Choi JinRi jest dziewczyną.
- Nieeee, niemożliwe…. Przecież..- Przybliżył twarz do nowo poznanej osoby – Serio? Jesteś dziewczyną? A ty, Tiffany noona? Powiedz, że ty jesteś kobietą, a wy jesteście chłopakami, prawda? – wskazał bliźniaków 
Na szczęście dla wszystkich nie domagał się żadnych dowodów w postaci pokazywania się bez odzieży i dał się przekonać, że dobrze mu zrobi kartonik mleka bananowego, które podała mu Luna, zabierając go jednocześnie do drugiego pomieszczenia, by w spokoju omówić zmiany w umowie, jakie musieli zrobić. 
-No, więc dobrze. Zgadzam się. Jutro podpiszemy z nią umowę, a teraz zabierzcie ją, żeby się umyła i dajcie jej porządnie jeść – doleciał ich jeszcze z tyłu.





MinHo miał mieć wolny wieczór, ale szef zadzwonił z prośbą, by wpadł na dwie, trzy godziny i zastąpił Mira, który polał dłoń wrzątkiem i chociaż poparzenie nie było groźne, trudno było mu pracować. Siostra obiecała, że nigdzie nie będzie wieczorem wychodzić, więc spokojnie pojechał do baru, wcześniej żegnając się z KiBum'em, z którym spędził całe popołudnie. Po przygodzie w szpitalu pojechali coś zjeść na drugi koniec miasta i jeszcze jakiś czas włóczyli się ulicami. Sporo rozmawiali o muzyce i o rapie.  Mimo wcześniejszych obiekcji MinHo, popołudnie należało do udanych . Ponad godzinę później, gdy obsłużył kilku klientów, sprzątnął ze stolików, zaparzył sobie kubek mocnej kawy i chciał już usiąść, otworzyły się drzwi i stanął w nich osobnik w ciemnych okularach, ubrany w czarny smoking oraz koszulę z muszką. Włosy miał zaczesane gładko do tyłu przy pomocy żelu.

-Jestem KiBum….Kim KiBum. Agent specjalny. – Podszedł do baru, zsuwając okulary na czubek nosa- Nieźle, prawda? Po dzisiejszym dniu poczułem się jak jakiś tajniak, ta pełna pułapek ucieczka, krycie się przed przestępcami, idealna gra kamuflażu, cała ta akcja.  – Sięgnął dłonią za marynarkę, wyjmując plastikowy pistolet – Patrz, mam nawet to….. – Dmuchnął w lufę
- Jesteś idiotą. Po prostu jesteś idiotą.
- Nazywanie mnie idiotą to brak szacunku.
- A zatem z całym szacunkiem, hyung, jesteś idiotą. I po co przyszedłeś? Rozstaliśmy się niecałe dwie godziny temu.

- Miałem w kieszeni Twoje klucze. Chciałem je oddać. A ta stylowa otoczka to taki smakowity dodatek. – usiadł, odkładając „broń” na bar- Sok pomarańczowy poproszę, duży z lodem. I dolej tam coś dla relaksu. No wiesz, coś z procentem. – MinHo odwrócił się, czując, że to będzie długi wieczór.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hello... to jest najdłuższy rozdział ale wydaje mi się że najgorszy >.< Nadal choruje i mam problem żeby zebrać myśli. Niektóre elementy z rozmowy MinHo i Key'a są zaczerpnięte z ich prawdziwych rozmów lecz zostały nieco zmienione na potrzeby opowiadania. Na marginesie...boli mnie głowa :3
Z okazji tego że jutro jest Halloween, życzę wszystkim dużo strachów i cukierków~!Ciekawe za co TaeMin i reszta przebrali by się na halloween, jak myślicie? Jakieś propozycje?
Dobranoc~!



7 komentarzy:

  1. Ten rozdział nie jest zły, jak to sądzisz... Tylko jakby tu określić...hmm... Nie wiem czemu, ale taki jakiś inny mi się wydaje od poprzednich. Taki hmm... Lżejszy chociaż coś się działo, ale tak inaczej jakby. Kurde, ja nie wiem jak to opisać, taki ten no...nie dodatkowy, tylko hyym taki no... Brakuje mi odpowiedniego zestawienia słów, aby wyrazić swoje myśli w jakiś konkretny sposób, chociaż dokładnie wiem, o co mi chodzi.
    Ale ogólnie podobał mi się. Doktorowie Park mnie rozbawili xD Tyle zieleninyy~ Oraz król łopat.
    Hej chłopacy łopatą goo~!

    OdpowiedzUsuń
  2. Boże w końcu jestem na bieżąco no nie ważne x.x
    Masakra normalnie, ale czekam na ciąg dalszy
    nie jest źle zobaczymy co będzie dalej :3
    http://opowiadanie-fanficion-by-choi.blogspot.com/ zapraszam do siebie

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam wrażenie, że na początku coś pokręciłaś ;p bo.masz tam pomieszanie czasów i taka nagła zmiana narracji z Taemina na 3osobową bez żadnego zaznaczenia, ale potem jest juź tylko cud, miód i oezeszki :3
    Tym razem było więcej wątków MinKey, a postać Keya po prostu uwielbiam w tym ff i tylko czekam aż coś między Keyem a Minho się bardziej rozkręci! :3
    Poruszyłaś w tym rozdziale dużo wątków i nie pogubiłaś się więc gratulacje!
    Pozdrawiam Anakin ~~^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już poprawiłam teraz powinno być dobrze ^^ Dziękuje za informacje i za komentarz ^^
      Będzie MinKeya i to dużo bo kocham ich paring ;3

      Usuń
  4. To jest genialne! Tak naprawdę dopiero niedawno zaczęłam czytać Twoje opowiadania, ale są świetne. Gratuluję i życzę dalszych pomysłów! Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuje. Każdy komentarz mocno motywuje do dalszej pracy i pisania ^.^

      Usuń